psilocybin solution (pdf)
wersja pdf

zakładki

szukaj na psilosophy:  
   

Psilocybin solution

Psilocybinowe rozwiązanie - Preludium do zmiany paradygmatu

(Psilocybin solution)

Strona autora: www.island.org/prescience/

Tekst zamieszczony za zgodą autora.

© Copyrights by Simon G. Powell
by

Simon G. Powell

[ tłumaczenie: cjuchu ]

Spis Tresci:
Prolog: Kto lub co zabiło Einsteina?
Rozdział 1 - Spożywanie Ciała Boga
 Rozpoczyna się szlak
 Echa szamańskiego rytmu
 Grzybowa tradycja ludowa
 Oznaki świętego meksykańskiego grzyba
 Coraz cieplej
 Tajemnica eksploduje w życie
Rozdział 2 - Starożytna forma wspólnoty
 Katolicka policja stwierdza
 Iluminujące kwiaty
 Psychedeliczne świątynie
 Tajne dziedzictwa psychedeliczne
 Narodziny impulsu religijnego
 Grzyby i Majowie
 Niektóre kolumbijskie skarby również biją w dzwon
Rozdział 3 - Psilocybina wpływa i wypływa z zachodniego umysłu
 Zapluskwione przez CIA
 Psychedeliczna infiltracja Harvarda
 Dr Leary zostaje włączony
 Duchowa inwazja narusza status quo
 Aktualizacja: Tylko jak wielki był ten piątek?
 Leary zaczyna szerzyć dobre wieści
 Próby powstrzymania napływu psilocybiny
 Pokarm dla myśli
 Grzyb jako lekarstwo
 Poparcie dla grzyba rośnie
 Lekarstwo mokshy rośnie na skraju raju
Rozdział 4 - Badanie alchemicznej powłoki Ziemi
 Ślepe oko nauki
 Wewnętrzna rewolucja czeka
 Nauka psychodeliczna: runda druga
 Medyczne wykorzystanie ibogainy
 Dimetylotryptamina
 Czy mózg rozpoznaje DMT?
 Więc co to wszystko oznacza?
Rozdział 5 - Grzyby a synapsy
 Wprowadzenie: Neuromancja z Neuronauką
 Wprowadzenie do mózgu neuronowego
 Naturalny kształt neuronów
 Fantastyczna podróż do synapsy
 Kontekst i wzorce neuronowe
 Chemia a umysł
 Neuroalchemiczna magia
 Nowatorska organizacja informacji
 Sny we śnie a sny na jawie
Rozdział 6 - Esencja świadomości
 Umysł i ciało
 Próba egzorcyzmowania ducha Descartes'a
 Symbole w formacji
 Widzicie o co mi chodzi?
 Autorskie symbole, autorskie wizje
 Naginanie łatwowierności
 Wielopostaciowość Inności
 Czy możemy, lub powinniśmy zsyłać Inność na banicję
 Wielkie Ja, małe ja
 "Snoformacja"
 Różnorodność przeżyć sennych
 Ekspansja rzeczywistości
 Dialogi informatywne
Rozdział 7 - Wszechświat informacji
 Świadomość, informacja i rzeczywistość
 Oszacowanie sytuacji rzeczywistości
 Naświetlenie natury informacji
 Informacja potencjalna i informacja aktywna
 Subiektywne i obiektywne wzorce informacji
 Przepływ informacji
 Informacja DNA
 Informacja a język
 Zalanie materii formami informacji
 Kontekstowa sieć informacji
Rozdział 8 - Czy wszechświat oblicza?
 Rewolucja komputerowa
 Systemy formalne
 Systemy formalne i język
 Jakaś wewnętrzna informacja: czy jesteśmy sygnałem wyjściowym?
 Stany przejściowe
 Oryginalne oprogramowanie
 Czy rzeczywistość jest trochę podejrzana?
 Gra w życie
 Dyskretne spojrzenie w czasie
 Co sprawiło, że nasz wszechświat jest szczęśliwym zbiegiem okoliczności?
 Czekaj, tylko ten przeklęty chronon!
 Powrót do szamańskiej mądrości
 Wspólna wizja
Rozdział 9 - Zapasy z rzeczywistością
 Naprzeciw opcji czy powinniśmy pójść na całość wliczając koszty przesyłki
 Czy psychedeliczni szamani śnią o Valis?
 Zaawansowana PozaZiemska
 Czy proces rzeczywistości jest inteligentny?
 Przypominając umysł gajański
 Kontemplując ewolucję
 Natura jest ekspertem w nadawaniu sobie sensu
 Znaczenie kontekstu
 Świadomość środowiskowa
 Ukryta informacja, ukryty cel
 Czysta moc Naturalnej Inteligencji
 Inteligentny rozwijalny potencjał
 Czy jesteśmy inteligentniejsi niż Natura
 Czy skradliśmy chwałę Natury?
 Ach, lecz czy natura może przejść test IQ?
 Naturalna Inteligencja jest wszędzie
 Nienaturalna stronniczość
 Zbyteczny lukier na Darwinowskim torcie?
 Nadinteligentna złożoność organizmów
Rozdział 10 - Neoszamańska kulminacja
 Przepowiadając przyszłość
 W pobliżu końca rzeki
 Punkt omega
 Koniec świata jaki znamy a ja czuję się świetnie
 Nasza rola na Ziemi
 Zmieniające się perspektywy
Epilog: Cukierek albo psikus?

Prolog: Kto lub co zabiło Einsteina?

Może to dziwne pytanie, niemniej je postawię. Kto, lub co, zabiło Einsteina? Jaka istota lub siła zakończyła życie być może największego umysłu naszej ery, naukowca, którego nazwisko jest synonimem inteligencji? No więc, nie zrobił tego oczywiście lokaj, ani, o ile wiemy, nie był to zabójca należący do jakiejś złowrogiej agencji rządowej. Mówiąc wprost, to proces rzeczywistości zabił wielkiego Einsteina. Właściwie, mimo że ta pozornie prosta odpowiedź zdaje się przypominać dowcip Woody Allena, chodzi mi o to by wyrazić, że każdy z nas, niezależnie od wieku, płci, rasy lub wyznania, zrodzony jest i ma przeznaczoną śmierć w toczącym się masywnym procesie składającym się nie tylko z ewolucji życia na Ziemi, lecz także z ewolucji Wszechświata. To ten niepowstrzymany, wszechogarniający, a także szokująco złożony proces, w którym wszyscy jesteśmy tak mocno osadzeni, nazywany "rzeczywistością". Proces ten możemy nazywać również Naturą. Tak więc, innym oczywistym sposobem odpowiedzenia na moje nietypowe pytanie jest powiedzenie, że Einsteina zabiły "przyczyny naturalne". Co oznacza, że zabiła go Natura. Otóż, by się o tym upewnić, Natura go zrodziła, dała mu 76 lat życia, po czym natychmiast zlikwidowała.

Nazwijmy to Naturą lub rzeczywistością, tak czy inaczej są to jedynie małe słowa na jeden olbrzymi proces, który płynie niepowstrzymanie naprzód. Jakiekolwiek określenie się preferuje, jest to z całą pewnością proces, słowo, którego łacińskie korzenie oznaczają "postępować" lub "posuwać naprzód", i nie może być wątpliwości, że rzeczywistość jest, w samym sercu, pojedynczym, uniwersalnym procesem, który trwa nieustannie od jakichś 15 miliardów lat lub lepiej. Nieźle. Faktycznie, bardzo imponujące.

No to co? Możecie zapytać. Otóż, książka ta dotyczy punktu szczytowego tej twórczej, lecz śmiertelnej rzeczywistości, w której się znaleźliśmy. Raz jeszcze mówiąc wprost, czy jesteśmy biologicznie wplecieni w przypadek, czy rzeczywistość jest jakoś ukierunkowana? Jest to dość pewne pytanie, być może najbardziej gruntowne, jakie możemy zadać w naszym krótkim, ziemskim pobycie, i jednym z tych, które przyszło na myśl Einsteinowi, gdy żył. Rozważ na przykład, jego słynną uwagę, która szła jakoś tak:

"Najbardziej niezrozumiałą rzeczą dotyczącą Wszechświata jest jego zrozumiałość".

To, co Einstein miał na myśli poprzez to wysublimowane twierdzenie (którego istnieje wiele sparafrazowanych wersji), to że zadziwiające jest nie tylko to, że Natura jest zrozumiała, i nie tylko, że Natura tak dobrze działa, lecz że Natura sprzysięgła się jakoś, poprzez proces organicznej ewolucji, by stworzyć biologiczne mózgi obdarzone umysłami zdolnymi zrozumieć te rzeczy. Dlaczego? Dlaczego dokładnie Natura miałaby taka być? Dlaczego Wszechświat miałby być obdarzony tak zdumiewająco twórczą zdolnością konstruowania i organizowania siebie, nawet do punktu powołania świadomych ludzkich istot? Czy mogłoby być inaczej?

W każdym razie, gdybyśmy wierzyli, że proces rzeczywistości jest w gruncie rzeczy bezmyślnym przypadkiem lub nawet serią bezmyślnych wydarzeń, wówczas moglibyśmy pojmować siebie jako będących nieszczęsnymi śmiertelnymi więźniami usidlonymi w tym procesie. Lub, jeśli zamiast tego będziemy wierzyć, że rzeczywistość jest w jakiś sposób celowa i sensowna, wówczas możemy uważać się za szczęśliwie funkcjonujące części tego procesu. Cokolwiek mogłeś przeczytać, zapewniam cię, że kwestia ta z całą pewnością nie została rozstrzygnięta. Nie jest ani zupełnie oczywiste, że rzeczywistość jest wyłącznie przypadkowym wydarzeniem, ani nie jest zupełnie jasne, że rzeczywistość jest celowa. Ani nauka ani religia - zapewne dwa dominujące aspekty myślenia, które zwykle stawiają czoła fundamentalnej naturze rzeczywistości - nie mają pod ręką całkowicie jednoznacznych dowodów.

Lecz jeśli wskazówek poszukamy w nauce - gdyż nauka ewidentnie cieszy się praktyczniejszym sukcesem niż religia - wówczas wyraźnie przez ostatnie 300 lat lub więcej od czasu Newton'a i rozwoju fizyki klasycznej, nauka dokonała wielkiego postępu w wyjaśnianiu jak działa rzeczywistość; nie, dlaczego działa, lecz jak. Ponieważ proces rzeczywistości jest tak uczynnie inteligentny i zrozumiały, wobec tego widzimy, że nauka cieszy się swego rodzaju dialogiem z Naturą, w którym informacja osiągana jest poprzez eksperyment naukowy. W ten sposób, naukowcy w rodzaju fizyków, chemików, biologów, oraz kosmologów uzyskali bogactwo informacji odnośnie subatomowych, chemicznych, biologicznych i astronomicznych aspektów rzeczywistości, a następnie stworzyli wyrafinowane modele szczegółowo je opisujące. Jednakże, to jak interpretuje się informacyjny język Natury, to jak tłumaczy się obiektywne dane zestawione przez naukę w teorię o ostatecznej naturze rzeczywistości jest sprawą subiektywną w dużym stopniu podlegającą dyskusji. Tak oto, nasze "wielkie pytanie" oczekuje zadowalającej odpowiedzi, a zabójca Einsteina nadal pozostaje na wolności.

Tak naprawdę, jeśli w ogóle chcemy wiedzieć, do czego faktycznie jest proces rzeczywistości, możemy nie więcej jak ocenić całą użyteczną informację odkrytą przez zbiorową naukę oraz informację lub mądrość intuicyjną osiągniętą przez osobiste doświadczenie, a następnie spróbować sformułować jakiś realny teoretyczny pogląd. Prawdy absolutne, zdaje się, są jednak niedostępne, i dlatego prawdziwa natura stwórcy i zabójcy Einsteina może na zawsze pozostać tajemnicą. Lecz cokolwiek sądzimy o procesie rzeczywistości, wszyscy, chcąc nie chcąc, zdecydowanie jesteśmy "w tym razem", czy tego chcemy czy nie, i to z tego przerażającego lub cudownego powodu, wziąłem na siebie zbadanie wszelkimi niezbędnymi środkami, czym dokładnie jest to, co kieruje rzeczywistością, czy kierowca jest ślepy lub czy ma wzrok.

Zanim wyjawię ci mój szczególny sposób dochodzenia, przejrzyjmy pokrótce status nauki w odniesieniu do tak zdecydowanie zniechęcającej kwestii. Jak ma to miejsce, współczesna myśl naukowa skłania się ku bezcelowemu i mechanistycznemu opisowi tego jak działa proces rzeczywistości, opisowi, który jest, z całym należnym szacunkiem, przygnębiający i pozbawiony ducha. Mimo że nasza wiedza naukowa o świecie ujawnia jego mikroskopową i makroskopową złożoność oraz naświetla uniwersalną matematyczną precyzję rzeczy w rodzaju prawa fizycznego, wiedza taka zredukowała w efekcie Wszechświat do rodzaju bezsensownego mechanizmu pozbawionego wyższej inteligencji, z wyjątkiem naszej własnej. Wszystko, począwszy od komórki do orchidei i do wyłonienia naszego gatunku jest generalnie zredukowane do zestawu "zaledwości". W rzeczywistości, im bardziej naukowiec skuteczny jest w redukowaniu jakiegokolwiek aspektu Natury pracując by "zaledwić to" lub "zaledwić tamto", tym cieplej jest przyjmowana jego praca. Inne twierdzenie, powiedzmy, poprzez sugerowanie, że Natura jest w jakiś sposób celowa, to usuwanie się poza nawias głównego nurtu nauki. Nikt z pewnością nie zdobędzie nagrody Nobla za lokowanie w Naturze celowości, pomimo podnoszącego na duchu uroku, który mogłaby niewątpliwie nieść taka intencjonalna teoria rzeczywistości.

Ale czy słuszne jest tworzenie nowej i jawnie optymistycznej teorii o najwyższej naturze procesu rzeczywistości tylko dlatego, że nasze obecne teorie nie podnoszą wystarczająco na duchu? Oczywiście nie. Taka nowa teoria stanowiłaby zachciankę, sztuczkę, której nieścisłe korzenie sięgają imaginacji pobudzonej do działania, gdyż konsensus "prawdy" o rzeczywistości jest postrzegany jako zbyt posępny i trudny do przełknięcia. Faktycznie, entuzjastyczne wnioskowanie, że gatunek ludzki odgrywa w procesie rzeczywistości jakąś wyjątkową rolę, że w jakiś sposób znajdujemy się w centrum intencjonalnego Wszechświata, trąci przednaukowymi wierzeniami ograniczonymi do stron podręczników historii, do czasu gdy umysłami ludzi rządziło myślenie nadprzyrodzone. Taka antropocentryczna ideologia religijna została obecnie niemalże zmiażdżona racjonalnym myśleniem naukowym, które stanowczo lokuje nasz rodzaj na zwykłej satelicie okrążającej zwykłą gwiazdę spośród bilionów. Jesteśmy niczym więcej jak wytworem ewolucji, jednym konkretnym gatunkiem spośród niezliczonych milionów, którego jedynym prawdziwym roszczeniem do sławy jest nasz duży mózg ze swą zdolnością do myślenia i kierowania złożonym zachowaniem.

W ciągu kilku wieków, w szczególności od nowatorskiej publikacji Darwina "O pochodzeniu gatunków" z 1859 (mogącą być przytaczaną jako definitywny punkt zwrotny w naszych koncepcjach miejsca człowieka w Naturze), zwrot ideologiczny zmienił się o 180 stopni, z pozycji, w której ludzkość była szczytową chlubą kreacji do pozycji, w której jesteśmy tylko głodnymi organicznymi gapiami w zasadniczo bezcelowej Uniwersalistycznej gimnastyce fizyki i biochemii zaaranżowanej w DNA. Życie jest przypadkowe, w większości ciężkie a potem umierasz - twardy fakt, najlepiej przełykalny z dużą brandy.

Dlatego przywrócenie starożytnego punktu widzenia, w którym ludzkie życie, a w szczególności ludzka świadomość, uważane są za jakkolwiek istotne wydaje się całkowicie nie wchodzić w rachubę, daremny ruch służący jedynie wznieceniu fałszywej nadziei we Wszechświat, który właściwie "tylko gwiżdże na wszystko". Dzieje się tak zwłaszcza, gdy naszą jedyną motywacją jest niechęć do obecnego rozumowania naukowego. Tylko wtedy, gdy taka nowa teoria kierowana byłaby głównie przez bezpośrednie świadome doznanie, mogłaby liczyć ewentualnie na ważność. I nie tylko przez jakiekolwiek niewydarzone świadome doznanie. Doznanie rzutujące na poglądy o najwyższej naturze rzeczywistości, musiałoby być niezwykle atrakcyjne i potencjalnie przystępne dla wszystkich. Musiałoby ono zapewnić niepodważalny dowód, że mamy do odegrania jakąś istotną rolę w procesie rzeczywistości. Lecz czy bezpośrednie świadome doznanie naprawdę mogłoby udzielić nam wglądu w to "ważne pytanie"?

Otóż, jeśli będziemy pamiętać, że nauka działa poprzez weryfikowalne eksperymentowanie, w którym informacja zyskiwana jest poprzez doświadczenie percepcyjne, i że zależymy jednak od naszego świadomego doświadczenia, które powinno powstać by wytworzyć modele rzeczywistości, wówczas faktycznie wyda się to być ewentualnością. Znaczy to, że nowe formy świadomego doznawania również mogłyby dać nam pojęcie o największych pytaniach, które stają naprzeciw naszej śmiertelnej egzystencji. Co doprowadza mnie do głównego faktu przenikającego tę książkę, mianowicie, że świadome doznanie jest całkowicie zmienne. I tu leży nadzieja na jakąkolwiek nową optymistyczną teorię dotyczącą znaczenia ludzkiej świadomości w procesie rzeczywistości.

Zmienność świadomości. Co to pojęcie oznacza? Otóż, po pierwsze powinniśmy rozważyć fakt, że świadomość, czymkolwiek dokładnie jest, jest "czymś", co pośredniczy całej nauce i, jeśli o to chodzi, wszelkim rodzajom rozumowania i wszelkim naszym teoriom o świecie. Dlatego świadomość można rozumieć jako bardzo dobrą podstawę naszego istnienia, "czynnik x" czyniący nas tym, czym jesteśmy. W celu pełnego zainteresowania czytelnika tą ważną kwestią, którą staram się tu przekazać, rozważ następujący prosty eksperyment myślowy.

Wyobraź sobie, jeśli chcesz, że wszyscy naukowcy założyli identyczne okulary, i że te okulary determinują punkt widzenia rzeczy analizowanych przez naukowców. Wszystkie dane zgromadzone przez tych naukowców mogą być powiązane w jakiś intymny sposób pod wpływem ich okularów, gdyż wszelkie ich postrzeżenia przechodzą przez te same soczewki. I teraz, nie będzie zbytnim przeginaniem łatwowierności, zasugerowanie, że naukowcom przydałoby się w pewnym momencie - być może przy porannej przerwie na kawę, lub może na etapie, gdy ich teorie okazują się nieadekwatne - zastanowić nad cechami charakterystycznymi ich wspólnego stanu "zaokularowania". Innymi słowy, zupełnym przełomem byłoby dla tych naukowców nagłe zaprzestanie tradycyjnych badań i skupienie się na naturze czynnika pośredniczącego badaniom, mianowicie, okularom. To, z czego wkrótce zdaliby sobie sprawę, to że ich okulary reprezentują przedmiot wart analizy, gdyż są, w pewnym sensie, najbliższą im rzeczą.

Ta wymyślona sytuacja nie różni się od świata realnego, tylko tym razem jest on naszą świadomością, lub raczej naszym stanem świadomości, w odróżnieniu od okularów, przez które oglądamy i doświadczamy Natury. Dla ułatwienia, możemy nazwać tę "normalną świadomość" rodzajem wspólnej soczewki, przez którą odbywa się interpretacja nauki i naukowców. Tak więc, jest całkiem uzasadnione zastanowienie się nad tą "soczewką normalnej świadomości" i zapytanie, czy być może mogłaby zostać zmieniona lub poprawiona. Innymi słowy, można się zastanowić, czy możliwe jest poprawienie soczewki normalnej świadomości by osiągnąć stan umysłu, w którym wyraźniej dostrzegalna jest istota Natury.

Chociaż nie da się uciec od tych raczej dziwnych faktów o świadomości i jej roli w interpretowaniu Natury, nauka ma o niej mało do powiedzenia, woląc umieszczać ludzki umysł bezpiecznie na zewnątrz teoretycznego obrazu rzeczywistości. Mówiąc prościej, zjawisko ludzkiej świadomości jest naukowo śliską i dokuczliwą anomalią, będącą w wyraźnym kontraście z empirycznie bardziej dostępnymi zjawiskami, powiedzmy, gwiazdami czy cząsteczkami. Ponieważ jednak jesteśmy istotami świadomymi, których umysły dosłownie stykają się ze światem zewnętrznym, to póki nie zrozumiemy natury "esencji umysłu" zawartego w naszych mózgach nie będziemy zdolni w pełni pojąć natury procesu rzeczywistości. Tak być musi, ponieważ, jak już ustaliliśmy, sama świadomość tak samo jest częścią rzeczywistości, jak rzeczy postrzegane przez świadomość, takie jak wspomniane wyżej gwiazdy czy cząsteczki. Zaiste, jeśli nie bylibyśmy istotami świadomymi, wówczas nie bylibyśmy przede wszystkim w stanie żądać wyjaśnień odnośnie natury rzeczywistości. Jest tak tylko dlatego, ponieważ jesteśmy świadomi i ponieważ stoimy w określonej relacji do procesu rzeczywistości, w którym czujemy się w obowiązku uzasadnić naszą egzystencję. Nasze świadome umysły tęsknią za wiedzą o Wszechświecie, tak więc możemy rozumieć zarówno nasze miejsce w całkowitości istnienia jak i siły naturalne, które doprowadziły do naszego tu pobytu. Dlatego też działalność nauki (co znaczy "wiedzieć").

I teraz dlatego, jak pokażę w tej książce, świadomość jest zmienna, ponieważ jest za pośrednictwem chemii. To znaczy, że podłoże świadomości stanowią zmienne lub przekształcające procesy chemiczne. W efekcie, oznacza to, że nasze normalne sposoby myślenia są niewątpliwie ograniczone do chemicznego osprzętu mózgu (lub wilgotnego osprzętu [hardware vs wetware - ang.], jak czasem jest nazywany w kręgach neuromantycznych). Nie można zatem wykluczyć, że pewne aspekty świata z którym się stykamy pozostają dla nas ukryte, ze względu na ograniczenia naszej codziennej świadomości, a jeśli chcemy borykać się z ostatecznymi pytaniami odnośnie natury naszej egzystencji wówczas warto z pewnością spróbować poszukać nowych form percepcji, na przykład form, w których cała postrzegana rzeczywistość jest uchwycona na raz, holistycznie jakby nie było, a nie we fragmentaryczny sposób nauki, która, należy stwierdzić, ma tendencję do skupiania się na pojedynczych częściach świata.

Historycznie rzecz biorąc, odmienione formy percepcji, w których ogólne spojrzenie na rzeczywistość jest natychmiast dostrzegane i odczuwane w swego rodzaju radosnym przebłysku zrozumienia, są wyłączną domeną mistyków religijnych, tych osób, które twierdzą, raczej kontrowersyjnie i często z zatrważającym wigorem, że bezpośrednio doświadczyły "najwyższych prawd" o rzeczywistości. Ponieważ większość mistyków i wizjonerów stosowało różne techniki, dzięki którym rozbudzali swe wglądy, takie jak poszczenie, joga, medytacja, izolacja percepcyjna etc., to ponownie świadczy to o fakcie, że normalny ludzki mózg jest jakoś ograniczony w swej świadomej aktywności i że układ chemiczny, który ogranicza może być pokonany lub ominięty, angażując się w różne tak zwane dyscypliny duchowe. Dla większości z nas, te ezoteryczne starania, niezależnie czy faktycznie dostarczają właściwej wiedzy, są być może trochę poza naszym normalnym sposobem życia, i dlatego w celu uzyskania odpowiedzi na ważne pytania odnośnie rzeczywistości wolimy trzymać się mniej podejrzanej, niemistycznej nauki.

Jednakże, istnieje kolejna, bardziej bezpośrednia droga do tej transcendentalnej wiedzy, jak jest określana w filozofii. Droga ta wymaga przemyślanego przyswojenia naturalnie występujących grzybowych lub roślinnych alkaloidów enteogennych (psychedelicznych) w celu uzyskania informacji niedostępnej dla normalnego umysłu. Tradycyjnie, to mało udokumentowane przedsięwzięcie jest podejmowane przez szamanów lub rdzennych uzdrowicieli, którzy wykorzystują taką psychoaktywną florę w celu uzyskania wiedzy transcendentalnej, którą następnie wykorzystują dla dobra ich kultury.

Po dzień dzisiejszy, autochtoniczni szamani w miejscach takich jak Amazonia i Meksyk wciąż wykorzystują potężne efekty miejscowych roślin i grzybów enteogennych w celu pełnienia w swej rodzimej kulturze roli szamańskiego uzdrowiciela. Tak silny może być wpływ na ludzką psychikę tych objawieniowych roślin i grzybów, że zaczęły być powszechnie ubóstwiane. Enteogeny stały się świętym połączeniem z boskością, prawie stanowiąc jakby organiczny modem bezpośrednio podłączony do Boga. To właśnie o tym pisał luminarz Aldous Huxley jakieś 40 lat temu w swej kultowej klasyce "Drzwi percepcji", w której poetycko opisał fantastyczne uwydatnienie percepcji, towarzyszące jego spożyciu meskaliny, enteogennego alkaloidu pochodzącego z kaktusa pejotl.

Właśnie to, że te enteogeniczne rośliny i grzyby ułatwiają nowe formy świadomości i to, że ta odmieniona świadomość doświadcza rzeczywistości w radykalnie nowy sposób, przekonało przynajmniej Huxley'a, że naprawdę były przydatnymi narzędziami epistemologicznymi (epiestemologia jest nauką o poznaniu), dzięki którym możliwe staje się głębokie rozumienie natury procesu rzeczywistości. Lecz to nie wszystko, takie pouczające zmiany świadomości (być może najbardziej pouczające) oferują nam również sposób na zrozumienie samej świadomości, gdyż można przeanalizować subtelne zmiany chemiczne towarzyszące odmienionemu stanowi umysłu, a następnie usiłować wykorzystać te dane by pojąć, w jaki sposób działa normalna świadomość.

Tak więc, zaleta badania percepcyjnych efektów środków enteogennych jest podwójna. Po pierwsze, poprzez ich spektakularne oddziaływanie w mózgu możemy postrzegać Naturę w nowy i niewątpliwie uwydatniony sposób. Po drugie, lepiej możemy zrozumieć podstawową chemię związaną z normalnymi procesami świadomości, tj. modus operandi substancji enteogenicznych ukazuje delikatne mechanizmy chemiczne zarządzające świadomością i naszym postrzeganiem rzeczywistości. Jeśli poprzez badanie enteogenów możemy lepiej zrozumieć wspólną płaszczyznę między umysłem a "światem na zewnątrz", wtedy wyraźniej poznamy, czym jest świadomość, jak jest utworzona, i jak może doświadczyć transcendencji. I jeśli transcendentalna informacja dostępowana w odmienionym stanie świadomości posiada jakąkolwiek prawdziwą wartość - a wszyscy rdzenni szamani to potwierdzają - wówczas będziemy o krok bliżej od ogólnego pojęcia tego, co napędza rzeczywistość. Tylko wtedy moglibyśmy zatrzymać stwórcę/zabójcę Einstein'a, bo wtedy zaczęlibyśmy określać jego ostateczną naturę. Przynajmniej brzmi to obiecująco.

W niniejszej książce uważam, że naturalnie występujące rośliny i grzyby enteogenne są naprawdę kluczem do rozwiązania podwójnej tajemnicy świadomości i rzeczywistości. Po spożyciu, są mocno związane z mostem między świadomością a światem wokół nas. Numinotyczne doznanie, jakie mogą wywołać, nie ważne jak dziwne może się wydawać w kontekście prozaicznego świata i nie ważne jakie leżą za tym mechanizmy mózgowe, jest rzeczą realną; ono istnieje, w każdym razie potencjalnie. Jak się przekonamy, to co wyłania się gdy bada się enteogeny, to że archetypowa opowieść o transcendencji przekazywana przez szamana stosującego enteogeny wynika z bezpośredniego i potwierdzalnego doznania.

To na gruncie takiego weryfikowalnego doznania opiera się ta książka. Widoczna zdolność ludzkiego umysłu do transcendowania "normalnej" rzeczywistości domaga się badań, gdyż musi to być z pewnością rozsądny krok w kierunku odzyskania znaczenia istnienia ludzkiej świadomości we Wszechświecie. Jeśli jednak przedsięwzięcie to jest nieuzasadnione i stworzone jedynie z efemerycznej imaginacji, wówczas tylko zwróci uwagę na fakt, że ludzka wyobraźnia w pewnych chemicznych okolicznościach jest wyjątkowo twórcza. Lecz jestem przekonany, że środki enteogenne uwalniają formę świadomości, która lepiej zmaga się z ostatecznymi pytaniami o proces rzeczywistości, niż nasze normalne ramy percepcji, i że faktycznie dają nam przebłysk jakiegoś wielkiego sensu, będącego dotychczas wyłączną domeną szamana i mistyka, sensu wspominanego jedynie w konwencjonalnych religiach świata.

Tak jak ja to widzę, jeśli naprawdę jesteśmy zainteresowani ostateczną naturą rzeczywistości i ostateczną naturą ludzkiej świadomości, wówczas jesteśmy zobowiązani podążać wszelkimi i wszystkimi torami dochodzenia, i chciałbym zasugerować, że nieskrępowany tor wytyczony przez rośliny i grzyby enteogenne jest, być może, ostatnią realną drogą do dowodu, ukazującego, iż ludzka świadomość jest w jakiś sposób kluczowa dla rzeczywistości. Jeśli zamiast tego, ta niezwykła ścieżka okaże się prowadzić donikąd, wówczas na powrót dojdziemy do powszechnie akceptowanego stanowiska, w którym ludzka świadomość nie jest uważana za posiadającą główne znaczenie. Książka ta może być więc odczytywana jako alternatywny, przyjazny dla użytkownika przewodnik do natury rzeczywistości, który udowadniając, że trzyma się prawdy, może być postrzegany jako bardzo dobra wiadomość. Istotnie bardzo dobra wiadomość.

Więc pozostańmy przy kontrowersyjnej opowieści o niedawno odkrytej (ponownie) i naturalnie występującej substancji wzmacniającej świadomość, przyrodzonej większości okolic umiarkowanej strefy Ziemi, i przy tym, co ta substancja wyjawia nam o ludzkim umyśle i o twórczym impecie napędzającym proces rzeczywistości. Zapnij pasy, ponieważ jeśli poprawnie wykonałem swoją pracę, szykuj się na jazdę roller coasterem do wnętrza tajemnicy istnienia. W następnych rozdziałach będziemy stopniowo wspinać się na szczyt, z którego nagle zbiegniemy w serie nowych i porywających idei o ludzkiej świadomości i o naturze Wszechświata. Pod koniec książki mam nadzieję ukazać, że proces rzeczywistości jest w gruncie rzeczy inteligentny w każdym calu, i że my, świadome istoty faktycznie mamy uprzywilejowaną rolę do odegrania w jego zamierzonym wychodzeniu na jaw. Zapewniam, że w miarę przebiegu rozdziałów stanie się to kryształowo jasne.

Rozdział 1
Spożywanie Ciała Boga

10 Czerwca 1957 międzynarodowe wydanie magazynu Life opublikowało przełomowy artykuł, który głęboko odmienił nastawienie zachodu względem dzikszej strony świata naturalnego. Bo była to pierwsza osobista relacja napisana przez Europejczyka opisującego niezwykłe efekty psychologiczne wywoływane przez grzyb ubóstwiany i czczony rytualnie przez rdzennych Meksykan. Spożycie świętego meksykańskiego grzyba pozwalało skontaktować się z Bogami, doświadczyć przemożnych wizji, oraz zdobyć wiedzę mistyczną. Lub przynajmniej były to najbardziej ekstrawaganckie przekonania na temat grzyba rdzennych Meksykan, przedstawiane przez antropologów podczas pierwszej połowy XX wieku.

W czasach przedkolumbijskich tajemniczy grzyb znany był Aztekom jako "ciało Boga", co świadczyło o jego boskiej potencji. Taka cześć zapewniła grzybowi status kultu pośród rdzennych Meksykan, pomimo gwałtownych wstrząsów kulturowych dokonanych przez hiszpański podbój w XVI wieku. Tak oto, mimo że kiedyś potężna kultura Aztecka została ostatecznie zniszczona, święty grzyb nadal był stosowany w i wokół Meksyku przez cały czas hiszpańskiej okupacji. Jednak pomimo legendarnych efektów tego osobliwego gatunku grzybów, uchowały się aż do połowy XX wieku, kiedy to zewnętrzny badacz w końcu uzyskał i zjadł grzyb i stąd zweryfikował nieco fantastyczne twierdzenia tubylców.

Przekazywana wyłącznie ustnie od czasów hiszpańskiej konkwisty, szczegółowa wiedza o czczonym grzybie leżała głównie w rękach zazdrośnie strzegących szamanów lub rdzennych uzdrowicieli, którzy wcale nie mieli ochoty ujawniać swych botanicznych sekretów osobom postronnym. Gdyż obawiali się, być może słusznie, że mogłoby to pomniejszyć nadnaturalną moc świętego grzyba lub mogłaby być użyta bluźnierczo, i czy niegodny zaufania biały człowiek powinien zyskać pełen dostęp do jego żywej tajemnicy. Dlatego artykuł w Life z 1957, w którym została otwarcie ujawniona tajemnica grzyba, dramatycznie symbolizował ominięcie przez Zachód tego wieloletniego kulturowego systemu bezpieczeństwa. Święty grzyb został siłą zerwany ze swej lokalnej szamańskiej niszy i skutkiem tego zaprezentowany zachodniemu światu w formie masowo rozpowszechnionego druku z kolorowymi fotografiami i rysunkami gatunków na dodatek.

Pomimo ich ujawnienia wścibskiemu spojrzeniu Zachodu, status meksykańskiego grzyba pozostał wzniosły i zwodniczo eteryczny jak nigdy, nawet bardziej, gdyż zachodnia psychika była tak samo jak tubylczy Meksykanie zaskoczona i zadziwiona jego transcendentalnie wizjonerskimi efektami. W kolejnych dziesięcioleciach aura fascynacji grzybem psychedelicznym powoli rozszerzyła się i wyłoniła poza Meksyk, poszerzając ostatecznie swój magiczny wpływ tak daleko, że sięgnęła Europy i Ameryki Północnej.... ale na tym początkowym etapie jego nagłego rozwoju, dziwny grzyb pozostawał wyłącznie zjawiskiem meksykańskim.

Prosty nagłówek na okładce Life'a brzmiał, Odkrycie Grzybów, które powodują Dziwne Wizje, raczej niespotykany tytuł w takim tradycyjnie konserwatywnym magazynie. Artykuł był załączony jako część serii Wielkie Przygody magazynu Life, i był napisany przez Roberta Gordona Wassona, wiceprezesa firmy bankowej z Wall Street, który z pomocą swej żony, spędził około 30 lat na niepełnoetatowych badaniach, tworząc nową dyscyplinę naukową - etnomikologię - badanie kulturowego i historycznego stosowania grzybów.

Mimo, że taka nauka jest wyraźnie wyspecjalizowana i pozornie daleka od spraw nowoczesnej kultury, jedynie w wyniku swych oddanych etnomikologicznych badań, Wasson'owie dowiedzieli się o grzybach maksykańskich, starali się je znaleźć, doświadczyć ich osobiście, i skutkiem tego dać psilocybinę (aktywny składnik grzyba jeszcze bez nazwy, wymawiany albo jako "silla-sigh-bin" albo "sigh-le-sigh-bin") Zachodowi. Po odkryciu, etnomikologiczna nauka niespodziewanie zdobyła zdecydowanie mistyczny brzeg pozwalający jej wyłamać dziedziny religii i psychologii. Zapewniła również nowy impet stałemu dążeniu ludzkości do dostąpienia wiedzy transcendentalnej i nie może być wątpliwości, że odkrycie Wasson'a i barwny opis efektów psilocybiny były decydujące w spowodowaniu późniejszej kulturowej fali psychedelicznego eksperymentowania, która wkrótce nastąpiła w latach 1960. Ponadto, jak będziemy mogli ostatecznie zobaczyć, grzyb objawia się również jako klucz odsłaniający sekrety świadomości i ukrytych bogactw Natury. Teofania, umysł, oraz rzeczywistość; wszystkie te trzy najgłębsze tematy są w jakiś sposób spotykane przy wykorzystywaniu grzyba psilocybinowego. Lecz, nim wskoczymy w najgłębszą część, kim, przepraszam, był ten kolega Wasson, finansista i podróżnik, i jak doszedł do zgłębienia sekretnego, psychedelicznego wymiaru Ziemi? Kim był, by przynieść zachodniemu światu wieści świętych grzybów?

W efekcie, artykuł Wasson'a w Life zbiegł się w czasie z wydaniem jego największego dzieła, dwutomowej książki Grzyby, Rosja, i Historia, współautorstwa jego żony Walentiny. To ta praca, która ujawnia rozległe wieloletnie zainteresowanie Wasson'a kulturowym zastosowaniem grzybów i to jak ostatecznie skierował się do drzwi percepcji oznaczonych "psilocybina".

Z jedynie 512 ręcznie wykonanymi kopiami, luksusowo oprawionymi i wydrukowanymi, Grzyby, Rosja i Historia ostały się jako rzadkie dzieło sztuki. Faktycznie, w późnych latach 1970 jej wartość osiągnęła jakieś 2500$, czyniąc ją najbardziej wartościową książką w tym czasie, której autor wciąż żył. Jest to bardzo wytworna książka, napisana w wartkim stylu odzwierciedlającym miłość do etnomikologii żywioną przez Wasson'a. Przedstawia kwintesencję mądrości wyciągniętą z jego szeroko zakrojonych badań nad rolą, jaką różne gatunki grzybów odegrały w różnych kulturach i zostaje uwieńczona odkryciem ceremonii świętych grzybów wciąż przeprowadzanych w Meksyku, odkrycie wystarczająco ważne, uzasadniające dalsze sprawozdanie na bardziej przystępnych stronach magazynu Life.

Rozpoczyna się szlak

Wydarzenie, które pierwotnie wprowadziło Wasson'ów na ich grzybową krucjatę było proste, niemal trywialne, choć wystarczające by sprowokować ich do trzy dekadowego okresu bezcennych badań. Wasson'owie pobrali się w 1927 i pewnego dnia podczas miesiąca miodowego zdecydowali się na przygodną przechadzkę w górach Catskill stanu Nowy Jork. W pewnym miejscu Walentina, która była z urodzenia Rosjanką, zatrzymała się by zebrać kilka dziko rosnących grzybów, radując się tym przypadkowym znaleziskiem. Z drugiej strony jej mąż, wierny swemu Anglosaskiemu dziedzictwu, był zbulwersowany namiętnym zainteresowaniem żony śmiertelnymi grzybowymi obrzydlistwami, zwłaszcza, że zamierzała je później ugotować i zjeść. Wszakże, czyż nie wszystkich grzybowych narośli trujących muchomorów należy unikać jak ognia? Z rosnącym niepokojem, Robert Wasson wyobraził sobie siebie budzącego się następnego ranka z truposzem, miast z żoną.

Ta wyraźna i głęboko zakorzeniona różnica między nimi w nastawieniu względem grzybowych walorów kulinarnych doprowadziła ich do podejrzeń o rozłam kulturowy, to jest, że istnieją ludzie mikofobiczni (rozsądni nietrawiciele grzybów w rodzaju Anglosasów) oraz ludzie mikofiliczni (lekkomyślni miłośnicy grzybów w rodzaju Rosjan). Ponadto, Wassonowie zdali sobie sprawę, że musi być jakiś historyczny powód dla tych diametralnie przeciwnych tradycji, nie ze względu na coś w rodzaju dostępności pożywienia, lecz raczej ze względu na czynniki kulturowe i psychologiczne. Tak oto rozpoczęły się akademickie poszukiwania Wasson'ów, by zbadać tę na pozór niewielką anomalię kulturową. Od początku oboje pomyśleli, że przyczynową rolę odgrywała w jakiś sposób religia.

Ich intuicja okazała się trafna. Badania wkrótce wydobyły na światło dzienne syberyjską historię kulturową Amanita muscarii lub muchomora, tego zadziwiającego, jaskrawo czerwonego, nakrapianego białymi kropkami grzyba znajdywanego na całej półkuli Północnej i często uroczo przedstawianego na ilustracjach zdobiących książeczki dla dzieci. Faktycznie, sugeruje się, że Lewis Carrol był zaznajomiony z syberyjskim stosowaniem muchomora i z pozytywnym skutkiem wykorzystał tę informację w swych Przygodach Alicji w Krainie Czarów, w których, może sobie przypominasz, Alicja zagryza grzyba, po którym następnie zmienia się jej wielkość.

Jak się przekonamy, w porównaniu do grzyba psilocybinowego, psychoaktywność muchomora zasługuje na słabą ocenę, choć jest potencjalnie enteogenny z powodu obecności alkaloidu o nazwie muscimol. Pomimo enteogenicznej niższości muscimolu względem psilocybiny, kulturowa rola i zastosowanie muchomora pośród szamanów syberyjskich jest bezdyskusyjna i Wassonowie odkryli bogactwo literatury potwierdzającej ten fakt. Dane historyczne dotyczące szamańskiego zastosowania muchomora dowiodły istnienia połączenia z prymitywną religią, dokładnie tak, jak Wasson'owie początkowo przewidzieli, i wkrótce stało się dla nich jasne, że grzyby psychoaktywne były nie małym aspektem historii kulturowej.

Echa szamańskiego rytmu

Od czasu Cara Piotra Wielkiego (1672-1725), Półwysep Kamczatka, najbardziej wysunięta na wschód część Rosyjskiej Syberii, był odwiedzany przez podróżników, politycznych emigrantów, badaczy, handlarzy futer, oraz antropologów. Wszyscy mówili o koczowniczych pasterzach reniferów, którzy rytualnie spożywali muchomory (ich jedyne środki odurzające) w celu uzyskania kontaktu z wymiarem duchowym. Samo słowo "szaman" pochodzi z syberyjsko tunguskiego "saman" co oznacza wróżbita, czarownik, lekarz, kreator ekstazy, pośrednik między światem ludzkim a nadnaturalnym.

Syberyjski użytkownik muchomora suszy grzyby na słońcu a później połyka je albo samego, albo zmieszanego z mlekiem lub wodą. Jeśli przyjmowany jest sam, grzyb najpierw należy go zwilżyć w ustach kobiet, które wytwarzają rodzaj kulek do połknięcia przez mężczyzn.

Skutki zjedzenia tego grzyba obejmują konwulsje, delirium, halucynacje wzrokowe, postrzeżeniowe zniekształcenia rozmiaru, odczucie nadludzkiej siły, oraz dostrzegalny kontakt z wymiarem numinalnym, ten ostatni efekt jest najważniejszym dla praktykującego szamana, którego główną funkcją jest wstępować w sferę duchową w celu zdobywania nieziemskiej wiedzy dla zdrowia jego lub jej plemienia.

Jednakże najdziwaczniejszym aspektem tej szamańskiej tradycji, był zwyczaj ... (czytelnicy o słabym usposobieniu powinni pominąć kilka kolejnych zdań) ... picia moczu. W jakiś sposób Syberyjczycy odkryli, że aktywny składnik grzyba, muscimol, przechodzi przez ciało nie metabolizowany, tak, że pijąc mocz wzbogacony muchomorem można przedłużyć odurzenie. Być może Syberyjczycy dowiedzieli się o tym dziwnym fakcie obserwując renifery, które nie tylko rzekomo same jedzą muchomory z dużym apetytem, lecz mają również takie samo zamiłowanie do ludzkiego moczu, tak duże, że Syberyjscy pasterze reniferów uważali za niebezpieczne sikanie na świeżym powietrzu!

Raczej zatrważająca i niesmaczna praktyka picia psychoaktywnej uryny osiągnęła wielkie znaczenie w późniejszej pracy Wasson'a w latach 1960, jako że picie uryny jest wzmiankowane w Rigwedzie, starożytnej świętej księdze Indii. Spisana w sanskrycie a pochodząca z ustnych podań Indoeuropejczyków, którzy wyemigrowali do Doliny Indusu jakieś trzy i pół tysiąca lat temu, Rigweda wpłynęła ostatecznie na rozwój Hinduizmu.

Z 1000 świętych hymnów w Rigwedzie, ponad 100 jest poświęconych wyłącznie boskiej roślinie Somie i jej spektakularnym efektom psychologicznym. Z powodu tego, że w hymnach ubóstwiających Somę wyraźnie nawiązuje się do picia moczu i z analizy jej poetyckiego opisu, Wasson doszedł do wniosku, że muchomor był świętą Somą wielbioną przez starożytnych Indoeuropejczyków. Rzeczywiście, w niektórych częściach Indii, zwolennicy wedyjskiej tradycji wciąż przeprowadzają ceremonię religijną, w której przyjmowana jest Soma, tyle, że teraz stosują nieaktywny, zastępczy gatunek rośliny. Identyfikacja Somy Wasson'a była, w czasie, gdy to stwierdził, jedną z niewielu poważnych prób zbadania i nazwania legendarnej rośliny Somy, a jego identyfikacja jest generalnie akceptowana przez naukowców wedyjskich do dziś.

Grzybowa tradycja ludowa

Szamańskie stosowanie muchomorów przez prymitywnych Syberyjczyków wydawało się do tej pory zamierzchłą historią, gdyż istniały różne legendy, mówiące o ich mitycznych początkach. Na przykład, legenda Koriaków opowiada o bohaterze, którego zwano Wielki Kruk, potrafił osiągać ogromną siłę poprzez zjadanie duchów przekazanych mu przez boga Vahiyinin'a - boga istnienia. Plując na ziemię, Vahiyinin sprawiał, że wyrastały niezbędne duchy, były to muchomory z ich zdolnością dostarczania nadnaturalnej siły i mądrości.

Wassonowie teoretyzowali, że to właśnie ta archaiczna szamańska praktyka spożywania muchomora, tak dobrze odzwierciedlona w legendach i mitologii, doprowadziła ostatecznie do mikofobicznych przedchrześcijańskich tabu przeciwko jedzeniu grzybów, które nadal były najwyraźniej podzielane przez większość ludów żyjących w okolicach wybrzeży Morza Północnego. Innymi słowy, jako że grzyb używany był głównie przez szamanów w kontekście rytualnym, nakazy kulturowe i tabu mogły zacząć wykształcać się w celu powstrzymania innych od samowolnego stosowania ich osobliwej mocy. Lub, tak samo prawdopodobne jest, że poprzez migracje i najazdy szerzyła się dezinformacja dotycząca prawdziwej natury skutków grzyba. Poprzez takie typowe mechanizmy kulturowe, psychoaktywny muchomor stopniowo zaczął osiągać mityczny status, gwarantujący mu kulturową nieśmiertelność w miarę jak z pokolenia na pokolenie rozwijał się jako treść legend.

Kiedy jego szamańskie zastosowanie rozprzestrzeniło się z Rosji, niektórzy ludzie stopniowo zaczęli się wystrzegać grzyba, podczas gdy inni skorzystali z jego efektów. Nie tylko Aryjczycy, którzy migrowali do Doliny Indusu 3500 lat temu, przynieśli ze sobą religijny kult Somy, jeszcze później, jakieś 1000 lat przed Chrystusem, artystyczne reprezentacje grzybów znajdujemy na szwedzkich, norweskich oraz duńskich przedmiotach Ery Brązu. Na artefaktach z brązu w rodzaju brzytew znaleziono motywy grzybowe (głównie stylizowane przekrojowe ujęcia grzyba), które przedstawiają grzyb w sposób sugerujący, że był to obiekt czci. Ponieważ muchomor czerwony obfituje w Skandynawii, uważa się, że motywy te przedstawiają muchomorowy kult, podobny do tych z Syberii.

Oprócz syberyjskiego folkloru, wiele europejskich bajek również opowiada o zagadce muchomora, stanowiąc echo odległych kulturowych powiązań z przeszłości. Jugosłowiańscy chłopi cofają nadprzyrodzone pochodzenie grzyba do czasów przedchrześcijańskich bogów Natury. Legenda opowiada, że Wotan, wódz wszystkich bogów i potężny czarownik oraz uzdrowiciel, jechał na swym magicznym koniu przez wiejskie okolice, gdy nagle pojawiły się demony i zaczęły go gonić. Gdy umykał, jego koń galopował tak szybko, że z jego ust leciały krople zakrwawionej piany. Gdziekolwiek spadła ta krwawa piana wyrastał muchomor.

Węgrzy nazywają muchomora "boland gamba" lub "szalony grzyb". Austriacy i Niemcy mawiają "grzyb głupca" i zwykli parafrazować brytyjskiego artystę komediowego Tony'ego Hancock'a "odszedłeś majacząc szalony?" oraz "zjadłeś wariackie grzyby?"

Wassonowie przeanalizowali również szeroki wachlarz słów stosowanych do opisania grzybów w różnych kulturach oraz ukrytych metaforach, które takie słowa przekazują; na przykład słowa takie jak "muchomor" łączą ropuchę z muchomorem (ang. toadstool=muchomor, toad=ropucha, tool=narzędzie, muchomor=narzędzie ropuchy), ropuchę będącą w micie i folklorze stworzeniem szkalowanym. Wassonowie przypuszczali również, że "mucha" w muchomor (ang. fly we fly agaric) nie występuje w związku z jego rzekomym wpływem owadobójczym, lecz ponieważ mucha była związana z mocą demoniczną (Belzebub jest "Panem Much"), i dlatego została bojaźliwie skojarzona z tajemniczym grzybem.

Krótko mówiąc, Wassonowie odkryli olbrzymie kulturowe rozproszenie zwartej tradycji grzybowej wskazując na wspólne pochodzenie, psychoaktywnego muchomora będącego najprawdopodobniej inicjatorem. Później Wasson podsumował swe spostrzeżenia w następujący sposób:

"Śmierć nadejdzie jeśli laik ośmieli się zjeść ten zakazany owoc, Owoc Wiedzy, Boski Grzyb Nieśmiertelności, który sławili ... poeci Rigwedy. Lęk przed tą "śmiercią" przeżył, jako emocjonalna pozostałość, długo po tym, jak szaman i jego religia zniknęli z pamięci, i tu leży wyjaśnienie mikofobii, która zapanowała w Północnej Europie, w germańskich i celtyckich światach."

W tym momencie Wassonowie mogli również zakończyć swe mikologiczne dochodzenia, kulminacja wystarczająco interesująca odkąd opuścili swój grzybowy świat i odważyli się wejść w dziedzinę prymitywnej religii. Jednak fabuła zamierzała się zagęszczać, ponieważ muchomor został przyćmiony przez o wiele potężniejszą postać grzyba psilocybinowego, grzyba, którego żyjącą tajemnicę Gordon Wasson mógł ostatecznie skonfrontować w wewnętrznym sanktuarium swej duszy.

Oznaki świętego meksykańskiego grzyba

W 1952 znajomy Wassonów, znany poeta i pisarz historyczny Robert Graves, napisał kluczowy list informując ich o rzekomym tajemnym kulcie grzybowym wciąż istniejącym w Meksyku. Graves załączył w swym liście wycinek z kanadyjskiego czasopisma farmaceutycznego, które omówiło odkrycia dokonane lata wcześniej przez Richarda Evansa Schultes'a. Okazało się, że Schultes, jeden z wiodących światowych etnobotaników zatrudnionych na Harvardzie zidentyfikował w 1938 gatunek grzyba Panaeoleus jako święty sakrament stosowany rzekomo przez meksykańskich Indian. W tym czasie, jedynie ten jeden gatunek enteogenny został zidentyfikowany przez Schultesa i mimo, że kilku Europejczyków obserwowało ceremonię grzybową rdzennych Meksykan, żadna osoba postronna nie została dopuszczona do raczenia się samym grzybem. Jest to istotne, ponieważ tak naprawdę, bez osobistego doświadczenia grzyba psilocybinowego, można jedynie domyślać się jego efektów i dlatego wczesne obserwacje antropologiczne przeszły bez większego zainteresowania.

Gdy Wassonowie dowiedzieli się o tych wabiących faktach, uzbrojeni już w szczegółową wiedzą o historii muchomora, naturalnym było dla nich rozważenie wskazówek badawczych Graves'a i skupienie uwagi na Meksyku. Jeśli grzybowe ceremonie wciąż były tam praktykowane wówczas byłoby to świadectwem na szamanistyczne zastosowanie grzyba nie ograniczone jedynie do kart historii.

Przez współpracowników, Wassonowie prowadzili wkrótce zapaloną korespondencję z Eunice Pike, amerykańską studentką językoznawstwa i tłumaczką biblii (czego skrótem jest misjonarka), która żyła ponad 15 lat pośród Indian Mazateków w Huautla, w Meksyku. Zaznajomiwszy się z rdzennymi zwyczajami i wierzeniami o pewnych świętych grzybach, również chciała się jedynie podzielić swą wiedzą z Wassonami.

Panna Pike poinformowała ich listownie, że pewien indiański chłopiec odniósł się do grzyba jak do daru od Jezusa, samej krwi Chrystusa. Indianie mówili również, że pomaga on "dobrym ludziom", zabijając "złych ludzi" lub doprowadza ich do szaleństwa. Ponadto, Indianie byli pewni, że w grzybowym stanie przemówił do nich Jezus. Każdy, kogo pytała Pike przyznawał, że poprzez grzyba patrzył w samo Niebo. (Zobacz również grzybowy artykuł Eunice Pike: rytuał grzybowy vs chrześcijaństwo - tłum.)

Podkreślając trwającą integrację wiary chrześcijańskiej z rdzenną kulturą Indian, twierdzenia Indian wskazywały również, że grzyb jest bardzo potężny w swym psychologicznym działaniu, zdolnym wywoływać radykalne zmiany świadomości, wciąż względnie nowe dla zachodniej nauki. Było również oczywiste, że normalną procedurą jest dla "mędrca" lub szamana zjedzenie grzyba w imieniu kogoś innego, zazwyczaj w celu uzdrowienia, co jest klasyczną funkcją społeczną szamana, napotykaną w większości rodzimych kultur świata.

Panna Pike zakończyła swój pierwszy, informujący i nęcący list pragnąc by tubylcy radzili się biblii zamiast uciekać się do spożywania tego dziwnego grzyba, uwaga dość naturalna dla każdego zainteresowanego propagowaniem biblii, a nieobeznanego z psychologicznym terytorium dostępowanym poprzez psilocybinę. Nadal jednak, czyż nie jest dziwne, że ktoś skłaniający się ku religii w tak oczywisty sposób, jak ta kobieta, nie powinien wykryć w twierdzeniach Indian, czegoś o znaczeniu duchowym? Jeśli tak wielu z nich ochoczo opowiadało o zaletach świętego grzyba, czemu sama ich nie spróbowała? Ostatecznie, nie wspominała o szkodliwych efektach oprócz niebezpieczeństwa posiadania "złego serca".

Jaka jest natura tego strachu, mogąca uniemożliwić pojedynczy, wolny od uprzedzeń eksperyment z takim grzybem? Jak można twierdzić, że jest się w pełni religijnym i nie wziąć na poważnie świadectwa szamanów? Była to anomalia, która nieustannie pojawiała się w relacjach między zachodnią psychiką a grzybem. Psilocybina może wytworzyć absolutny podziw lub absolutne odrzucenie u tych, którzy się z nią skonfrontowali, co jest dowodem na to, że w samym tym doznaniu dzieje się coś istotnego. Jeśli z tych wizjonerskich substancji nie można by uzyskać niczego interesującego, jeśli doznania byłyby ograniczone wyłącznie osobistymi fantazjami, wówczas nie byłoby siły stymulującej uporczywą fascynację. Jednakże, jak pokażę, wielu twierdzi, że psilocybina oferuje wspaniałą wiedzę o naszym istnieniu, że może dostarczyć duchowych spostrzeżeń o rzeczywistości. Oto, dlaczego doznanie na grzybie psilocybinowym pozostało tak zawiłym zjawiskiem i czemu opinie są tak podzielone.

Wyczuwając w liście panny Pike, że faktycznie była do odkrycia jakaś wspaniała rewelacja, Wassonowie postanowili wybrać się w podróż do Huautla najszybciej, jak to możliwe, i zrobili to w 1953. Nie można było pomylić aromatu etnomikologicznego Świętego Graala, gdy zbliżyli się do jego żywej obecności. Tak na marginesie, sądząc z opisu panny Pike, zdali sobie również sprawę, że grzybem stosowanym przez Indian nie był gatunek Panaeolus, uprzednio zidentyfikowany przez Schultes'a, i był to kolejny powód do dochodzenia naukowego.

Coraz cieplej

W sierpniu 1953 Wassonom udało się pozyskać pomoc meksykańskiej curandero lub szamana i już samo to, było osiągnięciem, gdyż Indianie byli niechętni do rozmowy o grzybach z europejskimi postronnikami. Pod pretekstem chęci otrzymania nadnaturalnie inspirowanej informacji o ich synu, Wassonów dopuszczono do wzięcia udziału w rytuale grzybowym, w którym szaman zjadł święte grzyby w celu zdobycia wymaganej informacji. Niestety szaman był jedyną osobą, uwzględnioną przy jedzeniu grzybów i Wassonowie nie zostali wtajemniczeni.

Szaman, pod wpływem psilocybiny, podał trzy szczegółowe przepowiednie dotyczące syna Wassonów, z których w tym czasie (Wasson) uprzejmie zażartował, jako że nie miał najmniejszego pojęcia o ukrytej zdolności psilocybiny do wywoływania zdolności jasnowidzenia. Jego zainteresowanie było, ostatecznie, wciąż głównie akademickie i jakikolwiek rodzaj wypowiedzi nadnaturalnych był traktowany z dużym przymrużeniem oka. Jak się później okazało, wszystkie trzy prognozy szamana się potwierdziły, a Gordon Wasson nie potrafił tego wyjaśnić. Czy był to zbieg okoliczności? Czy był to prawdziwy paranormalny przypadek? Czymkolwiek to było, tajemnicze grzyby wymagały bliższej analizy, ponieważ zdawały się obiecywać o wiele większą korzyść. Wasson zbliżył się jeszcze bardziej, gdyż jego życiowa przygoda dobiegła epickiego apogeum.

W pełni szczegółowa relacja świadków powyższej ceremonii grzybowej miała być ostatnim rozdziałem książki "Grzyby, Rosja i Historia" (Mushrooms, Russia, and History), jednak gdy w czerwcu 1955 miała być wydrukowana dokonano nowego przełomu. W rzeczywistości, był to największy przełom, który stał się punktem kulminacyjnym naukowej kariery Gordona Wasson'a. Zrodziło to również kolejny rozdział książki i doniosły kawałek dla magazynu Life. Nowojorski bankier-etnomikolog w średnim wieku stał się pierwszym odnotowanym białym człowiekiem, który celowo skonsumował święte meksykańskie grzyby i zakosztował tym samym enteogennej chwały naturalnej psilocybiny. Odnalazł i ostatecznie dostąpił jednego z najbardziej niezwykłych doznań możliwych na tej Ziemi, i dzięki jego życiowej wytrwałości nasze trwające poszukiwania prawdziwej natury rzeczywistości i prawdziwych granic świadomego doznawania nagle się spotęgowały, gdyż psilocybina sprawiła, iż jest to psychedelicznie odczuwaną obecnością. Zaiste, dla naszych celów, jest raczej słuszne, że tym razem naszemu człowiekowi Wassonowi podano ten informacyjny i pouczający posiłek - w rzeczywistości to prawie ziemska wizytówka - gdyż raptem kilka miesięcy wcześniej Natura pochłonęła wielkiego Einsteina. Było to przynajmniej względnie słuszne, dla każdego mocno zainteresowanego subtelną lecz nigdy złośliwą siłą tego przebiegłego zabójcy/stwórcy jakim jest Natura...

Tajemnica eksploduje w życie

Opowiadając o swoich doświadczeniach w magazynie Life, Wasson jawi się jako swego rodzaju postać Prometeusza, przynosząc światu wiadomości o dotychczas sekretnym darze Bogów. Pośród kojących fotografii w technikolorze z lat 1950 i licznych reklam cudownych papierosów z filtrem i marek alkoholu, artykuł Wassona jaśnieje jak jakaś nieziemska latarnia morska sygnalizująca fantastyczną moc wizjonerską ukrytą w meksykańskim grzybie. Możemy się tylko domyślać zdumienia, jakie ten artykuł musiał wywołać w psychice czytelnika przesiąkniętego myśleniem i wartościami lat 50. Była to dekada Cadillaca, rock'n rolla, telewizji, oraz gadżetów elektronicznych, dekada w której powojenne pokolenie mogło żyć szczęśliwie na obfitych owocach konsumpcjonizmu. Zdobywszy niedawno zarówno Everest jak i tajemnicę atomu, Człowiekowi naprawdę wydawało się, że jest na szczycie. Szykowała się nieograniczona energia atomowa oraz nieograniczony przyrost surowców. Natura została ujarzmiona i zaprzęgnięta do pracy dla naszych własnych celów.

Oczywiście, tym, z czego nikt nie zdawał sobie w tym momencie sprawy był miażdżący wpływ na otoczenie, jaki mógłby wywrzeć taki materiał kulturowy. Choć pod względem holistycznie organizmicznym dotychczas nie pojęte, środowisko naturalne było miejscem gdzie zabierało się na weekend dzieciaki, nie gruntami do obaw, a co dopiero gruntami do dziwacznego szamańskiego ukoronowania. A ponadto, czyż szamani nie byli jedynie prymitywnymi znachorami tryskającymi wszelkiego rodzaju niewyszukanymi nonsensami? Dlatego z pewnym zdziwieniem musiało być przyjęte powiadomienie czytelników Life'a o wizjonerskich grzybach - aspekcie środowiska wciąż dzikiego i nieujarzmionego, mówiącego o zupełnie innym rodzaju rzeczywistości niż ta z amerykańskiego snu.

Głęboko na południu Meksyku, w małej wiosce w Oaxaca, Wasson opisuje czytelnikom Life'a w jaki sposób ponownie zdobył zaufanie lokalnego szamana, kobiety nazywanej Maria Sabina, pod przewodnictwem której dopuszczono go do spożycia świętych grzybów. Sądząc po fotografiach zawartych w swym opisie, dom, w którym odbyła się ceremonia był mały i skąpo umeblowany, z wystawionymi różnymi chrześcijańskimi ikonami. Jednakże niedostatek współczesnego umeblowania miał skrywać luksusowość wizjonerskiego doznania następującego po spożyciu grzybów, po którym otoczenie niemalże traci znaczenie.

O 10:30 Wasson otrzymał sześć par grzybów od Marii Sabiny gdy rozpoczęła rytuał pomyślności. Nareszcie trzymał w swych drżących rękach nieuchwytną tajemnicę. Namacalne i otwarte na fizyczną analizę, grzyby nie były rodzimym mitem lub wytworem wyobraźni. Lecz co z ich legendarnym wpływem? Wszelkie teorie i pogłoski zostały przezwyciężone, gdy Wasson zjadł swe przeznaczenie.

Jak wszyscy dobrzy empirycy Wasson postanowił pozostać obiektywnie powściągliwy i powstrzymać wszelkie ważniejsze skutki psychologiczne aby lepiej przebadać naturę legendarnej zmiany świadomości wywołanej grzybem. Jednakże wysiłki takie na tyle zacne na ile są, okazały się w zasadzie daremne w obliczu potężnych enteogenów, gdyż jest się zmuszonym ulec w pełni wynikłej ogólnej zmianie stanu mentalnego.

Gdy leżał w ciemnym zamknięciu chaty, moc ukryta w grzybie stopniowo przedstawiła się świadomości Wassona. Przed jego oczami zaczęły się rozwijać wizje, tak intensywne i tak przemożne, że wyłamały niewysłowione sfery religijnego mistycyzmu. Zaczęły się jako jaskrawo ubarwione, kanciaste motywy artystyczne, jakie można znaleźć na tkaninach i dywanach. Następnie wizje zaczęły rozwijać się w olśniewające pałace i ogrody wyłożone drogocennymi kamieniami. W pewnym momencie, Wasson dostrzegł wielką mitologiczną bestię ciągnącą królewski rydwan. Jeszcze później zdawało się, że jego duch uwolnił się z ograniczeń ciała i zawisł w powietrzu oglądając ogromne góry sięgające Nieba. Wasson przyznał, że widoki były tak ostre i wyraźne jakby były bardziej rzeczywiste niż cokolwiek, co widział przedtem, nieco podobne do archetypów i królestw platońskich Idei.

W "Grzyby, Rosja, i Historia" opis wizjonerskich doznań Wassona jest bardziej sprecyzowany niż w części Life'a. To, co zaczęło się jako wyjątkowe dzieło etnomikologii dotykające starożytnego szamanizmu syberyjskiego, przekształciło się w osobiste świadectwo mistycznego doświadczenia szamańskiego. Pochodzi od człowieka zainteresowanego zazwyczaj światem finansów, to naprawdę niezwykły zwrot wydarzeń, jeszcze bardziej przez to, że nie był otwarcie religijny. Gdy niepodważalna prawda szamańskiej ekstazy wywołanej psilocybiną pochwyciła duszę Wassona, całkowicie została zatarta wszelka jego szczątkowa mikofobia. Z tych szczegółowszych relacji promieniuje uczucie bojaźni, uczucie, iż uświadczył wydarzenia o oszałamiającym znaczeniu kulturowym, książka kończy się następnie jako istny traktat religijny.

W pewnym momencie podczas grzybowej ceremonii Wasson pomyślał:
"...same wizje miały być wkrótce przetranscendowane i miały rozchylić się ciemne wrota sięgające ku górze poza wzrok, a my znaleźliśmy się w obecności Ostateczności. Zdawaliśmy się wlatywać w ciemne wrota jak mała jaskółka w oślepiającą latarnię morską, i wrota rozchyliły się i nas wpuściły. Lecz nie otworzyły się, a my dysząc wypadliśmy z powrotem z głuchym odgłosem."

Mimo że wizje według zegarka trwały jedynie minutę lub dłużej, Wasson zauważył, że doświadczył ich jakby trwały całe wieki, tak jakby wykroczył poza ramy normalnego czasu. Był również pewien, że wizje pochodziły albo z Nieświadomości albo z dziedzicznego źródła pamięci rasowej, pojęć zapożyczonych z pracy Carla Gustawa Junga, z którymi Wasson był oczywiście zaznajomiony. Łatwo przyznał, że nadarzyły się mu intensywne epizody wizjonerskie, choć nie przypominały niczego, co widział uprzednio na własne oczy. Zastanawiał się, czy może grzybowe wizje były podświadomą transmutacją rzeczy przeczytanych, widzianych, lub wyobrażonych, tak bardzo zmienionych, że wyglądały jak nowe i nieznane. Albo, Wasson rozmyślał, czy grzyb pozwalał przeniknąć jakąś nową sferę psychiki?

Zakładam tutaj, że Wasson odnosił się do czegoś więcej jak Nieświadomość osobowa, i czegoś więcej niż zorganizowany zakres inteligencji lub swego rodzaju transcendentalnej wrażliwości, interpretowany przez rdzennych szamanów jako Wielki Duch lub Bóg. Wassonowi nie udało się omówić tej kwestii, wolał trzymać się bardziej akceptowanych idei i w swej entuzjastycznej spekulacji zapuścił się nie dalej niż terytorium jungowskie.

Wasson został również uderzony faktem, że olśniewający materiał wizjonerski wywołany przez grzyba musiał spoczywać gdzieś wewnątrz umysłu, w swego rodzaju stanie uśpienia, póki psychoaktywne składniki grzyba nie pobudziły go do aktywności. Lecz zastanawiał się jakby to było, gdybyśmy wszyscy nosili głęboko w nas zapas takich cudów, cudów, które tak spektakularnie mógł wyzwolić grzyb? Być może, sugerował, jakaś kreatywna zdolność mózgu była stymulowana świętym grzybem i że ta zdolność do kreatywnego myślenia była jakoś połączona z postrzeganiem Boga.

Wizjonerskie efekty grzyba, wyraźnie powiązane w jakiś sposób z doznaniami religijnymi mistyków, również sugerowały Wassonowi, że grzyby te mogą być połączone w jakiś istotny sposób z samymi początkami impulsu religijnego, pomysł, który po raz pierwszy przedstawił w Life, i do którego ustawicznie powracał przez resztę swego życia. Wasson wnosi, że być może idea Boga powstała po tym jak nasi prymitywni przodkowie po raz pierwszy spożyli psychoaktywne grzyby, z pewnością frapujący scenariusz, jeśli zostaniemy zmuszeni do wyjaśnienia początków mistycyzmu religijnego terminami zasadniczo naukowymi. Pomógł poźniej ukuć współczesne słowo enteogen odnoszące się do tego rodzaju roślin i grzybów, słowo, które, mimo że wymyślone by oznaczać "stawać się bogiem wewnątrz", częściej uważa się, że oznacza "wytworzyć boga wewnątrz".

Czytelnicy artykułu w Life zostali również poinformowani o tym, co sami Indianie meksykańcy mawiali o tych grzybach. Indianie twierdzili, że "zanoszą cię tam gdzie jest Bóg". Grzyby określano zawsze z respektem i szacunkiem. Nie były jakimś powszechnym narkotykiem w rodzaju alkoholu przyjmowanego bez gadania w celu utopienia smutków lub znieczulenia się na rzeczywistość. Wręcz przeciwnie, szamani Indian stosowali grzyby z powodów proroczych w celu leczenia i przepowiadania. Wasson był dobrze zaznajomiony ze świętymi tradycjami Indian i bardzo się starał przedstawić ten kulturowy fenomen swym czytelnikom w pełnym szacunku świetle na jakie zasługiwali. Żaden Indianin nie jadł grzybów lekkomyślnie dla podniety, o ich stosowaniu mówili raczej "muy delicado", że jest niebezpieczne.

Wasson, człowiek głęboko zainspirowany, nie tylko był pierwszym człowiekiem z Zachodu dokumentującym doznanie psilocybinowe, był również pierwszym, który wypróbował i wyjaśnił tajemnicze efekty w sensownych terminach psychologicznych, wszystkie jego niepewne przypuszczenia pozostają ważne również dziś. Niezwykłe jest pomyślenie, że gdyby nie miał tak głębokiego doznania duchowego, lub jego umysł nie byłby w stanie poradzić sobie z nawałnicą wizjonerskiego dialogu, wówczas meksykański grzyb mógłby równie dobrze pozostać pogrzebanym zjawiskiem do chwili obecnej. Na szczęście dla nas, tak nie jest, a enteogenna tajemnica jest bardzo żywa i "wyzwolona", oraz, co później stanie się jasne, jest nam bliższa niż moglibyśmy przypuszczać.

Jeśli chodzi o śmiałe próby Wassona w przedstawieniu wiarygodnego wyjaśnienia dla swoich doświadczeń, tym, co jest obecnie znane o "neuropsychologicznej przyczynie" psilocybiny zajmę się w późniejszych rozdziałach. Na razie wystarczy uznać, że grzyb potwierdził swą autentyczność jako psychologiczny odpowiednik fizycznego ognia, jego olśniewające efekty są w stanie musnąć i ożywić samą duszę Homo sapiens.

Proste odrzucenie doświadczonego przez Wassona wizjonerstwa, jako nic więcej, jak tylko fantazji człowieka w średnim wieku wywołanej narkotykiem, to zupełne niezrozumienie istoty rzeczy. Znaczenie takiego naturalnego enteogenicznego doznania jest dla samej psychologii wystarczające by zmotywować naszą uwagę, gdyż psilocybina wyraźnie potrafi pobudzić do życia niezwykle konstruktywne formacje myśli i emocji - absolutnie, co najmniej aż tyle można powiedzieć. Jakakolwiek substancja zdolna wywołać zorganizowany przepływ symbolicznej informacji wypływającej na pozór gdzieś z zewnątrz poczucia siebie, lub ego, musi być warta przebadania, zwłaszcza gdy doświadczenie wydaje się bardziej realne niż rzeczywistość. I tak długo jak długo obchodzą nas źródła impulsu religijnego i faktycznego doznania świętej transcendencji, jeśli naprawdę jesteśmy zainteresowani takimi rzeczami, jeśli naprawdę zajmujemy się uświadamianiem sobie naszego istnienia w sposób, będący poza ograniczeniami kulturowo uwarunkowanej świeckiej perspektywy, wówczas z pewnością powinniśmy mieć powód do rozważenia wizjonerskiego doświadczenia grzybowego. Zważywszy na to, że najbardziej ograniczone wyjaśnienie tego zjawiska psychologicznego, powiedzmy w kategoriach twórczej wyobraźni na niespotykaną skalę, wciąż jest ogromnie ważne i fascynujące, bardziej radykalne i spekulacyjne scenariusze - które wydają się przekonujące, gdy osobiście spróbuje się tych porywających form świadomości - oferują jeszcze wspanialsze i błyskotliwsze konceptualne spojrzenie na rzeczywistość.

To tutaj, w osobistym wpływie doznania psilocybinowego na postrzeganie rzeczywistości, znajduje się znaczenie pracy Wasson'a, gdyż był w stanie zwerbalizować swe psychedeliczne spotkania w sposób, który oddał ich frapujący i urzekający charakter. Wasson ewidentnie ukazał, że świętych zakresów doświadczenia nie znajdzie się w kościołach lub błogosławieństwach papieży i kapłanów, lecz można ich dostąpić poprzez spożycie grzybów enteogennych. Wasson skutecznie rozłożył takową naturalną opcję u stóp współczesnego świata.

Pod koniec swej nowatorskiej relacji, Wasson omówił dostępność sfer wizjonerskich wywoływanych przez grzyby dużej liczbie osób, których psychologiczne usposobienie nie było przypuszczalnie w tej samej lidze, co tradycyjnych wizjonerów, jak na przykład, poety Williama Blake'a. Jeśli Wasson po zjedzeniu prostego grzyba mógł na krótko stać się wizjonerem, wówczas bez wątpienia inni chcieliby pójść za jego przykładem. Nieuniknione społeczne następstwo jego opowieści miało się w następnej dekadzie zamanifestować w stopniu, jakiego nigdy nie mógłby przewidzieć, gdyż jego wieści o wizjonerskich grzybach walnie przyczyniły się do przyciągnięcia zainteresowania Zachodu ku enteogenom. Jak pisał Blake, gdy otworzy się drzwi percepcji, można postrzegać niezmierne piękno rzeczywistości. Czy miał to zaplanowane, czy nie, Wasson, tak, jak jego rówieśnik Aldous Huxley, mocno wsadził już stopę między te percepcyjne drzwi.

Jak dotąd nienazwany, jego struktura chemiczna wciąż nieznana, tak oto psilocybina zaczęła swe stopniowe przenikanie współczesnego technologicznego świata, wpływając i wypływając po raz pierwszy w systemy nerwowe Europejczyka, udostępniając widowiskowy rodzaj przetwarzania informacji mózgowej, w którym rozogniona boskość Natury była czymś potencjalnie zauważalnym. Świat nigdy nie będzie już taki sam, gdyż intelektualiści, artyści, oraz poszukiwacze duchowi przy pomocy grzyba psilocybinowego zaczęli zdrapywać ograniczoną powierzchnię normalnej, codziennej świadomości. To nieustraszone spoglądanie poza ograniczenia rutynowego postrzegania zdaje się wyjawiać o wiele, wiele więcej w paradzie rzeczywistości, umożliwiając dostęp do informacji najbardziej stymulującego i uroczego rodzaju, tak jakby grzyb był w stanie zaoferować wszelkie najlepiej strzeżone tajemnice Natury.

Jednakże, pomimo szerzącego się zainteresowania wytworzonego przez jego fragment z Life'a, Wasson zdecydował potem, być może mądrze, zdystansować się od psychedelicznej kultury hippisowskiej lat 60, obracającej się, jak miało to miejsce, wokół syntetycznego LSD. Zamiast tego, zainteresował się badaniem roli muchomora czerwonego w starożytnych indoeuropejskich kultach Somy. Poczynił on również nieocenione wkłady w naszą wiedzę o zastosowaniu grzybów psilocybinowych przez cywilizacje Azteków i Majów w starożytnej Mezoameryce, a teraz, zanim udzielimy w pełni aktualnych informacji o historii psilocybiny, cofniemy się na krótko w czasie, w celu przyjrzenia się tym historycznym tradycjom enteogenicznym.

Rozdział 2
Starożytna forma wspólnoty

Odkrycie szamańskiego stosowania psilocybiny pośród współczesnych Indian meksykańskich wskazywało na świętą tradycję, która, mimo że została prawie pogrzebana, ma mocno zapuszczone korzenie w świetności przeszłych cywilizacji. Z grzybami zaznajomione było szczególnie wielkie imperium Azteków, a rozmaite dokumenty spisane przez hiszpańskich konkwistadorów prawie 500 lat temu, wzmiankujące o stosowaniu grzybów przez Azteków, mogą być ponownie przeanalizowane stosownie do tego co wiemy obecnie o faktycznym doświadczeniu enteogenicznym. Psilocybina okazuje się nie tylko przypadkową cechą świata przyrody ograniczoną do skrytego i samotnego stosowania, jej rytualna rola jako mocnego sakramentu była jawnie uznana w samej tkance starożytnej społeczności Mezoameryki. To jest do czasu, nim znalazła się pod bezlitosnym spojrzeniem hiszpańskich konkwistadorów katolickich.

Aztekowie byli bardzo potężną cywilizacją, której kulturowe osiągnięcia są przez niektórych zaliczane do ligi cywilizacji starożytnego Egiptu i Babilonii. Ideologia religijna przeniknęła wszystkie aspekty azteckiej społeczności, prowadząc ich do podbojów i ekspansji oraz dając początek ich niesławnym krwawym ofiarom z ludzi na skalę, która nie może nie szokować.

Umiejscowiona w Centralnej Dolinie Meksyku, stolica Azteków Tenochtitlan (obecnie miasto Meksyk) osiągnęła szczyt swej potęgi i wspaniałości bezpośrednio przed przybyciem w 1519 Hernán'a Cortés'a i jego hiszpańskiej armii w gorączce złota. Z nastaniem konkwisty wszystkie aspekty religii azteckiej wliczając stosowanie grzybów psilocybowych były systematycznie wymazywane, będąc potępianymi jako diabelska herezja.

Dla najeżdżającego hiszpańskiego duchowieństwa, azteckie twierdzenie, że pewne grzyby (jakieś dwa tuziny gatunków grzybów zawierających psilocybinę pochodzą z Meksyku) są teonanacatl, lub "ciałem Boga" było uznawane za jakąś bezbożną, bluźnierczą komunię. W Katolicyzmie Rzymskim propagowanym przez grasujących konkwistadorów komunia z bóstwem nie bazowała na osobiście objawianej wiedzy lub gnozie. Absolutnie nie. Chodziło raczej o to, że "wewnętrzna" informacja dotycząca bóstwa była uważana za akceptowalną jedynie gdy było się połączonym z formalnie ustanowioną hierarchią religijną, w której akceptowało się bez pytania jej najbardziej umiłowane doktryny.

Innymi słowy zorganizowana ofensywa katolicyzmu, która ogarnęła państwo Azteków czerpała swą potężną strukturę z karmienia siłą swych wyznawców dogmatem religijnym. Otwarte kwestionowanie tego dogmatu, lub jego krytyka, 500 lat temu oznaczała śmierć. Dlatego trudno wyobrazić sobie bardziej heretycki akt, niż aztecka konsumpcja ponoć boskich grzybów. Hiszpański kler, pragnący rozprzestrzeniać swą wiarę, mógłby być całkowicie przerażony pomysłem jedzenia jakichś plugawych i szpetnych grzybów w celu obcowania z Bogami. Jak się przekonamy, ta negatywna reakcja była wyraźnie odzwierciedlona w dziarsko spisanych, hiszpańskich opisach azteckich zwyczajów.

Głęboką odrazę wytworzoną w ortodoksyjnie religijnych umysłach hiszpańskich kapłanów odzwierciedla nienawiść spotykająca w średniowiecznej Europie kobiety oskarżane o bycie szatańskimi wiedźmami, gdyż one również uznawane były winnymi posiadania heretyckiej wiedzy botanicznej. Podczas gdy Aztekowie stosowali grzyby psilocybowe w celu indukowania duchowych stanów świadomości, wiedźmy średniowiecza osiągały podobne stany stosując rośliny w rodzaju lulka czy belladonny. Z historycznego punktu widzenia wygląda na to, że wszystkie takie okultystyczne praktyki z roślinami i grzybami wytwarzają niestety tego samego rodzaju reakcję w męskiej psychice kultury dominatorskiej chętnej do utrzymywania własnej ideologii, mianowicie, nieustanne prześladowania. Dokładnie taki los spotkał aztecką religię.

Katolicka policja stwierdza

Azteckie stosowanie psilocybiny ukazane zostało wyraźnie w wielu zapiskach sporządzonych w czasie konkwisty przez hiszpańskich kronikarzy, którzy skrupulatnie spisali swe obserwacje i zaczęli tłumaczyć azteckie dokumenty historyczne. Dowiadujemy się na przykład, że w czasie koronacji Montezumy II w 1502 roku, w czasie uroczystości spożywano teonanacatl. By uczcić nowego króla zamordowano wielu jeńców wojennych, ich serca zostały wydarte i ofiarowane bogom. Po makabrycznych ofiarach, uczestnicy byli kąpani w krwi, a następnie dawano do zjedzenia surowe grzyby psilocybe.

Być może tego rodzaju okropne zestawienie pomogło palcowi herezji wskazać na grzyby. Przecież krwawa masowa ofiara następowana jakimś dziwnym rytualnym upojeniem grzybowym jest dla Zachodu piekielnym pomysłem, ale było to związane z azteckim pragnieniem zaspokojenia swego panteonu bóstw. Krew rozlewana w imię religii, czy to poprzez wojnę czy ofiarę jest niestety, rodzajem nabożnej tradycji uwydatniającej w ludzkich duszach i umysłach ogromną moc impulsu religijnego. Azteckich bogów uznawano za realnych, trzeba ich było wielbić i ułagadzać.

W każdym razie, Aztekowie wykorzystywali psilocybinę w swych rytuałach religijnych jak również angażowali ją w innych obrzędach, mogących wyglądać horrendalnie obco dla najeżdżających Hiszpanów, którzy prawdopodobnie nie zareagowali na sposób wytwornych, społecznych antropologów. Nadmierne składanie ofiar wraz z rozmyślnym upajaniem grzybami musiały mocno zdezorientować hiszpańskich najeźdźców. Podczas gdy jednocześnie zdumieni byli wspaniałym bogactwem oraz królewskością azteckich miast, które napotkali, mniej byli zachwyceni leżącymi u ich podstaw siłami psychicznymi, które musiały doprowadzić do takiej świetności fizycznej osadzonej w kamieniu.

Dalsze relacje okupującego hiszpańskiego kleru ukazują stosowanie psilocybiny przez Azteków. Diego Duran, szesnastowieczny brat Dominikanin przetłumaczył dokument z Nahuatl (język mówiony Azteków), spisany w czasie koronacji Tizoc'a w 1481:

"I wszyscy panowie oraz osobistości powstałych prowincji, by celebrować dalsze uroczystości, zjedli jakieś leśne grzyby, które sprawią, mówili, że utracisz zmysły, i dlatego wszyscy ruszali gotowi do tańca."

Na wspomnianej powyżej koronacji Montezumy, Duran mówi:

"Ofiara zakończona a stopnie świątyni i taras skąpane w ludzkiej krwi, wszyscy poszli zjeść surowe grzyby; pokarm, po którym opuszczali swe umysły, co gorsza wypili zbyt dużo wina; więc tak byli pijani i pozbawieni zmysłów, że wielu pozabijało się własnymi rękoma, i na mocy tych grzybów mogli mieć wizje i objawienia przyszłości, Diabeł przemawiał do nich w tym upojonym stanie."

Ze względu na swe osobiste doświadczenia z psilocybiną, oraz w świetle swych badań historycznych, które jasno ukazują aztecki szacunek dla teonanacatl, nasz ekspert grzybowy Wasson doszedł do wniosku, że Duran narzucił na sprawę swe własne poglądy w celu zwiększenia obrzydzenia praktyk grzybowych. To znaczy, że interpretacją właściwą psychice tego szesnastowiecznego zakonnika było rozpoznać Diabła w sercu doświadczenia psilocybinowego. Ze swym szczególnym treningiem teologicznym mógł nie mieć wyboru, jak zwęszyć w niezwykłych azteckich obrzędach enteogenicznych siarkowe ślady Diabła. Dlatego odczytanie przez Duran'a z tekstów Nahuatl samobójstw inspirowanych psilocybiną jest bardziej niż prawdopodobnie przejaskrawionym tłumaczeniem niż faktem rzeczywistym.

Kolejny zakonnik, Franciscan Bernardino de Sahagun, również pozostawia nam opis miejscowego stosowania grzybów. W Kodeksie Florenckim (Florentine Codex) pisze o uroczystości kupców:

"Na samym początku, serwowane były grzyby. Mówili, że jedli je w momencie gdy zadęto w konchy. Nic więcej nie jedli; podczas nocy pili jedynie czekoladę. I jedli grzyby z miodem. Gdy grzyby zaczęły na nich działać, wówczas tańczyli, potem płakali. Lecz niektórzy wciąż przy zmysłach wchodzili i siadali w domu na swych miejscach; więcej nie tańczyli, jedynie siadali tam przysypiając."

Na pierwszy rzut oka, wyglądałoby to na mniej stronnicze zobrazowanie stosowania psilocybiny, choć w kolejnym raporcie, również Sahagun'a, opisując stosowanie grzybów szybko wślizguje się w znajomy, sensacyjnie tabloidowy tryb:

"Nazywa się go teonanacatl. Rośnie na równinach, w trawie. Główka jest mała i okrągła, trzon długi i smukły. Jest gorzki i piecze; piecze w gardło. Zamracza, doprowadza do obłędu, zamartwia... Ten który go zje widzi rzeczy, które go martwią, lub rozśmieszają. Umyka on, wiesza się, rzuca z klifu, wypłakuje, się przestrasza."

Tego rodzaju straszne historie są parodiowane przez pogłoski otaczające stosowanie LSD w latach sześćdziesiątych. Ludzie mieli ponoć rzucać się z wysokich budynków oraz niemądrze próbować powstrzymać ruch uliczny jedynie siłą myśli. W rzeczywistości, ze wszystkich milionów dawek LSD wziętych w latach 1960 jedynie garstka zgonów była w wyniku nieszczęśliwego wypadku spowodowanego skutkami LSD. Wydaje się, że każda psychedeliczna substancja o silnym oddziaływaniu mistycznym zdaje się wzbudzać strach w tych, którzy nie są zaznajomieni z jej efektami i którzy łatwo ulegają zagrożeniu przez nieznane. Ponadto, taki strach często poprzedza prześladowania i rozpowszechnianie niedokładnych informacji, dlatego tak ważne jest posiadanie bezwarunkowego przepływu zorientowanej, wolnej od histerii wiedzy dotyczącej psychologicznego oddziaływania wizjonerskich roślin i grzybów. Można mieć tylko nadzieję, że żyjemy w bardziej oświeconych czasach. Pozostaje jednakże fakt, że azteckie stosowanie środków psychoaktywnych, wliczające wykorzystanie innych środków enteogennych jak roślina porannej chwały (morning glory) (której nasiona zawierają związki pokrewne LSD), okazały się tak odrażające dla Hiszpanów, że starali się doprowadzić do wytępienia wszystkich tego rodzaju praktyk.

To że byli skuteczni w przymusowym grzebaniu grzybów jest uwyraźnione w wydarzeniach akademickich z wczesnych lat tego stulecia (książka z lat 1990 - przyp.tłum.), gdyż w pierwszej kolejności błędnie wierzono, że w Meksyku nigdy nie znaleziono żadnych grzybów odurzających. Uczeni przypuszczali, że zamęt został wprowadzony przez najwyraźniej głupkowatych hiszpańskich historyków i że legendarnym teonanacatl były suszone pączki kaktusa peyotla (zawierające wizjonerski alkaloid meskalinę). W 1915, w czasie tego botanicznego domniemywania, lub jako takiej omyłki, przechodziło to zupełnie niekwestionowane przez środowisko akademickie i pozostało niekwestionowane póki w 1938 nie został zidentyfikowany w Huautla, wciąż stosowany, gatunek grzybów halucynogennych.

Powinniśmy więc być może wywnioskować, że mikofobia nie jest jedynie zjawiskiem kulturowym lecz niepohamowaną cechą genetyczną, pomysł doceniłby oczywiście Wasson, gdyż dużo przeszedł na drodze naukowego lekceważenia wobec religijnej roli psilocybiny w starożytnej kulturze Mezoameryki. Dopiero gdy zaczęła być znana praca Wasson'a historycy zaczęli zdawać sobie sprawę, że środki psychedeliczne w rodzaju meksykańskich grzybów mają moc poruszającą ludzi, że ich olbrzymia psychologiczna siła miała znaczenie w kształtowaniu wierzeń systemów tych kultur, które je stosowały. Punktem do którego nieustannie zmierzał w bólach Wasson było to, że nigdy nie powinno lekceważyć się kulturowej i historycznej roli flory enteogenicznej, oczywiście, mimo że do wniosku tego doszedł na drodze swego własnego doświadczenia psychedelicznego. Niestety, takie osobiste wglądy nie są podzielane przez większość mezoamerykańskich uczonych.

Iluminujące kwiaty

Jeden z najbardziej znaczących dowodów na egzaltowaną rolę przyznawaną przez Azteków grzybom psilocybinowym, zawarty jest w formie posągu Boga Xochipilli lub "Księcia kwiatów" z początku szesnastego wieku. Znaczenie tego wspaniałego kawałka sztuki po raz pierwszy rozpoznał Wasson, a wkrótce potem zupełnie oczywiste stało się prawdziwe przesłanie jakie wyrażał.

Posąg przedstawia siedzącą po turecku męską postać - Boga Xochipilli - ujętą w ekstatycznym transie. Nie może być pomyłki. W kamieniu została uchwycona sama esencja ekstazy. Ramiona, nogi, i podstawa tego wyciosanego w kamieniu, zachwyconego księcia posiadają stylizowane grawerunki kwiatów, a na każdej z czterech stron podstawy posągu wygrawerowane są motywy grzybowe. Te motywy grzybowe występują również na tak urzeczonym obiekcie.

Póki te grawerunki nie znalazły się pod uważnym spojrzeniem Wasson'a, nigdy nie były botanicznie identyfikowane. Wasson uświadomił sobie, że stylizowane kwiaty były kluczem do rozszyfrowania prawdziwego znaczenia azteckiego posągu i, co więcej, samego znaczenia "kwiatów" w klasycznej literaturze azteckiej. Jak tylko Wasson wyraził pełną rację bytu posągu, natychmiast skontaktował się ze znanym etnobotanikiem Richard'em Evans'em Schultes'em z Harvardzkiego Muzeum Botanicznego, który był najodpowiedniejszym człowiekiem do konsultacji dotyczącej botanicznej analizy motywów.

Później Schultes był wystarczająco przekonany by zidentyfikować wyrzeźbione "kwiaty" jako; Nicotiana tabacum - powszechna roślina tytoniowa uważana za świętą przez prawie wszystkie rdzenne kultury amerykańskie; Turbina corymbosa - gatunek morning glory, której halucynogeniczne nasiona wiadomo, że były stosowane przez kultury mezoamerykańskie; i kolejna zidentyfikowana jako Heimia salicifolia - również psychoaktywny gatunek. Wasson zauważył, że gatunki te były przedstawicielami roślin najbardziej czczonych przez Azteków, więc nie było reprezentacji mniej poważanych roślin, jak tych stosowanych przez Azteków do robienia pulque czy piwa kukurydzianego.

Wasson uważał, że poprzednia nieznajomość prawdziwej natury posągu odzwierciedlała wspomniany już powszechny brak uznania przez historyków ważnej roli, jaką grzyby psilocybowe i reszta świętej flory odegrały w historii Mezoameryki. Pisze:
"Posąg Xochipilli służy jako probierz, jako kulturowy Kamień z Rosetty, omijający zakonników obarczonych teologicznymi uprzedzeniami, przemawiający bezpośrednio do nas głosem Azteków z przed podboju."

Wygląda więc na to, że hiszpańskiemu klerowi nie udało się ostatecznie uciszyć twierdzeń czynionych przez podporządkowanych i podbitych poddanych; wiadomości w kamieniu brzmią głośniej niż słowa i dają twarde jak skała świadectwo świętych więzi Azteków ze środowiskiem naturalnym, z jego różnorodną potężną latoroślą botaniczną. Czego dokładnie Aztekowie doznawali dzięki psilocybinie pozostaje kwestią dyskusyjną, chociaż możemy być pewni, że ich psychedeliczne wizje były barwne i wystarczająco przekonywujące by uznać grzyb łącznikiem z królestwem bożym, nie mniej niż obecność ciała Boga na Ziemi.

Wasson studiował również aztecką poezję z przed podboju, napisaną w rdzennym języku Nahuatl. Gdy po raz pierwszy poezja ta stała się dostępna Zachodowi, zauważono, że "kwiaty" wspominane były zbyt często. Osobliwie często w rzeczy samej. Ponadto, często wzmiankowane "kwiaty" były rzadko, jeśli w ogóle, od siebie odróżniane. Wasson uświadomił sobie, że tak jak posąg Xochipilli, "kwiaty" nawiązywały do roślin wizjonerskich, przede wszystkim do grzybów psilocybowych.

Na przykład, poezja mówi o "upajających kwiatach", "kwiatach radości", "kwiatach bez korzeni", "drogocennych kwiatach", i tak dalej. Dokładne badania pokazują, że poezja Nahuatl obfituje w tego rodzaju barwne odniesienia względem "kwiatów". Ma to sens jedynie, jeśli zaakceptujemy, że Aztekowie otaczali czcią grzyby i inne rośliny enteogeniczne ze względu na ich transcendentalne efekty psychologiczne, a zatem zamieszczali ich pochwałę w poezji. Jak w przypadku posągu "Księcia Kwiatów", azteccy poeci piszący o "kwiatach" tworzyli swą sztukę z doświadczenia bezpośredniego, ich prace kanałowały ich wybóstwiający szacunek.

Ostatecznym świadectwem na azteckie stosowanie psilocybiny jest to, że motywy grzybowe znajdują się również w kodeksach z przed konkwisty (istniejące zapisy obrazkowe samych Azteków) w szczególności na stronach Kodeksu Wiedeńskiego, historycznego dokumentu bogatego w piktograficzną informację dotyczącą mitologicznego Pochodzenie Rzeczy. Jedna ze stron tego Kodeksu przedstawia słynnego mezoamerykańskiego boga Quetzalcoatl'a wyuczonego w zakresie stosowania grzybów. W przedstawieniach tych nie ma dwuznaczności - cała strona wyraźnie ukazuje rytualne stosowanie grzybów.

Psychedeliczne świątynie

Przed nastaniem dominacji Azteków i przed poprzedzającym je czasem panowania Tolteków, głównym centrum rytualnym prekolumbijskiej Mezoameryki było potężne miasto Teotihuacan położone w północno wschodniej Dolinie Meksyku, niedaleko miasta Meksyk. Począwszy od 150 B.C. do A.D. 750, mało wiadomo o Teotihuacanach chociaż legendy azteckie utożsamiają to miasto z miejscem narodzin ich bóstw. Samą nazwę nadali Aztekowie, którzy odkryli je 600 lat po jego tajemniczym upadku, a oznacza ona w Nahuatl "Miejsce Bogów".

Ze względu na ogromną skalę architektury religijnej Teotihuacan obejmującą spektakularne Piramidy Słońca i Księżyca oraz bardzo wyrafinowane malunki ścienne bogate w motywy zdobionych węży, słusznie można przypuścić, że było to centrum ważnego kultu religijnego. Jawna obecność motywów wężowych na architekturze jest wyraźną oznaką czci religijnej, gdyż panteon prawie wszystkich mezoamerykańskich kultur zawiera mityczne istoty wężowate, takie jak opierzony wąż bóg Quetzalcoatl. Misternie stylizowane węże stosowano zarówno do przedstawiania bogów jak i symbolizowania boskiej mocy przenikającej przyziemny świat. Ich przerażająca obecność na świątyni i wokół niej oznaczała, że świątynia była miejscem świętym, strzeżonym przed bluźnierczym wtargnięciem.

Najbardziej interesujące są tutaj styl i zawartość wielu malowideł ściennych zdobiących większość Teotihuacańskich świątyń i sanktuariów. Na malowidłach tych ponownie odnajdujemy przedstawienia różnych kwiatów, z których jednym jest poranna chwała - morning glory (albo Turbina corymbosa lub Ipomoea violacea). Jak wspomniano, nasiona tych gatunków roślin zawierają związki spokrewnione z LSD, o których wiadomo, że były stosowane przez Azteków przy komunii religijnej. Dlatego uzasadnione jest przypuszczać, że świątynio-mani Teotihuacan znali, i dlatego wykorzystywali, psychedeliczne efekty morning glory.

To czy na świątynnych malowidłach ściennych przedstawione są grzyby jest kwestią nieco kontrowersyjną. Choć stwierdził tak Wasson i wskazał co uważał za symbole grzybowe, te same motywy zostały zidentyfikowane przez innych mezoamerykańskich uczonych jako przedstawienia lilii wodnej. Mimo, że różne spokrewnione, afrykańskie gatunki lilii wodnej uznawane są za psychoaktywne, nie zostało ustalone czy rodzaje z Nowego Świata są równie mocne. Tak czy siak, Wasson przypuścił, że rozmaite świątynie Teotihuacan, ozdabiane w ten sposób przedstawieniami roślin psychedelicznych (choćby morning glory), były świętymi miejscami gdzie miało miejsce rytualne spożycie enteogenów.

Tajne dziedzictwa psychedeliczne

Taka historyczna koncepcja, w której lokalne środki wizjonerskie konsumowane są rytualnie w celu wywołania teofanii i religijnej solidarności nie powinna dziwić. Kult klasycznych misteriów eleuzyjskich w starożytnej Grecji przypomina wnioskowany scenariusz występujący w Teotihuacan. Tajemnicze obrzędy, które odbywały się każdego roku w Eleusis niedaleko Aten, koncentrowały się wokół picia pewnego sekretnego napoju, który obdarzał inicjantów wizją numinotyczną, cała ceremonia święta odbywała się w strzeżonym obrębie świątyni.

Ostatnie teorie zaproponowały, że ten eleusiański napój zrobiony był z zasporyszowanego jęczmienia, co mogło oznaczać, że zawierał substancje enteogeniczne, gdyż sporysz, maleńki grzyb roślinny rosnący na pszenicy i jęczmieniu zawiera wiele związków pokrewnych LSD. Choć ten psychedeliczny scenariusz nie został potwierdzony i pozostaje zaledwie ciekawą hipotezą (sporysz jest również potencjalnie toksyczny), chodzi o to, że było niemal pewne, że wywar zawierał jakąś postać alkoloidów enteogenicznych o zdolnościach wywoływania rodzaju doświadczenia mistycznego poświadczanego w greckiej literaturze historycznej. Dlatego Wasson założył, że Teotihuacan było mezoamerykańskim odpowiednikiem Eleusis, to jest, że oba były świętymi miejscami gdzie w kontekście rytualnym podawano środki wizjonerskie.

Najwyraźniej roślina porannej chwały wykorzystywana była przez Teotihuacan dla swych psychoaktywnych efektów (zakładając oczywiście, że nie lubili jedynie jej wyglądu), o czym świadczy rozmaitość malowideł ściennych, i oznacza to, że grzyby psilocybowe również były spożywane gdyż ich właściwości były w tym czasie znane.

Narodziny impulsu religijnego

Twierdzenia wnioskujące, że rośliny i grzyby psychoaktywne odgrywały główną rolę w starożytnej religii mogą być uważane za umniejszające w jakiś sposób religii, tak jakby ograniczać wszystko do tych "przeklętych dragów". Nic nie jest dalsze od prawdy. Z dala od redukowania religii, religia staje się mocno spleciona z jednoznacznie numinotycznymi efektami gatunków grzybów i roślin indukujących wizje. To jest z siłą i mocą takich gatunków. Nie mogą zawieść, lecz mają dramatyczny wpływ. Ktoś taki jak Wasson, który stworzył w psychice święte połączenie w wyniku działania naturalnych psychedelików zna ich głęboki religijno/duchowy wpływ.

Nabierzemy ostatecznie podejrzeń, jak Wasson, że historyczne źródło impulsu religijnego Homo sapiens tkwi w pierwotnych kontaktach naszych przodków z surowymi gatunkami enteogennymi takimi jak grzyb psilocybowy, które są skuteczne bez potrzeby skomplikowanego przygotowywania. Scenariusz ten nie osłabia religii, wzmacnia ją, dając niepohamowany impet powstały w wyniku skuteczności wizjonerskich alkaloidów w otwieraniu bezkresnych zdolności ludzkiego umysłu. Bóg zostaje podłączony do poziomu lub stanu świadomości, wewnętrznie odczuwalnej obecności tajemniczo wytryskującej z głębin psychiki, a nie z jakiegoś abstrakcyjnego dogmatu religijnego. Jednakże dogmat religijny może dobrze nawiązywać do doświadczenia, i istotnie świadczyć o rzeczywistości teofanii indukowanej enteogenicznie. Ale ponieważ szczegółowa wiedza o wzmiankowanych roślinach lub grzybach została utracona w zamglonych dziejach czasu, to każde powracające wspomnienie ich autentycznej mocy enteogenicznej będzie tylko słowami, echem żyjącej niegdyś tajemnicy.

Jednakże największym powodem przyjęcia wyjaśnienia zorientowanego na rośliny lub grzyby enteogeniczne w powstaniu religijnego impulsu jest to, że jest sformułowane w całkowicie naturalistycznych terminach, nadaje się zatem do badania naukowego. Jeśli człowiek twierdzi, że miał teofanię zmieniającą życie, to jest to jedna rzecz. Lecz jeśli ma w ręku metodę, dzięki której zdobywa takie właśnie doświadczenie, to jeśli chcemy ustalić twierdzenia tego człowieka jesteśmy zobligowany zbadać i zweryfikować środki. Rośliny i grzyby psychedeliczne należy traktować poważnie w ich roli w rozwoju ideologii religijnej na więcej niż jeden sposób. Jak stwierdzono, ich historyczny wpływ nigdy nie może być przeceniony.

Grzyby i Majowie

Stosowanie grzybów psilocybowych związane było również ze spektakularną cywilizacją Majów Mezoameryki, których Klasyczny okres panowania trwał od 250 do 900 AD. Na przełomie tego wieku archeologów zainteresowały gwatemalskie "kamienie grzybowe". Te majańskie relikty, których znaleziono setki, niektóre datowane nawet na 1000 B.C., uważano początkowo za reprezentacje falliczne choć aktualne stanowisko jest takie, że kamienie grzybowe odzwierciedlają grzybowy kult religijny Majów.

By zwiększyć wsparcie dla tej teorii, zwrócono uwagę, że niektóre kamienne grzyby wyrzeźbiono wychodząc od ludzkich postaci z transopodobnymi ekspresjami twarzy. Inne związane są z postaciami kobiet klęczącymi na metate, rodzaju powierzchni roboczej na której miażdżone są artykuły roślinne. Gdy Wasson pierwszy raz badał stosowanie grzybów w Huautla w latach 1950, metate były wciąż stosowane w celu mielenia grzybów, tak by można było zrobić napar enteogeniczny. Jeszcze inne grzybowe kamienie mają na podstawach wizerunki "ropuch", a stworzenie to zawsze było w tajemniczy sposób związane z psychoaktywnymi grzybami na całym świecie, być może ze względu na to, że pewne ropuchy wydzielają ze swych gruczołów skórnych alkaloidy halucynogenne (nawiasem mówiąc, ten osobliwy "ropuchowy" fakt może również wyjaśnić baśń "The Frog Prince", gdyż magiczne wydarzenia zachodzą po "pocałowaniu" żaby).

Czy istnieje jakiś inny dowód, że Majowie stosowali w swej religii grzyby psilocybowe? Spojrzenie na kodeksy majańskie mogłoby pomóc w temacie, lecz nasi mało rozkoszni, podbijający księża hiszpańscy powstrzymali takie badanie w wyniku swego nieudolnego pośpiechu, spalając wszystko, co stało na ich teologicznej drodze, łącznie z praktycznie wszystkimi pismami Majów. Przemyśl na przykład fakt, że w 1562, jeden tylko Diego de Landa, zatwardziały kapłan hiszpański o jakimś zatrważającym zapale, przejął tysiące "idoli" i książek Majów, paląc wszem i wobec jakby były bezwartościowe. Pośród zniszczonych skarbów było 27 roli i znaków hieroglificznych, bezcenne źródła wiedzy o cywilizacji Majów. Landa skomentował:

"Znaleźliśmy wśród nich wiele książek zapisanych tymi znakami i jako, że nie zawierały niczego względem czego nie zostałyby uznane za zabobony i diabelskie kłamstwa, spaliliśmy je wszystkie, czego w zdumiewającym stopniu żałowali i co przysporzyło im wielkiego nieszczęścia."

Taki niemądry i niewrażliwy akt pozostawił świat jedynie z garstką kodeksów Majów, po jakich ocenia się ich zwyczaje i wierzenia. W dwóch z tych pozostawionych prac, Popul Vuh i Annały Cakchiquelów znajdują się odniesienia do psychoaktywnych grzybów, lecz nie ma wskazówki odnośnie zakresu ich roli w systemach wierzeń Majów. W książkach Chilam Balam istnieje wzmianka o stanach transopodobnych, choć brak wzmianki o roślinach halucynogennych. Raz jeszcze, na wielu płaskorzeźbach Majów, zdających się posiadać psychedeliczną aurę, znajdują się sceny przedstawiające ekstazę wizjonerską, mimo że rośliny nie są jawnie ukazane. Dlatego pewni naukowcy odrzucili pogląd, że Majowie stosowali w swych religijnych rytuałach naturalne środki enteogenne (pomimo istnienia wielu kamieni grzybowych) i zamiast tego optowali za alternatywną opinią, że Majowie w odróżnieniu od wojowniczych Azteków stosujących psilocybinę, którzy mieli nastąpić, byli radykalnie odmiennej natury i temperamentu. Jednakże, niedawno odkryte malowidła ścienne Majów przedstawiają potwornie wyglądające sceny walki, tak więc nie jest absolutnie pewne, że te dwie kultury były tak różne.

Warto przyjrzeć się uważniej faktycznemu podobieństwu między przekonaniem religijnym Majów a Azteków, ponieważ demonstruje to powszechny wątek historyczny łączący te dwie kultury. Oba narody podzieliły kosmos na światy wyższe i światy niższe z odpowiadającymi im bogami. Oba wierzyły w cykliczne unicestwienie i odrodzenie Ziemi, i oba postępowały zgodnie z rytualnym 260 dniowym kalendarzem. Mając na uwadze te kulturowe podobieństwa, słusznie zasugerowano, że Majowie także stosowali grzyby jak również inne środki psychedeliczne i że praktyka ta wpłynęła na naturę starożytnej kosmologii mezoamerykańskiej.

Ostatnio wyszło również na światło, jak wiele waz majów i części ceramiki świadczy, że elity klasycznych Majów stosowały lewatywy. Obiekty przedstawiające sceny lewatywy datowane są na pierwsze stulecie A.D. Onieśmielająca praktyka zastosowania lewatyw została dobrze udokumentowana u rdzennych ludów Południowej Ameryki. W szczególności, zostało ustalone, że Inkowie wprowadzali halucynogenne napary do ciała poprzez lewatywę, stosując cebulowate strzykawki zrobione z miejscowego soku gumowego. Faktycznie, stosowanie lewatywy do wprowadzenia związków psychoaktywnych do ciała jest prawie tak efektywne pod kątem szybkości działania jak metoda zastrzyku dożylnego. Jej skuteczność występuje przy halucynogenach ponieważ obszarem chłonnym przy lewatywie jest okrężnica i to właśnie tam następuje absorpcja przez strumień krwi. Dlatego wielu uczonych stwierdziło, że w te lewatywowe rytuały Majów zaangażowane były wywary halucynogenne, tak więc tym sposobem równie dobrze mogła być stosowana psilocybina.

Powinniśmy być również świadomi, że wiele grafik Majów poświęcona jest przedstawieniu "wężów wizji" manifestujących się przed urzeczonymi członkami arystokracji Majów. Jak stwierdziłem wcześniej, dla umysłu Majów węże reprezentowały wstąpienie boskich mocy do normalnej rzeczywistości, a przedstawienie fantastycznie zdobionych węży unoszących się nad zachwyconym indywiduum oznaczało komunię z bogami. Osoby takie są często przedstawione dzierżąc specjalny pojemnik. Uważa się, że w przedmiocie tym trzymano albo krew z masakrycznego obrzędu albo wywar halucynogenny, obie alternatywy oferujące przekonującą możliwość osiągnięcia upragnionego wizjonerskiego stanu świadomości.

Biorąc pod uwagę wszystkie te dane, szczególnie setki misternie rzeźbionych kamieni grzybów odkrytych do tej pory, wielu historyków jest zmuszonych przyjąć, że Majowie stosowali florę enteogeniczną wliczając grzyby psilocybowe, i że wizjonerskie sfery dostępowane dzięki tym roślinom i grzybom wpłynęły na rozwój kosmologicznego i religijnego spojrzenia na rzeczywistość Majów.

Niektóre kolumbijskie skarby również biją w dzwon

W związku z odkryciem 100 pięknych, złotych przedmiotów przynależących do kultury Sinú, datowanych na około 1200 A.D. wywnioskowano stosowanie grzybów psilocybowych również w prehistorycznej Kolumbii. Są to ozdobne, antropomorficzne dzieła sztuki, które charakterystycznie posiadają dwie formy w kształcie dzwonu na głowie i początkowo oznaczane były przez historyków jako "bogowie dzwonka telefonicznego". Niektóre z tych form w kształcie dzwonka zakończone są małym czubkiem, podczas gdy inne przylutowane są na cienkiej "nóżce" do korpusu antropomorficznej postaci. Dlatego etnobotaniczny specjalista z Harvarda R.E.Schultes zasugerował, że dzwonkowe kształty są reprezentacjami grzyba psilocybowego, co wydaje się być uzasadnione gdyż wiadomo, że kilka gatunków grzyba psilocybowego rozkwita w Kolumbii, spośród których, pewne, posiadają cienkie trzony i których kapelusze również zakończone są małym spiczastym czubkiem lub garbkiem.

Warto również zauważyć, że te grzybowe przedmioty często zdobione są wizerunkami ropuch, jak w przypadku wielu kamieni grzybowych Majów. Schultes widzi to jako kolejny dowód, że przedmioty te zrobione były ku czci środków enteogennych, gdyż, jak sobie przypomnisz, pewne ropuchy, wliczając gatunek południowo amerykański, wydzielają ze swej skóry substancje halucynogenne. Dowód jest więc druzgocący, że historyczne stosowanie grzybów psilocybinowych i innych enteogenów wykracza znaczenie poza Meksyk i Gwatemalę, i że gdziekolwiek były stosowane, były ubóstwiane i wcielane w dzieła sztuki.

Tak oto rozpatrywany w historycznym świetle imperiów Azteków i Majów, oraz w mniejszym stopniu w świetle prehistorycznej kultury kolumbijskiej, grzyb psilocybowy jawi się jako przewodnik świętego dziedzictwa. Ta niegdyś potężna, rdzenna ludność znała jego wartość jako enteogenu; naturalnie występującego środka do komunikacji z królestwem duchowym. Jest to botaniczny Święty Graal, którego Wasson długo poszukiwał i w końcu znalazł go na wpół pogrzebanego w odległej meksykańskiej wiosce. Niezwykły rycerz Graala, który mimo wszystko wydobył moc psilocybowego grzyba z ponad czterystu letniego ujarzmienia i zaprezentował ją nowoczesnemu światu. Raz uwolniony, grzyb psilocybowy pomógł zapoczątkować olbrzymią przemianę kulturową, jedynie by zniknąć ponownie w okresie zapomnienia. Jednak przed jego odejściem, psilocybina pomalutku przebyła drogę do zachodniego serca akademickiego establishmentu pozostawiając przemożny wpływ na wszystkich, którzy przeszli jej drogą. Powrócimy teraz do następstwa powstałego w wyniku fortunnego odkrycia Wasson'a.

Rozdział 3
Psilocybina wpływa i wypływa z zachodniego umysłu

Opowieść Wasson'a w Life tkwi w suchym jak pieprz sekularyzmie amerykańskiej kultury lat 1950 jak żarzący duchowy węgielek. USA schwytane w rozkwitający, lecz banalny, materialistyczny, amerykański sen, nie mogło zostać rozpalone przez tę poruszającą duszę, bujającą w obłokach opowieść. Obok "Drzwi Percepcji" Aldous'a Huxley'a, napisanych kilka lat wcześniej, szczegółowo opisujących enteogenne działanie meskaliny, oba opisy były przełomowe pod względem swego tłumionego wpływu kulturowego. Każdy z nich uchwycił psychedelicznie przepełnionego ducha czasu, który miał właśnie trysnąć na światowej scenie, Wasson i Huxley objawili się jako twórcy ruchu kulturowego, który ostatecznie przerodził się w "psychedeliczne lata sześćdziesiąte", z ich barwnym zrywem artystycznej kreatywności, ekspansji umysłu i natchnionego szaleństwa

Jednakże, psilocybina, mimo że początkowo rozpaliła psychedeliczny ogień, szybko opuściła scenę duchowej zbrodni, schodząc ponownie do podziemi, gdzie potajemnie się narodziła. W połowie lat sześćdziesiątych, jako siła motoryczna zapanował jej syntetyczny rywal, dietyloamid kwasu lizerginowego, lub LSD/kwas, substancja, której struktura i psychoaktywność różna jest od psilocybiny, wykazując tym samym powszechne powodzenie produkowanych laboratoryjnie pigułek i tabletek.

Łatwo wytwarzane, pakowane, sprzedawane i połykane, tabletki są tym czego oczekuje społeczeństwo, a w erze konsumenta technologicznego nawet wymaga, i dlatego masowo produkowane LSD szybko zapełniło wiecznie rosnący rynek psychedelików. Co więcej, synteza substancji w rodzaju LSD sprawiła, że siła produkcyjna spoczęła w naszych rękach zamiast w samej Ziemi. Tym sposobem został utracony naturalny i "ziemski" aspekt szamanistyczny gatunków enteogennych. Co oznacza, że potencjał roślin i grzybów enteogennych służący wykuwaniu informatywnego związku między naszym gatunkiem i Naturą nie był w pełni uświadomiony. Tak oto z wytrawnego punktu widzenia okraczającego trzecie tysiąclecie, możemy spojrzeć wstecz na marzenia i donkiszotowski idealizm lat 1960 i zrozumieć, że bez uznania dla holistycznych teorii o naszej planecie (jak na przykład teoria Gai - popularna hipoteza stworzona przez naukowca James'a Lovelock'a, który ujął Ziemską biosferę jako pojedynczy, żyjący system) i bez wglądu w historię szamanizmu psychedelicznego, wizja nowego świata prawdopodobnie nie chwyciłaby zbyt mocno kulturowego gruntu.

Spekulacje te sprowadzają się do pojęcia naturalności i wskazują, że Natura jest od nas sprytniejsza. W szczególności stwierdziłbym, że uświadomienie sobie, iż rośliny enteogenne i grzyby są częścią nieuchronności ekosystemu wpływa na znaczenie i wagę doświadczenia enteogenicznego. Co oznacza, że koncepcja naturalności oddziaływuje jako ważny kontekst na doznanie enteogenne, które powinno pochodzić od naturalnej rośliny lub grzyba.

Był to właśnie ten naturalny kontekst Gajański, którego brak silnie był odczuwalny we wczesnej fali ogólnego zainteresowania psychedelikami. Nie uznając botanicznego środowiska jako pierwotnej linii zaopatrzenia w środki enteogenne, które zapoczątkowały rozwój psychedelicznych lat sześćdziesiątych, kwasowi guru, mimo ich otwarcie wyrażanego entuzjazmu dla pozytywnej, światowej rewolucji psychedelicznej, wciąż pozostawali z samymi sobą, złapani w swego rodzaju antropocentryczną pętlę i odizolowani tym samym od intymnego związku z naturalnymi systemami homeostatycznymi Ziemi. Jak mam nadzieję ukazać, Gajańskie połączenie z naturalnym doświadczeniem enteogennym reprezentuje najnowszą fazę psychedelicznej historii, interesujący zwrot wydarzeń pełen przemożnych implikacji dla naszego gatunku.

Nie dziwne więc, mimo że psychedeliczni pionierzy wczesnych lat 1960 będący początkowo pod wrażeniem doświadczenia psilocybinowego - a w szczególności członkowie Harvardzkiego wydziału psychologii - wkrótce całkowicie uwikłali się w kwas i media, i nigdy tak naprawdę nie podchwycili Gajańsko szamanistycznego rytmu grzybów. Być może dlatego Wasson pozostał bardzo powściągliwy w stosunku do całej hipisowskiej kontrkultury. Po cichu kontynuował swe akademickie badania nad starożytnym wykorzystaniem grzybów, podczas gdy inni badacze jak R.E.Schultes kontynuowali skrupulatne dokumentowanie wykorzystania roślin wizjonerskich wśród szybko kurczącej się grupy ludów tubylczych. W rzeczy samej, akademicka praca obu badaczy pozostaje nieocenionym źródłem naszej wiedzy o tubylczym szamanizmie psychedelicznym.

Zapluskwione przez CIA

Przed opisaniem Harvardzkiego, przelotnego flirtu naukowego z psilocybiną powinienem ostrzec czytelnika przed raczej złowieszczym zwrotem wydarzeń, które w 1958 doprowadziły do wyizolowania i nazwania psilocybiny. W szczegolności, jedna z wycieczek Wasson'a do Meksyku wniosła niestety do świętej, psilocybinowej mistyki prąd przeciwny. Właśnie gdy pomyślałeś, że bezpiecznie było proklamować tego rodzaju duchowe odrodzenie, kto jak nie CIA powinien wkroczyć na scenę. Ci zakłócający twórcy intryg, którzy swą obecnością profanują historię, zrobią najwyraźniej wszystko, by utrzymać ponury stan rzeczy podkarmiający posępny archetyp "byliśmy żałośni za naszych czasów".

W swojej książce "W poszukiwaniu mandżurskiego kandydata" opisującej związki CIA z dragami, John Marks mówi nam o tajnych związkach CIA z naszym bohaterem Wassonem. W swych niepohamowanych i zapewne psychotycznych poszukiwaniach broni zawsze skutecznej, CIA zainicjowało w latach 1950 rozległy, długoterminowy program wart 25 milionów dolarów nazwany "MK-ULTRA". Zgodnie ze swą podejrzanie brzmiącą nazwą, projekt MK-ULTRA skupiał się na znalezieniu chemicznych i biologicznych materiałów na potrzeby "kontroli umysłu" i innych psychologicznych nieprzyjemności. Pomimo moralnie wątpliwej natury tego podejrzanego projektu federalnego, jego dogmatyczna pogoń oznaczała, że wkrótce wezmą się za pogłoski o meksykańskich, świętych grzybach.

Po poznaniu grzybowych doświadczeń Wasson'a z 1955, pozbawiony skrupułów chemik o nazwisku James Moore natychmiast rozpoczął tajną pracę dla agencji spiskowej. Prawdopodobnie dolary zmieniły ukradkiem właściciela. W każdym razie, w 1956 Moore chytrze napisał do Wasson'a, informując go, że poznał fundację chętną sfinansować kolejną meksykańską podróż mającą na celu sprowadzenie przez niego i Wasson'a kilku legendarnych grzybów. Moore niewinnie twierdził, że jako chemik, chciał po prostu badać chemiczną strukturę aktywnych składników grzybów. Fundacją była wspierana przez CIA Geschwickter Fund for Medical Research i oferowała 2000$ dotacji. Czy Wasson mógłby być nie zainteresowany?

Naturalnie, że był, i tak oto wyszło, że sekretne poszukiwanie świętych grzybów przez CIA stało się Podprojektem 58 programu MK-ULTRA, reprezentując być może najbardziej rażące zbliżenie do psilocybiny do chwili obecnej. To tak jakby CIA rzucała kamieniami w anioły.

Bez żalu dowiadujemy się, że dwulicowy Moore stracił w Meksyku grunt i znienawidził całe to przedsięwzięcie. Później Wasson przypomniał sobie, że Moore zupełnie nie wczuwał się w to co się działo. Podczas gdy Wasson był wrażliwy na zwyczaje rdzennych Indian meksykańskich i szanował ich kulturowe wierzenia grzybowe, Moore był tam jedynie jako pionek CIA.

Ponownie wszyscy, którzy byli w ekipie Wasson'a wzięli udział w grzybowej ceremonii prowadzonej przez szamankę Marię Sabinę, choć tylko Moore miał złe doznania. Mimo to, Moore wciąż był zdolny przywieźć kilka grzybów do Stanów Zjednoczonych w nadziei wyizolowania aktywnego składnika. Jednak, na szczęście został pokonany w swym farmaceutycznym pościgu przez o wiele potężniejszą GIA, Gaian Intelligence Agency (Gajańska Agencja Wywiadowcza), której jednym z tajnych członków był Roger Heim, wybitny Francuski mikolog i współpracownik Wasson'a, który poradził sobie z wyhodowaniem zapasu grzybów z odcisków zarodników, które zebrał w Meksyku. Wysłał swe nowo wyhodowane próbki do Alberta Hofmann'a z laboratoriów Sandoz'a w Szwajcarii, i to Hofmann, bardzo wybitny chemik, który początkowo zsyntetyzował LSD, w 1958 roku pierwszy poradził sobie z wyizolowaniem, a zatem i z nazwaniem halucynogennego alkaloidu z grzyba. Tak oto oficjalnie narodziła się psilocybina, nazwa pozbawiona zbrojnych konotacji, którą niezmiennie mogłoby nadać CIA gdyby pierwsze wyizolowało substancję.

Nie wykonawszy przeznaczonego zadania, Moore nie został zwolniony lecz później przydzielono go bezpośrednio Sandoz'owi do zaopatrywania w psilocybinę, gdyż CIA wciąż podtrzymywała swe pokraczne zainteresowanie wykorzystaniem tego związku jako środka do kontroli umysłu. Rzeczywiście, CIA wkrótce rozpoczęło potajemne testy psilocybiny na niczego niepodejrzewających więźniach amerykańskich, nienajlepszych do badań, gdy chodzi o posiadanie stabilnie zdrowej psyche. Jako że więźniowie opisywali raczej dziwaczne doświadczenia stało się jasne, że psilocybina nie mogłaby wejść do arsenału CIA - była po prostu cholernie nieprzewidywalna. Na szczęście CIA skierowało swe wojownicze zainteresowania gdzie indziej.

Psychedeliczna infiltracja Harvarda

Po rozpoczęciu przez Hofmann'a syntezy psilocybiny z grzybowego ekstraktu, otwarły się drzwi dla wszczęcia właściwie prowadzonych badań naukowych. Pomijając raczej fatalne próby CIA, to właśnie w 1960 rozpoczął się przelotny romans między naukowcami a grzybami. Miało to miejsce ni mniej ni więcej tylko na oddziale psychologii Harvarda, w tym bastionie akademickiego poważania.

Co stanie się gdy zawodowi psychologowie wyjdą na przeciw fenomenalnej mocy psilocybiny? Wyniknie na ogół jedna z dwóch rzeczy. Albo osobiście doświadczą substancji i odkryją jej głębokie implikacje dla ludzkości w kwestii nabywania wiedzy, psychoterapii, samowiedzy, i osobistego rozwoju, lub odmówią jej przyjęcia, a zamiast tego zinterpretują symptomy psychotomimetyczne (dosłownie psychozo podobne) u tych, którzy ją przyjęli. Wyniknął raczej ostry podział, gdyż był to Harvard. Po jednej stronie stanęła niesławna i chuda postać doktora Timothy Leary'ego stojącego na czele akademickiej grupy psychedelicznych intronautów, podczas gdy po drugiej stronie stanął niewzruszony "establishment", który tolerował jedynie planowe eksperymentowanie przez kilka lat.

Jeśli jeden punkcik - Leary jako "człowiek swoich czasów", na początku tej burzliwej dekady, zdołał pochwycić media i pobudzić amerykańską młodzież do buntu, to możemy zrobić zbliżenie na faktyczne doświadczenie, które zapoczątkowało jego bujną, psychedeliczną karierę. Było to oczywiście, bezpośrednie doznanie grzybowe.

Dr Leary zostaje włączony

Dla czterdziestoletniego Leary'ego zaczęło się to, jak zwykle, w Meksyku. Wreszcie uznany i szanowany psycholog Harvarda spędził lato 1960 roku z kilkoma przyjaciółmi w Meksykańskim kurorcie Cuernavaca. W czasie jego pobytu antropolog związany z Uniwersytetem Meksyku, który napotkał odniesienia do świętych grzybów podczas studiowania Azteków, zasugerował, by Leary kilku spróbował.

W południe pewnej soboty Leary łyknął duszkiem sześć okropnie smakujących, miejscowych grzybów, meksykańskiej odmiany, które zostały zdobyte z o wiele większą łatwością niż te, które pięć lat wcześniej spożył Wasson. Przez ten dziwny lunch, los Leary'ego został skutecznie przypieczętowany, jak później napisał w swej autobiografii, gdy psilocybina płynęła przez jego "dziewiczo" irlandzki krwioobieg on cieszył się najbardziej budzącym strach i podziw religijnym doświadczeniem swego życia.

Leary był przekonany, że w cztery godziny pod wpływem psilocybiny nauczył się więcej o umyśle i mózgu niż przez piętnaście lat, gdy był zawodowym psychologiem. Przedstawia to dobrą ocenę siły i psychologicznego uderzenia jego pierwszego psilocybinetycznego spotkania. Przy odpowiednich warunkach grzyby zdolne są restrukturyzować czyjeś kulturowo zdeterminowane pojęcia o rzeczywistości, i zaproponować zupełnie odmienny zestaw przekonań, z którymi będzie się nawigować przez życie.

Będąc zapalonym i chłonnym praktykiem nauk psychologicznych zaalarmowany nowymi polami odkryć, Leary natychmiast zażądał funduszy na przygotowanie programu badań psilocybiny. Bardzo szybko został zapoczątkowany Harvardzki Projekt Psilocybinowy, rozpoczęty pod koniec 1960 roku, gdy z Sandoz dotarła użyteczna partia psilocybiny. Wreszcie zwykły grzyb został zastąpiony słoikami dokładnie podawkowanych pigułek, tym samym zmieniając subtelnie kontekst doznania psilocybinowego. Jak odmienne byłyby psilocybinowe implikacje na Harvardzie z naukowcami, którzy muszą wyjść w dzicz w celu własnoręcznego zebrania swego materiału badawczego...

Jednym z najbardziej imponujących projektów było systematyczne badanie 175 badanych, którym podano psilocybinę, gdzie eksperymentalny nacisk położony był na zapewnienie swobodnej i wspomagającej scenerii. Te ważne pojęcia nastawienia i scenerii (set and setting) - mentalne i fizyczne otoczenie badanego przed przyjęciem psilocybiny - nigdy nie mogą być zbyt przeciążone, gdyż są zasadniczymi czynnikami, decydującymi o dalszym przebiegu doznania psychedelicznego. Leary i jego współpracownicy ustalili już między sobą te fakty przed oficjalnym eksperymentowaniem i dołożyli starań by wykazać, w jaki sposób nastawienie i sceneria odgrywają kluczową rolę, by doznanie psilocybowe było dobre lub złe. Jest niemal pewne, że odnotowywano by więcej doznań negatywnych z kimś bez temperamentu Leary'ego i bez gruntownej wiedzy o psilocybinie organizującym eksperymenty zamiast niego.

Było tak, że większość badanych relacjonowała przyjemne lub ekstatyczne przeżycia, i że doznanie psilocybinowe zmieniało ich życia na lepsze. Nie odnotowano żadnych psychologicznych ofiar, chociaż wykorzystano nawet bardziej umiarkowane dawki niż w eksperymencie poprzednim. Nie było żadnego dowodu na psychologiczne lub psychiczne uzależnienie, mimo że 90% życzyło sobie powtórzyć eksperyment. Nie odnotowany został żaden kac i przypuszczalnie nikt nie obudził się następnego ranka w pokoju zarzuconym pustymi butelkami i puszkami. W dalszym sześciomiesięcznym badaniu żaden z badanych nie nabawił się trwałych symptomów psychotycznych lub neurotycznych. Eksperyment z powodzeniem wykazał, że w sprzyjających warunkach, zwykli ludzie byli w stanie mieć wzbogacające wewnętrznie doświadczenia z psilocybiną. Rzeczy na psychedelicznym froncie wyglądały dobrze. Wyjątkowy grzyb Gajański, aczkolwiek w formie pigułki, wyglądał obiecująco.

Jednakże wnioski te były przyćmione legendarnym eksperymentem Wielki Piątek (Good Friday) z 1962 roku, chyba jednym z najbardziej radykalnych i dalekosiężnych, kiedykolwiek podjętych badań psychologicznych. W swym ogólnym podejściu do badań i zbieraniu danych, psychologowie, szczególnie aż do lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych, zawsze mieli raczej wyjątkową sympatię do szczurów, najczęściej umieszczając je w specjalnie skonstruowanych boksach, gdzie bez trudu można obserwować zjawiska zachowania takie jak klasyczne uwarunkowanie (pamiętasz psa Pawłowa śliniącego się na dźwięk dzwonka...). Wejdź na dowolny akademicki oddział psychologii, a z pewnością znajdziesz lub wyczujesz jakiegoś szczura, dla gorliwych psychologów te futrzaste stworzenia są tak ukochane. Są tanie, łatwe w utrzymaniu, a w swych reakcjach na zabiegi manipulacyjne eksperymentujących psychologów zachowują się w niesamowicie pewny sposób (jak małe maszyny). Wyjaśnienia ludzkiego zachowania mogą być więc przewidywane (tak mówią) na podstawie wyników tych szczurzych eksperymentów przy sensownym, lecz ograniczonym założeniu, że mózgi wszystkich ssaków działają na podobnych zasadach.

Taki "szczuromorfizm", jak cynicznie nazwał go pisarz i filozof Arthur Koestler, zdominował naukę psychologiczną, a tematy takie jak umysł i świadomość były odizolowane od areny naukowej, jak jakiś zakazany owoc, niezdatny do empirycznej konsumpcji. Nawet mimo, że psychologia jako nauka sama jest oczywiście świadczona przez treść świadomości. Dziś rzeczy na szczęście zaczynają się zmieniać i wyłania się rodzaj filozoficzno psychologicznego podejścia do umysłu i świadomości, temat, który później zgłębię bardziej szczegółowo.

W 1962 psilocybinowy eksperyment Wielki Piątek był wolny od szczurów jak tylko się dało, naginając empiryczną naukę do granic możliwości. Był to rodzaj eksperymentu, którego wymagała nasza kontrowersyjna psilocybina, a jego wyniki pozostają znaczące.

Duchowa inwazja narusza status quo

Student psychologii o nazwisku Walter Pahnke, pracując na swój doktorat, urządził eksperyment z pomocą Leary'ego i innych członków Harvardzkiego Projektu Psilocybinowego. Była to próba uchwycenia doznania mistycznego wywołanego psilocybiną w miarodajnych jednostkach przy pomocy kwestionariuszy. Mimo, że te ankietowane badania naraziły się na wiele metodologicznych krytyk, jest to jedyny możliwy sposób naukowy na zmierzenie relacjonowanych, subiektywnych efektów dragu. Nie jest wystarczające dla kogoś stwierdzenie, że psilocybina jest cudowną substancją, która wywołuje transcendentalne uczucia podziwu. Jeśli ktoś chce sprowadzić enteogeny pod analityczne oko nauki musi raczej uzyskać obiektywne wskaźniki. Jeśli jest oczywiście naukowcem, który wierzy, że nauka oferuje najlepsze podejście do psilocybiny - kwestia dyskusyjna oczywiście. Jeśli próbowałeś stafu i podróżowałeś do tych duchowych sfer, to jesteś tym, który wie. Leary wiedział, tak jak inni członkowie projektu, lecz mimo, że próbowali superświadomości ciągle tkwili na pozycji nie do pozazdroszczenia w próbach udokumentowania doznania psilocybinowego przy pomocy stosunkowo nieporęcznych narzędzi, które zapewniała w tamtej epoce nauka. Może być zrozumiałe, że Leary wkrótce przywdział kaftan, porzucił akademię a zamiast tego porwał media. Mimo to eksperyment Wielki Piątek, lub "cud w Marsh Chapel", jak zaczął być zwany, wciąż pozostaje klasycznym eksperymentem psychologicznym okresu przed LSD'owego.

Pięć pokoi w podziemiach kaplicy Boston University było zarezerwowanych dla Pahnke'go i ekipy projektu psilocybinowego. Dwudziestu badanych, z których wszyscy byli studentami teologii i dlatego w budynku kaplicy wzięli udział w badaniu stosującym metodologiczne podejście podwójnie ślepej próby. Oznaczało to, że jedynie połowa z nich otrzymała psilocybinę podczas gdy druga połowa otrzymała łagodnie psychoaktywne placebo. Nikt nie wiedział, kto co dostał, nawet eksperymentatorzy, choć szybko okazało się jasne komu przypadły grzybowe pigułki.

Leary przypomina sobie, że dziesięciu badanych psilocybiną zachowywało się raczej niekonwencjonalnie. Niektórzy zaczęli spacerować po kaplicy szepcząc modlitwy. Jeden położył się na podłodze, niektórzy rozsiedli się na ławkach, podczas gdy ktoś inny zaczął grać dziwną muzykę na kaplicowych organach. Jednak najbardziej intensywne efekty wystąpiły w głębi psychik badanych, a analiza późniejszych 147 pozycji z psychologicznych kwestionariuszy wypełnionych przez badanych wyjawiła wkrótce co im się przydarzyło.

Kwestionariusze zaprojektowane były do zbadania różnych aspektów wywołanego mistycznego doznania. Część sprawozdań od badanych była następnie oceniana przez niewtajemniczonych egzaminatorów zewnętrznych, którzy musieli porównać tę psilocybową fenomenologię (fenomenologia jest badaniem bezpośredniego doznania świadomego) z mistyczną fenomenologią wziętą z różnych pism religijnych, bez wiedzy, która była która.

Niewiarygodne, wyniki pokazały, że grupa psilocybinowa miała mistyczne doznania religijne nie do odróżnienia od opisywanych w literaturze religijnej. Było to zdecydowanie kontrowersyjne odkrycie. Naturalnie występująca substancja, choć dzięki Sandoz w formie pigułek, pokazała, że jest zdolna wytworzyć pełnoobjawowe doznania mistyczne w religijnie dojrzałych umysłach studentów teologii. Konsekwencje były ogromne i jak widzieliśmy została wywołana wielka burza wokół zasadności chemicznie indukowanego mistycyzmu religijnego. Tradycyjnie hołubione przekonania o mistycznym oświeceniu i impulsie religijnym były zagrożone przez, ni mniej ni więcej, drag, a oburzenie i sprzeciw stwarzany był przez tych członków elity kapłańskiej, która służyła nadzorowaniu komunii z boskością.

Pomimo początków podgrzewanej kontrowersji, praca naukowa Pahnke'go została z trudem zatwierdzona, choć nie został dopuszczony do kontynuacji swego rzemiosła, a jego prośby o fundusze rządowe zostały zakwestionowane. Coś było oczywiście nie w porządku. Natura psilocybiny - tego dzikiego, alchemicznego produktu natury - zaczęła stawać się zagrożeniem dla długo ustanawianych struktur władzy zarówno na akademii jak i w sferze tradycyjnych, religijnych przekonań o boskiej komunii. Moc nieodłączna psilocybinie, tak długo uśpiona, była ponownie na wolności, tym razem w samym sercu zachodniego establishmentu, niepowstrzymywalna fala natchnienia przełączająca dusze wszystkich, którzy dobrowolnie stanęli jej na drodze.

W pewnym sensie, było tak, jak gdyby Wielki Piątek był ostatnim, potrzebnym do przeprowadzenia eksperymentem, do którego paliłby się naukowiec ustalający naturę świadomości i rzeczywistości. Przesłanie wydawało się jasne. Ludzkość mogłaby wyjść poza swój świecki poziom bytu i wznieść się w nowy porządek, idealistyczne marzenie wspólne wielu pierwszym, zachodnim eksploratorom psychedelicznym. Psilocybina mogłaby być stosowana ostrożnie jako źródło wiedzy i mądrości, pozwalając ludziom zrozumieć transcendentalną rzeczywistość leżącą zaledwie o jeden perceptualny krok stąd.

Było tak, że wzniosłe psychedeliczne marzenie dzielone w tamtym czasie przez tak wielu, nigdy się w zasadzie nie ziściło, mimo że mógłbym uzasadnić, że spowodowane było to głównie brakiem podstaw objaśnieniowych dla doznania psilocybinowego, a nie dlatego, że idealizm marzenia był nie do obrony. Rzeczywiście, na tym początkowym etapie badań psychedelicznych, prawie nic nie było wiadomo o mechanizmie działania psilocybiny, a poza poglądem Junga na Nieświadomość Zbiorową mało było spekulatywnych teorii psychologicznych zdolnych uchwycić pełne znaczenie i wpływ doznania psilocybinowego w sposób nieupraszczający. Tak naprawdę język zawiódł naukowców, lub przynajmniej, ten brak opisowej terminologii i brak wytworności pojęciowej oznaczał, że psychedeliczna fenomenologia pozostała zawiłą anomalią. A takie anomalie, nawet jeśli mogły zawierać istotę jakichś nowych sposobów rozumienia natury rzeczywistości, są najczęściej umyślnie ukrywane przed wzrokiem, albo wszystkie te konceptualnie uciążliwe dane są nazbyt łatwo tracone gdzieś na tyłach segregatorowych gablot społeczności naukowej. Taki los faktycznie spotkał doznanie psychedeliczne, a w późnych latach 1960 prawie wszystkie znane światu substancje psychedeliczne zostały uznane za niebezpieczne zagrożenie społeczne i dlatego natychmiast zostały uznane nielegalnymi. Badania naukowe nad psychedelikami zostały zatrzymane, a osobiste eksperymentowanie psychedeliczne stało się przestępstwem kryminalnym. Jednakże, nie był to wielki i ostateczny koniec i kropka. Jak później zobaczymy, przerwanie badań psilocybinowych było bardziej przecinkiem.

Aktualizacja: Tylko jak wielki był ten piątek?

Bym mógł budować poparcie dla mego entuzjastycznego twierdzenia, że grzyby psilocybowe reprezentują wysłany przez Boginię leczniczy pokarm duszy, z którym na nowo pojmujemy naturę rzeczywistości, mogę opisać badania uzupełniające dziewiętnastu spośród dwudziestu początkowych badanych w eksperymencie Wielki Piątek jako dalsze dowody barwnych efektów psilocybinowych u tych szczęśliwych studentów teologii. Podjął się tego Rick Doblin, przewodniczący Multidyscyplinarnego Stowarzyszenia do Badań Psychedelicznych (MAPS - Multidisciplinary Association for Psychedelic Studies), w późnych latach 1980, do tego czasu wielu badanych było praktykującymi księżmi.

Doblin wykorzystał ten sam kwestionariusz, który był stosowany w pierwotnym eksperymencie i przekonał się, że wciąż występowała znacząca różnica między dwiema grupami sprawozdającymi efekty doznania. Po 25 latach charakterystyka mistycznych doznań grupy psilocybinowej w rzeczywistości się wzmocniła (lub dojrzała). Również, podczas gdy badani kontrolni, którzy otrzymali placebo ledwie pamiętali tamten dzień, grupa psilocybinowa wciąż miała jasne wspomnienia tego obfitującego w wydarzenia dnia. Na przykład wielebny K.B. zapamiętał że:
"Zostawiło mnie to z całkowicie niekwestionowaną pewnością, że istnieje większe środowisko niż jestem tego świadom. Posiadałem własną interpretację tego czym to jest, lecz z teoretycznej perspektywy przeszło do tej doświadczalnej."

Wielebny Y.M. przypomina sobie.
"Zamknąłem oczy a wizuale powróciły... było to tak jakbym był w oceanie pasm, w płynących przeze mnie potokach kolorów. Kolory były olśniewające i mogłem spłynąć po jakimkolwiek z tych kolorów."

I więcej od wielebnego K.B., który jest bardziej konkretny:
"...z zamkniętymi oczyma widziałem niezwykle barwną scenę procesji (z Męki Pańskiej). Scena zupełnie odrębna od jakiegokolwiek wyobrażenia lub czegokolwiek z mej strony... tak jakby oglądało się film albo coś takiego, było to poza mną, lecz było bardzo obrazowe."
I dalej:
"Pozostawałem w przekonaniu, że moja zdolność postrzegania rzeczy została sztucznie zmieniona, lecz postrzeżenia, których doświadczałem były tak realne jak wszystko inne."

To właśnie ten wielebny uważał psilocybinę za sztuczny katalizator, któremu trzeba odpuścić. Głębokie rozważenie ujawnia, że psilocybina jest prawowitym produktem Natury; niezwykłą cząstką tkanki Gajańskiej tak dla pewności, lecz nie bardziej sztuczną niż tlen, którym oddychamy. Być może rzadsza, i nie absolutnie niezbędna, ale z pewnością nie nienaturalna.

Opis wielebnego jego wizjonerskiego doznania jako rodzaju filmu wypływającego z czegoś odrębnego od jego poczucia siebie jest jednym z charakterystycznych efektów psilocybiny i nie mógł być bardziej jasno przedstawiony. Jest to powalające wrażenie występujące podczas psilocybinetycznego, transopodobnego stanu wizjonerskiego, które powstaje przy zamkniętych oczach. Jest się konfrontowanym z potężnym, komunikatywnym przepływem zorganizowanej informacji symbolicznej, która zmusza do wyciągnięcia wniosku o swego rodzaju inteligentnej obecności jako emitera informacji. Mimo że po tym przenikliwym doznaniu ktoś może kwestionować podstawy do wnioskowania tego rodzaju "Inności", w czasie wizjonerskiego transu będzie z pewnością całkowicie obezwładniony sensem intencjonalnego przekazu, nie pozostawiającego miejsca na wątpliwość.

W pewien sposób te ożywione super marzeniowe krajobrazy, jako że naładowane są prawie oślepiającą, metaforyczną obrazowością, pokrewne są tym z conocnych, barwnych snów, których od czasu do czasu doświadczamy i które pozostawiają nas na moment w zadziwieniu, gdy je wspominamy, nim nieuchronnie odpłyną. Jednak, w czasie wizji wywołanych psilocybiną wciąż jest się bardzo świadomym - w rzeczywistości jest się bardziej świadomym i uważnym niż normalnie - tak, że scenerie wizjonerskie nie zostają zapomniane, lub przynajmniej nie zostaje zapomniane ich całkowite przesłanie, wywarty wpływ i nagłość, choć słowa przeważnie nie nadają się do pełnego wyrażenia takiego doznania.

Uwagi odnośnie odczucia wieczności, które często towarzyszą efektom psilocybiny wspomina wielebny S.J.
"... ze wszystkiego poczułem nagle rodzaj wyciągania w nieskończoność... czułem, że zostałem pochwycony w bezmiar kreacji... doznawałem... klasycznego rodzaju przemieszania... główną rzeczą było w tym poczucie ponadczasowości.

Co więcej, te całkiem proste wspomnienia pokazują, że psilocybina niesie wartość epistemologiczną gdyż zdaje się wywoływać specjalny rodzaj świadomości, który zazwyczaj jest niedostępny, lecz jest dla nas wartością diametralną w terminach ducha i duszy. Nawet najbardziej zawzięty sceptyk musi przynajmniej przyznać, że psilocybina wyznacza niezgłębione królestwo Nieświadomości lub wyobraźni, co ukazuje dotychczas nieznany potencjał twórczy.

Moje śmiałe twierdzenie to, że zorganizowane źródło inteligencji i mądrości jest faktycznie dostępne poprzez grzyby. To czy źródło to wypływa z jakiejś nieosobowej Nieświadomości, co oznacza, że głęboko w psychice leżą rozległe sfery wysoce zorganizowanych pól informacji, które są "uwalniane" do świadomości osobowej w czasie psychedelicznego stanu, czy informacja ta wypływa z przekazującej, czującej obecności - tajemniczej Inności jak moglibyśmy ją nazwać - pozostaje otwartą kwestią, choć obie propozycje mogą się w jakiś sposób łączyć.

Na ten czas istnienia, obojętnie czy będziemy podejrzewać, że leży to u podłoża stanu wizjonerskiego, widzimy, że doznanie psilocybinowe jawi się jako istotny obszar badań, gdyż świadomość i postrzegana rzeczywistość, właściwa podstawa naszego życia, posiada możliwość rozwarstwiania się jak jakiś nowy, egzotyczny kwiat. Nasza codzienna uwaga widziana jest jako ograniczona i skrępowana, tak jakbyśmy byli podprogramowymi więźniami w jakimś bezkresnym obliczaniu, które cały czas niepowstrzymanie napiera. Psilocybina chwilowo rozpuszcza te skrępowania, przyznając doświadczającemu zwiększony zestaw stopni poznawczej wolności, zapewniając nowe kierunki myślenia, które nie są normalnie dostępne. Wewnętrzny świat zaczyna podlegać piktograficznemu mitowi, podczas gdy świat zewnętrzny jawi się jako żyjąca struktura jakiejś duchowej istoty, nawet najbardziej przyziemne obiekty nabierają nagle świętej aury. Jest to ukryta obietnica grzyba; ujawnić sfery psychologiczne, które mogą wzbogacić naszą zbiorową egzystencję żyjących, oddychających, ludzkich stworzeń połączonych w systemie Gajańskim. Naturalne środki psychedeliczne w rodzaju grzybów psilocybinowych umożliwiają dotarciu do indywiduum szczególnego rodzaju wiedzy, rodzaju wiedzy, który nauka i filozofia mogą ledwie osiągnąć, lecz który pomimo to bardzo dużo wnosi do naszej najbardziej wewnętrznej natury.

Eksperyment Wielki Piątek zabrał naukę tak blisko jak trzeba by osiągnąć mistycyzm przy pominięciu analizowania rzeczywistego mózgu w czasie stanu mistycznego. Nawet mimo, że ten ostatni, nowoczesny sposób pomija główną kwestię, którą jest samo doznanie i to co mówi nam ono o świadomości i rzeczywistości. Mamy wybór. Można się odłączyć i spróbować sporządzić mapę mózgu psilocybinetycznego do entego stopnia lub można po prostu zanurzyć się w bezpośrednim doznaniu konfrontacyjnym. Grzybowy cud w Marsh Chapel świadczy o tym, że to drugie rozwiązanie jest najbardziej atrakcyjne i dające satysfakcję, a opcja pełna przygód odpowiada ludzkiemu duchowi. Przynajmniej początkowo...

Obiektywność zmusza mnie ujawnić mały minus wspomnianego wyżej badania. Długoterminowa obserwacja pokazała, że ośmiu spośród dziesięciu badanych psilocybiną zgłosiło pewne negatywne aspekty do swych doznań w sensie "psychologicznej walki". Rzeczywiście, walka taka jest trochę nieunikniona, jeśli podejmie się psychedelicznego doświadczania. Dostrzega się siebie wyraźnie bez powierzchownych oznak wystudiowanego wizerunku i osobowości. Psilocybina zdaje się również zmuszać do skonfrontowania złych nawyków i nerwic. Nic nie pozostaje ukryte dla grzybów i często prowadzi to do psychologicznego "przetasowania" osób ślepych dotychczas na samowiedzę. Przecież zasada "znać siebie" związana jest w pewien sposób ze wszystkimi dyscyplinami duchowymi, wskazując, że trzeba w pełni dojść ze sobą do porozumienia zanim zacznie się wewnętrznie rozwijać swój stan świadomości. Psilocybina i inne enteogeny zdają się uwydatniać ten niezmienny truizm do tego stopnia, że każde psychedeliczne eksperymentowanie potwierdzi swą negatywną wartość póki należycie nie upora się z własnym stanem samowiedzy.

Odnośnie innych negatywnych i niepublikowanych faktów o eksperymencie, okazuje się, że jeden z badanych psilocybiną musiał otrzymać zastrzyk chlorpromazyny (lek antypsychotyczny) by zwalczyć pewne niemiłe symptomy. Student raczej wziął chyba zbyt dosłownie słowa kazania, że chrześcijanin musi szerzyć słowo, walka nastąpiła gdyż próbował opuścić kaplicę. Wskazałbym, że takiej niepraktycznej, mesjanistycznej gorliwości można przeciwdziałać raczej przez zastosowanie pewnej samokontroli niż chlorpromazyny, choć musimy mieć na uwadze, że ci studenci teologii w gruncie rzeczy byli nieświadomi psychologicznych efektów psilocybiny.

Pod koniec swych potwierdzających badań Doblin wywnioskował, że:
"... wszyscy badani psilocybiną wciąż uważali, że ich pierwotne doznania zawierały autentyczne, mistyczne elementy, i że psilocybina wniosła wyjątkowo wartościowy wkład do ich duchowego dobra."
I oto macie, prosto z ust, raz kąśniętych, praktykujących księży. Psilocybina zadziałała, i to zadziałała dobrze. Ludzka świadomość aktywnie podlega przeobrażaniu, a rzeczywistość jest do reinterpretacji. Amen.

Leary zaczyna szerzyć dobre wieści

W czasie pierwszych dni psilocybinowego projektu tak naprawdę Leary musiał spotkać Wasson'a. Mimo, że obaj doznali świętej, grzybowej wizji i wywnioskowali, że ma ona bardzo znaczącą wartość, ich nastawienie do stosowania grzybów było zupełnie przeciwne. Według Leary'ego, Wasson starał się sprawiać wrażenie grzybowego autorytetu, bardziej zainteresowany swoimi własnymi doznaniami niż doznaniami Leary'ego i jego wspólników. Był również zaciekle przeciwny obecnej tendencji do rozpowszechniania stosowania psilocybiny, oznajmiając Leary'emu, że ujawnienie tajemnicy grzybów nowoczesnemu światu zniszczyło ich moc. Faktycznie, później opisał swój ohydny wyrzut sumienia po nagłośnieniu świętych ceremonii Indian.

Jednak Leary udowodnił później, że Wasson mylił się co do potencji grzybów. Psilocybina nie może nie wzmocnić tych, którzy zgłębiają jej magiczne efekty, a Leary, przyjmując ją w pierwszym roku Harvardzkiego projektu ponad 50 razy, był w tym czasie bardzo natchnionym człowiekiem na skraju wszczęcia światowej rewolucji.

Ze swym stałym zaopatrzeniem w grzybowe pigułki, ostro uzbrojony Leary zaczął wkrótce poszerzać swój wpływ na różnych współczesnych, amerykańskich poetów, pisarzy i artystów, w szczególności luminarzy w tym Jack'a Kerouak'a, Neil'a Cassidy, Allen'a Ginsberg'a, William'a Burroughs'a i Dizzy Gillespie, by wymienić tylko kilku. Leary zaczął sobie uświadamiać, że podczas gdy wielu było zafascynowanych doznaniem inni byli jawnie bezstronni. Młodość okazała się istotnym czynnikiem nastawienia do psilocybiny i to doprowadziło Leary'ego do zaproponowania, iż:
"Im starsza osoba, tym więcej lęku w doznaniu wizjonerskim. Rasa, religia i kasta były również ważnymi określnikami. Im więcej osoba miała do stracenia, tym mniej miała ochoty do radosnego wyjścia ponad judeochrześcijańską liniową, strukturę myślową."

Przypuściłbym, że ten strach był tym samym strachem, który doprowadził hiszpańskich zakonników do potępienia stosowania azteckich grzybów jako kultu diabła i który doprowadził do palenia czarownic przez średniowiecznych inkwizytorów. Gdy osoba posiada ściśle ugruntowany, umysłowy model rzeczywistości wtedy jakiekolwiek rozbijanie takiego modelu, lub jakikolwiek rodzaj rozbieżnych danych zagrażający jego egzystencji, stworzy negatywną i często gwałtowną reakcję na postrzegane zagrożenie. Dlatego jeśli psilocybina ma wywrzeć zbawienny skutek niezbędne jest podejście do niej z otwartym umysłem. Trzeba powoli i ostrożnie wkraczać i zaznajamiać się z nowym terytorium gdyż na nieroztropnego i pochopnego eksploratora czekają pułapki. Doznanie musi być więc jakoś wcielone w życie w sposób, który zminimalizuje społeczny dysonans.

Rok 1962 ujrzał złowieszcze nadejście LSD na Harvard i cały kulturalny rozmach psychedeliczny był do zmiany. Leary został tak uderzony tą nową syntetyczną alternatywą psilocybiny, że szybko przykuła jego uwagę, a grzyby prawie popadły w zapomnienie. Leary twierdził, że efekty LSD były lepsze niż psilocybiny, a jego arcykapłańska pozycja w owym czasie była tak ugruntowana, że inni przypuszczalnie szli za jego zaleceniami. Odwrotnie Terence McKenna, dzisiejszy czołowy orędownik szamańskiego stosowania roślin i grzybów psychedelicznych (on także spopularyzował termin Inność (Other - ang.) mówiąc o rozumianej obecności dostępowanej poprzez psilocybinę), uzasadnia, że naturalna psilocybina jest substancją o wiele bardziej wizjonerską i umieszcza jej wartość znacznie wyżej niż syntetyczne LSD. McKenna utrzymuje bardziej współczesny pogląd organiczny, który łączy grzyby z naturalnie homeostatycznymi systemami Gai. Jak wspomniano, w latach 60 nie było teorii Gai, a etnobotaniczne badania szamanów stosujących rośliny musiały nabrać o wiele więcej popularnego rozgłosu.

W tym samym czasie, w którym LSD zalało Harvard, sprzeciw wobec psychedelicznego eksperymentowania zaczął się na poważnie, częściowo z powodu wszechobecnego wpływu CIA, które ciągle chciało mieć monopol na dragi psychedeliczne, a częściowo z powodu alarmującego wzrostu popularności eksperymentowania z LSD, które wciąż było legalne i szybko stało się powszechnie dostępne. W 1963 Leary został zmuszony do zrezygnowania z Harvarda więc wyniósł swoje "kwasowe" zainteresowania na dużą, eksperymentalną arenę dominującej kultury, gdzie odnalazł się w roli psychedelicznego rewolucjonisty jako całkowity mistrz. Przykre jest to, że jego wezwanie "Włącz się, dostrój, odpadnij" ("Turn on, tune in, drop out" - ang.) było godne uznania jedynie w dwóch trzecich. Odpadnij? Tak negatywny zwrot mógł tylko służyć do potępienia Leary'ego. Dlaczego nie "ucz się", lub "słuchaj uważnie"? Mimo to pop psychedeliczna rewolta wszczęta przez Leary'ego zagwarantowała nastanie lat 60, i pomimo masowego odpadnięcia przez młodzież, kontrkultura namnożyła w rezultacie bogactwo unerwionej sztuki, literatury i muzyki. To, że lata 60 zakończyły się Beatles'ami dzielnie śpiewającymi "All you need is love" jest z pewnością dowodem, że w psyche zbiorowej została wygenerowana jakaś korzystna wizja. Przypuszczam, że musiałeś tam być.

Anarchiczne przygody Leary'ego trwały dalej, wliczając w to powstanie Ligi Odkryć Duchowych - "League for Spiritual Discovery" (tak, tak, LSD) - poważne sprawy sądowe, jego krótkotrwałą rolę najbardziej niebezpiecznego człowieka w Ameryce, uwięzienie, dramatyczną ucieczkę z więzienia, oraz jego porwanie przez Black Panthers (Czarne Pantery) we wczesnych latach 1970. Zainteresowani czytelnicy mogą przeczytać o pasjonujących wyskokach Leary'ego gdzie indziej, w szczególności na stronach jego autobiografii "Flashbacks" lub w dziarskiej książce Jay'a Stevens'a o LSD i kulturze amerykańskiej; "Storming Heaven: LSD and the American Dream".

W tym czasie praktycznie bez wiedzy kogokolwiek grzyby zawierające psilocybinę rosły w całej Europie i Ameryce Północnej, a nie tylko w Meksyku. Ziemia, Gaja, o wiele wydajniejsza i wszechobecna dostawczyni enteogenów niż laboranci Sandoz'a, potajemnie, masowo produkowała na swej skórze miliony grzybów psilocybowych, nadzwyczajny fakt, który nie zwrócił społecznej uwagi do późnych lat 1960 i wczesnych 70 (od kiedy to spekulowano, że psilocybina była znana prehistorycznym Europejczykom, i że jej stosowanie wpłynęło na powstanie spiralnych ikon jak marzenie, wyrzeźbionych na skałach w miejscach takich jak Irlandia. Po więcej informacji na ten temat zainteresowani czytelnicy powinni sięgnąć do książki Paul'a Devereux'a z 1997 "The Long Trip").

Próby powstrzymania napływu psilocybiny

W tym miejscu naszej podróży powinienem przyjrzeć się głównym zarzutom, które często były wysuwane przeciwko stosowaniu psilocybiny w czasie, gdy po raz pierwszy stała się dostępna w następstwie odkrycia Wasson'a. Tego rodzaju zastrzeżenia były wyrażane dokładnie i jasno przez rozmaitych pisarzy i komentatorów społecznych, a w szczególności pisarza i filozofa Arthur'a Koestler'a, o którym wcześniej pokrótce wspomniałem. Koestler, który napisał wiele uznanych książek naukowych, filozoficznych i paranormalnych próbował psilocybiny przynajmniej przy dwóch okazjach na początku lat sześćdziesiątych. Leary, wielbiciel pracy Koestler'a, napisał do niego o niebywałych właściwościach psilocybiny i zaprosił go na Harvard by sam jej spróbował.

Tak się złożyło, że pierwsze spotkanie psilocybinetyczne Koestler'a miało miejsce na wydziale psychologii w Michigan, który był niestety kolejnym gniazdem tajnych eksperymentów CIA i dlatego nie było to najlepsze z miejsc na rozpoczęcie psychedelicznego podróżowania. Jego drugie skosztowanie miało miejsce w mieszkaniu Leary'ego, co Leary pierwotnie zaplanował. Oba doświadczenia przekonały Koestler'a, że psilocybina była w zasadzie bezwartościowa, opinia drastycznie kłócąca się z poglądem Leary'ego i większości ludzi, którzy jej próbowali.

W marcu 1961, Koestler opublikował polemiczny artykuł w Sunday Telegraph potępiający doznanie psilocybinowe. Zatytułowany "Powrotna podróż do Nirwany" ("Return Trip to Nirvana" - ang.), Koestler opisał swoje osobiste, psychedeliczne doznania i wywnioskował jasno i wyraźnie, że psilocybina nie ma nic do zaoferowania ludzkości.

Napisał:
"Chemicznie wywoływane halucynacje, iluzje i zachwyty mogą być zatrważające lub niezwykle satysfakcjonujące; w obu przypadkach są w istocie oszustwem odgrywanym na czyimś własnym systemie nerwowym."

Do swojego drugiego tripu w mieszkaniu Leary'ego zastosował nawet ostrzejsze słowa. Kiedy ten amerykański pisarz i znajomy mówił o "kosmicznej świadomości", "rozwijającej się świadomości" i "Oświeceniu Zen", to miał na myśli "kategorycznie nieprzyzwoite, bardziej niż słowo na cztery litery". Oczywiście był to człowiek nieco zirytowany kwitnącą, psychedeliczną kulturą. Koestler nie był hipisem.

Koestler argumentował, że psilocybina dała początek "szybkowarowemu mistycyzmowi", i nic więcej. Omawiając pro psychedeliczne obserwacje Huxley'a dotyczące tego, że wielu mistyków i religijnych wizjonerów stosowało różne techniki zmieniające fizjologię, jak ćwiczenia oddechowe i post w celu wywołania odmiennych stanów świadomości, Koestler zripostował przypowieścią o górskiej wspinaczce, twierdząc, że widok ze szczytu oglądany po wielogodzinnej, mozolnej wspinaczce jest o wiele lepszy niż widok pod koniec podróży kolejką linową. Innymi słowy żmudny trud podjęty w postaci postu, biczowania się, ascetycznego mieszkania w jaskini prowadzi do jakościowo różnego objawienia, niż zyska kanapowy mistyk który jedynie wrzuci garść pigułek Sandoz'a. Oto klasyczny sprzeciw filozoficzny złożony przeciw potencjalnym, transcendentalnym efektom substancji w rodzaju psilocybiny. To jest zbyt łatwe. Gdzie ten nieopanowany pot i znój? Gdzie blizny cielesne zawiłej drogi poprzedzającej mistyczną iluminację? Jak ktoś może mieć dostęp do sfer duchowych bez przejścia przez lata cierpień? Czy przyznamy, że jakiś Tom, Dick, czy Leary może osiągnąć transcendencję bez doświadczenia nieopisanego bólu, cierpienia i umartwiania się?

Koestler był przynajmniej przekonany, że nie ma żadnych skrótów do świętości, i jasno nakreślił to Leary'emu oraz w artykule. Co znamienne, przyznał Leary'emu, że był w złym stanie umysłu, gdy spróbował psilocybiny w jego mieszkaniu, że uświadomił sobie bolesne wspomnienia bycia więźniem politycznym w czasie wojny. Podobnie w noc przed swym pierwszym, nieprzyjemnym kontaktem z dragiem, miał niepokojące sny, które utrzymały się wystarczająco długo by zawładnąć stanem psychedelicznym. Faktycznie, sam Leary miał wątpliwości odnośnie zaproszenia Koestler'a do spróbowania psilocybiny, gdyż uzewnętrzniał się jako zbyt "opanowany i racjonalny". Mimo że czynniki te przebyły długą drogę do wyjaśnienia negatywnych doświadczeń Koestler'a, krytycyzm, który wniósł wciąż twardo stoi, a zwolennik kultywowania badania psilocybiny musi siłą rzeczy zareagować na te zarzuty.

Mogę zaoferować dwie linie obrony na odparcie zarzutów Koestler'a. Po pierwsze, jest niemal pewne, że nie rozwodził się nad faktem, iż psilocybina jest naturalnym produktem środowiska, a nie nienaturalnym, obcym syntetykiem. Gdyby sam wyszedł i zebrał dla siebie grzyby psilocybowe być może jego doznania byłyby bardziej satysfakcjonujące, gdyż faktyczna czynność zbierania grzybów pozostawia niezatarty ślad w pamięci. Fakt psilocybinowej naturalności, na który stale zwracam uwagę zasługuje na jeszcze bardziej szczegółowe zbadanie i jest to dobra okazja by zacząć to robić. Powrócę do odpowiedzi na krytycyzm Koestler'a po krótkiej dygresji.

Pokarm dla myśli

Jak później zobaczymy o wiele szczegółowiej, sądzi się, że psilocybina wywołuje swe efekty poprzez oddziaływanie na komórki nerwowe, lub neurony w mózgu. W szczególności oddziałuje na te neurony, które wykorzystują substancję o nazwie serotonina. Serotonina jest chemicznym posłańcem, lub neurotransmiterem, który pozwala komunikować się ze sobą pojedynczym neuronom tak, by mogła być przenoszona i przetwarzana informacja. Te różne związki wykorzystywane przez mózgi, tak by mogły przetwarzać informację, ewoluowały przez miliony lat i są zależne od chemikalii dostępnych w środowisku, w szczególności w surowych materiałach z pożywienia. Serotonina okazała się kluczowym neurotransmiterem, lub posłańcem chemicznym, ponieważ może być wytwarzana z tych surowych materiałów. Nie każdy stary związek chemiczny zadziała jako neurotransmiter; musi on powstać w wyniku ewolucji pod deterministycznymi ograniczeniami ustalonymi prawami chemii oraz dalszymi wymogami ustalonymi dostępnością surowego materiału pokarmowego.

Stąd serotonina powiązana jest z chemią środowiska. Jeśli chemiczna konstytucjonalność środowiska naturalnego byłaby zupełnie inna, Natura, lub Gaja, musiałaby wyewoluować zupełnie inne neurotransmitery komplementarne do ograniczeń ustanowionych przez środowisko. W tym sensie, faktycznie jesteśmy tym co jemy, a pogląd, że rzeczywistość konsensusu jest powszechną halucynacją serotonergiczną nadaje niesamowitej, onieśmielającej sensowności. Nasze umysły, sama nasza świadomość, zależy od osprzętowania mózgu, które z kolei zależy od struktury chemicznej, która zależy od diety. Naturalne grzyby psilocybowe mogą wkroczyć do czyjejś diety, a nowe chemikalia, które następnie zadziałają w mózgu odmienią świadomość tak, że konsensualna rzeczywistość serotonergiczna zmieni się na rzadką rzeczywistość psilocybinetyczną.

Powiedziawszy tak wiele powinno być teraz absolutnie jasne, że doznanie psilocybinowe jest w pełni naturalne i że pochodzi ze środowiskowo kierowanej zmiany w chemii mózgu w tak dużym stopniu, w jakim grzyby psilocybowe są częścią środowiska. W procesie tym nie ma zupełnie nic nienaturalnego. Tak jak selektywnie zbieramy pszenicę by zrobić chleb dla naszego dobra fizycznego, tak selektywnie możemy konsumować naturalne grzyby psilocybowe dla naszego dobra duchowego. Zarówno pszenica jak i grzyby są prawowitymi, naturalnymi ekspresjami systemu Gajańskiego, w który jesteśmy wbudowani. Myślę, że to mało prawdopodobne by Koestler rozważył te fakty środowiskowe przed powstaniem jego negatywnych poglądów.

Drugą linią obrony przed klasycznymi zarzutami Koestler'a jest to, że nie jest pewne czy technologiczne skróty - jak je nazwał - są koniecznie złe. Czyż Ziemia oglądana z satelity w przestrzeni kosmicznej nie jest piękna? Czy oglądana tym sposobem faktycznie jest mniej piękna niż byśmy zbudowali naprawdę długą drabinę, po czym się wspięli, by uzyskać ten sam widok? Czy powinniśmy porzucić całą technologię usprawniającą pracę i działać najciężej jak tylko się da?

Myślę, że nie. W książce Huxley'a "Drzwi percepcji" ("Doors of Perception" - ang.) wizji psychedelików w masowej sprzedaży, które oświecą świat, nie można winić za jej technologiczną metodologię. Jeśli technologia, farmaceutyczna czy inna może przyspieszyć pewną formę Utopii, wtedy jedyną rzeczą to powstrzymującą jest poczucie nieufności i winy, wpajane najczęściej przez dogmatyczną religię. I faktycznie, Leary wywnioskował, że przypowieść górskiego szczytu Koestler'a wywiązała się z głęboko zakorzenionej, katolickiej winy, winy która dosięga zbyt łatwo wszystkich w obliczu przyjemności, ekstazy i granic ludzkiej wolności.

Broniąc idei technologii ocalającej ludzkość, jeszcze raz chciałbym krytycznemu czytelnikowi przypomnieć, że psilocybina tak w ogóle nie jest produktem technologicznym. Koestler tak ją postrzegał, ponieważ jego psilocybina dotarła w formie Sandoz'owych pigułek, doskonałego symbolu nowoczesnej, technologicznej dawki. Jest to bezpośrednie przeciwieństwo bardzo ziemskiego symbolu dziko rosnącego grzyba.

Gdy Koestler opuścił towarzystwo Leary'ego by powrócić do Nowego Jorku cierpko zauważono, że nie poszedł pieszo, lecz złapał samolot. Leary skonkludował, że zignorowanie psilocybiny jako narzędzia psychologicznego mogło być równoznaczne z odrzuceniem mikroskopu, ponieważ czyni widzenie zbyt łatwym, dobra analogia gdyż oba narzędzia odkrywają ukryte bogactwa Natury.

Myślę, że bezpiecznie jest uznać, że negatywne nastawienie Koestler'a bierze się głównie z jego bolesnego zestawu wspomnień bycia więźniem wojennym i nierozwiązanych konfliktów leżących w głębi jego psyche. W szczególności zasugerowałbym, jak zrobił Leary, że dużą rolę w odrzuceniu grzybów odegrała katolicka wina Koestler'a.

Ten sam rodzaj tradycjonalistycznej, nabożnej winy, który zdaje się nękać człowieka od niepamiętnych czasów i który z łatwością przemienia się w uciążliwe dążenie przeciw wolności innych ludzi przejawił się również u innych, w 19 wieku francuski poeta Baudelaire ostatecznie stał się zaciekłym przeciwnikiem stosowania substancji psychoaktywnych. Tak jak inni dziewiętnastowieczni poeci i pisarze jak Byron, Shelley, Balzac, De Quincey, i Samuel Taylor Coleridge (który rzekomo napisał "Kubla Khan" w opiumowej zadumie), Baudelaire użył raz "modnych" psychoaktywnych produktów roślinnych w rodzaju opium i cannabis w celach twórczych. Mimo to później zaczął zupełnie nimi gardzić, tak jakby były źródłem wszystkiego co złe i zwodnicze, tak jakby były najzmyślniejszymi narzędziami Diabła udaremniającymi ludzkości dotarcie do Boga.

Rzecz niezrozumiała, wydaje się to prawie celowe. Z natury te substancje roślinne nie są złe, a destrukcyjne stają się raczej, gdy stosowane są w nadmiarze lub ze złych powodów, podobnie jak każda dobroczynna substancja może stać się szkodliwa jeśli stosowana jest ponad wrażliwość. Gdyby Koestler był w posiadaniu właściwych ram umysłu i otrzymał nadzwyczajny dar od grzybów psilocybowych, to jest, gdyby postrzegł bezpośrednią komunię z transcendentalną Innością i zdał sobie sprawę, że było to w pełni naturalne zjawisko, wtedy być może przyjąłby kulturalny, psilocybinowy potencjał leczniczy.

Wydaje się więc, że jeśli potencjalnie duchowe efekty grzybów przyrównać do potoku, lub strumienia, wtedy strumień może "trafić" na niewłaściwy ludzki umysł, lub przynajmniej na niewłaściwy stan umysłu, co zablokuje strumień. Cudownie tajemniczy, psilocybinowy potencjał pozostanie niewykorzystany tam, gdzie nie może napłynąć i rozkwitnąć. Ciało Boga (God's flesh) nie jest najwyraźniej "mięsem" każdego. Ten nieszczęsny fakt musi zostać szczegółowo rozważony zanim zostanie rozpoczęte jakiekolwiek niebanalne dochodzenie psychedeliczne.

Grzyb jako lekarstwo

W swym uznanym "Ghost in the Machine", napisanym w 1967 roku, Koestler miał wspaniałą okazję wychwalić zalety środków enteogennych. Pośród wielu rzeczy, książka traktuje o ludzkiej przemocy, paranoi, destrukcyjności i o tym, w jaki sposób takie zło pokonać. Po udokumentowaniu strasznych, historycznych skutków naszej "schizofizjologii" jak ją nazwał, Koestler uzasadnia, że naszą jedyną nadzieją na przetrwanie jest rozwinięcie technik, które zajmą miejsce ewolucji biologicznej. Przypomina nam o wszystkich sposobach na jakie ingerowaliśmy w Naturę - jak kontrola urodzeń, zapobieganie chorobom, tworzenie sztucznego środowiska, etc. - w celu symulowania i kontroli procesu ewolucji dla naszej własnej korzyści przystosowawczej. Tak więc, pyta Koestler, czy nie moglibyśmy wynaleźć remedium na ludzkie skłonności destrukcyjne?

Nie sposób zignorować popularnego poparcia psychedelików jako kulturowych środków leczniczych przez Aldous'a Huxley'a, któremu sprzeciwił się Koestler twierdząc, że jest z gruntu złe i naiwne oczekiwać, że dragi mogą nadać umysłowi darmowych zdolności, to jest założył, że dragi nie mogą wnieść do umysłu czegoś czego już tam nie ma. Twierdził, że "psychofarmaceutyka" nie może zwiększyć zdolności mózgu, w najlepszym wypadku może jedynie wyeliminować przeszkody, które mogą utrudniać mózgowi właściwe funkcjonowanie.

Ostatecznie Koestler wyobraził sobie "stabilizator umysłowy" lub hormon, który może integrować psychikę. Doszedł nawet do tego, że obawiał się, iż jego czytelnicy będą zniesmaczeni ideą liczenia na zbawienie poprzez chemię molekularną bardziej niż odrodzenie duchowe. Jest to zadziwiające twierdzenie, tym bardziej, że odmówił poparcia substancjom z naturalnych roślin psychedelicznych jako swemu "stabilizatorowi umysłowemu".

Wbrew przekonaniom Koestler'a Natura i proces ewolucyjny nie zawiodły ludzkiej rasy, byliśmy raczej ślepi na jej rozwiązania. Natura działa w zagadkowy sposób, jednym z nich jest wytwarzanie roślin i grzybów posiadających witalną moc szamańską, poprzez którą proces ewolucyjny, we wszystkich swoich dziedzinach, może dalej zdrowo funkcjonować. Choć w naszej nowoczesnej epoce szukanie pomocy u roślin i grzybów może brzmieć nieco archaicznie, powinniśmy mieć na uwadze, że szamanizm jest być może najstarszą formą religijnej psychoterapii i że wiedza zdobyta przez wizjonerskich szamanów wykorzystywana była dokładnie by pomagać uzdrawiać plemię. Nie ma powodu by zakładać, że taki psychedeliczny szamanizm jest obecnie bezsilny lub nieistotny, zwłaszcza, gdy bierzemy pod uwagę model Gajański. W terminach Gajańskich, szamańskie spożycie roślin i grzybów jest całkowicie naturalnym procesem, który - gdy weźmiemy pod uwagę ekologiczny system szamana, plemienia i roślin - może być rozpatrywany jako będący w zasadzie homeostatycznym, pod tym względem, że jedna część środowiska oddziałuje na inną w celu przywrócenia harmonii; w tym wypadku pewne rośliny i grzyby dostarczają pomocy poprzez swe efekty psychologiczne. Taka Gajańska psychoterapia uwydatnia po prostu jak bardzo jesteśmy zakorzenieni w pozostałej części sieci życia, i w jaki sposób rozwiązania naszych problemów często znajdujemy rosnące wokół nas (włączając oczywiście, potencjalne, botaniczne lekarstwa na raka i AIDS, które są wciąż do odkrycia w tym, co pozostało z ogromnych, ziemskich lasów deszczowych).

Enteogenne gatunki roślin i grzybów wciąż oferują nam bogactwo psychoterapeutycznej mocy, jeśli postanowimy patrzeć na ich sposób, nie wspominając o informacji, którą ujawniają o chemicznej zmienności ludzkiej świadomości i możliwej transformacji naszych modeli rzeczywistości. Jak większość filozofów, Koestler zdawał się być dalekim od naturalnego, botanicznego świata, lecz wraz z pojawieniem się teorii Gai i wznowieniem zainteresowania wszystkimi rzeczami przyjaznymi Zieleni i środowisku, nasze głębokie połączenie z resztą Natury staje się coraz bardziej widoczne, a Zielona filozofia już się ustanawia. Sama Natura w radykalny sposób może jeszcze wyleczyć naszą destrukcyjną passę.

Poparcie dla grzyba rośnie

Kolejnym powszechnie znanym pisarzem w czasie pierwszej fali stosowania psilocybiny na Zachodzie był szanowany autor i poeta Robert Graves, który również opisał publicznie swoje grzybowe doświadczenie. Tak naprawdę Graves był zaintrygowany grzybami odkąd jako młody chłopiec liznął gatunek muchomora, wskutek czego doznał uczucia pieczenia języka. Być może epizod ten był swego rodzaju symbolicznym pocałunkiem Gajańskim, lub przynajmniej smakiem rzeczy mających nadejść. W każdym razie, jeśli czytelnik sobie przypomina, to Graves był tym, który pierwotnie powiadomił Wasson'a o sekretnych ceremoniach grzybowych, ciągle odbywających się w Meksyku. Okazuje się więc niczym zaskakującym, że Graves ostatecznie napisał spekulatywne artykuły o stosowaniu grzybów enteogennych w starożytnej Grecji (spekulacja ta pozostaje kontrowersyjna) po tym jak spróbował świętego sakramentu w nowojorskim mieszkaniu Wasson'a w 1960.

Okazuje się, że Graves był, co zrozumiałe, pełen obaw o swój pierwszy kontakt z psilocybiną, martwiąc się zwłaszcza, że za zamkniętymi powiekami mógłby dostrzec "demony". Będąc autorem uznanej książki "The White Goddess" ("Biała Bogini"), książki o historycznym kulcie bogini, nie miał pewności, czy Gajańskie grzyby obdażą go łaską (Gaja była pierwotnie imieniem Greckiej Bogini Ziemi). Okazało się, że Graves nie musiał się obawiać. Nie mogąc pisać w czasie swego "zachwytu" biernie pozwolił doznaniu sobą owładnąć. Później miał napisać, że widział "wierzchołek Edenu" i doświadczył "rozkoszy niewinności" oraz "świadomości dobra i zła". Czuł się nawet zdolnym wyjaśnić każdy problem na świecie tak jakby otrzymał dostęp do całej wiedzy świata.

Graves przewidział, że święta substancja powierzona niegdyś nielicznej elicie będzie wkrótce poszukiwana przez "znużonych poszukiwaczy sensacji", mimo że najprawdopodobniej nie będą zadowoleni z psilocybiny gdyż nie była "dragiem" jako takim, ponieważ nie oszałamiała jak alkohol. Swą opisową relację zakończył następującym ostrzeżeniem, które jeszcze dziś brzmi prawdziwie:
"Dobro i Zło naprzemiennie występują w ludzkich sercach. Nieliczni są zwyczajowo w pokoju z samymi sobą, a ktokolwiek przygotowuje się do zjedzenia halucynogennych grzybów powinien wziąć oszczędny zestaw swych intelektualnych i moralnych dóbr, tak samo, jak biorą nowicjusze przed uczestnictwem w Misteriach Eleuzyjskich... Ta swoista zaleta psilocybiny, zdolność do rozszerzania osobistej rzeczywistości, zmienia 'Poznaj Siebie' w zasadę praktyczną; i może cieszyć się jako sakramentalny pokarm jakiejś nowej religii."

Faktycznie świetne i prorocze słowa, ponownie wskazują, że do psilocybiny należy podejść ostrożnie i z "dobrym sercem". Uwaga Graves'a dotycząca "znużonych poszukiwaczy sensacji" jest niemal identyczna z konsternacją Wasson'a powstałą z powodu hord "dziwaków", "poszukiwaczy dreszczyku", oraz "motłochu", który zwalał się już stadami na Meksyk w poszukiwaniu świętych grzybów.

Jednakże, ten rodzaj popularnej reakcji na jakiś nowy styl był z pewnością nieunikniony. Mimo że spowodował żałosną konsternację wśród psilocybinowej elity, zwyczajne odmówienie grzyba masom jest niepraktyczną, krótkowzroczną reakcją na zasadniczą, ludzką naturę i stwierdziłbym, że najlepiej, gdy wiedza o potencjalnie ponad prozaicznej mocy psilocybinowej dostępna jest dla wszystkich, którzy chcieliby jej odszukać. Jeśli uważane jest to przez kogoś za rzucanie pereł przed wieprze, niech tak będzie. Chodzi o to, że cel uświęci środki, ten cel będący, miejmy nadzieję, kulturą odmienioną ożywioną czcią ku naturalnym systemom Ziemi, oraz głębszym wglądem w najwyższą naturę procesu rzeczywistości.

Lekarstwo mokshy rośnie na skraju raju

Aldous Huxley wyraźnie podsumował wczesny klimat optymizmu otaczającego psychedeliki w przemówieniu, które wygłosił do psychologów w 1961, i nieco bardziej dyskretnie w swej utopijnej powieści "Island" ("Wyspa") opublikowanej w 1962. W przemówieniu Huxley przewidział, że nauka psychologiczna zostanie nieuchronnie skonfrontowana z coraz większą ilością danych na temat doświadczeń wizjonerskich indukowanych przez substancje w rodzaju psilocybiny. Mimo że doświadczenia te mogą być bezwartościowe - nie bardziej znaczące niż wyjście do kina - w sytuacji, gdy doznania wizjonerskie będą wspólne i wzięte zostanie pod uwagę pewne stwierdzone, głębokie znaczenie, to mogłoby to być decydujące w przemianie większości ludzkości. Huxley przypuszczał, że nasz tryb świadomości mógłby zostać odmieniony psychedelikami, wyzwalając siłę psychiczną, która umożliwiłaby postrzeganie rzeczywistości poprzez nie utylitarystyczną perspektywę. Huxley był przekonany, że doznanie wizjonerskie może prowadzić do zmiany zachowania na dobre, umacniając tym samym maksymę wybitnego psychologa William'a James'a, że doświadczenie "duchowe" lub "mistyczne" ocenia się pragmatycznie na podstawie konsekwencji wywartych na życie doświadczającego. Jeśli stan doznania psychedelicznego może wzbogacić czyjeś życie, to z definicji, służy dla dobra.

W "Wyspie", która była ostatnią powieścią Huxley'a, jego fikcyjni, Edeniczni wyspiarze stosują "lekarstwo mokshy", grzyb enteogenny, jako część swych obrzędów religijnych. Istotnie, grzyb wspiera raj wyspiarzy. Ten grzyb został wymyślony prawie na pewno na podstawie grzyba psilocybowego, gdyż Huxley próbował psilocybiny przy wielu okazjach.

Kwestie podjęte w jego wcześniejszej pracy "Doors of perception" ("Drzwi percepcji") są omawiane w "Wyspie" przez jego wyspiarzy, w szczególności, czy efekty leku mokshy są iluzoryczne czy rzeczywiste. W jednym, konkretnym kawałku fikcyjnego dialogu jesteśmy proszeni o rozważenie idei, że być może mózg przekazuje świadomość zamiast ją wytwarzać. Innymi słowy, być może lekarstwo mokshy pozwala większej ilości tego, do czego odnosił się Huxley jako "Umysłu w Całości" (Umysł przez duże "M") wkraczać do umysłu indywidualnego (umysł przez małe "m"). Później będę miał więcej do powiedzenia na temat tej z pozoru prostej uwagi, gdyż silnie rzutuje na cały pogląd o treści świadomości.

Jak zapewniają wyspiarze opowiadający się za lekiem mokshy nawet najniższy szereg przyznaje wartość doświadczeniom zrodzonym przez ich grzyba. Nawet jeśli w całym tym doświadczeniu w ogóle nie ma obiektywnej treści, wciąż pozostaje ono wzbogacającym życie i zapewnia "błogosławioną transformację".

W jednym miejscu opowiadania, tak oto zwraca się do niedowierzającej postaci archetypowego sceptyka Murugana:

"Opowiadałeś, że jesteśmy tylko lubiącymi sobie dogadzać odurzaczami rozkoszującymi się iluzją i fałszywym samadhi. Słuchaj Murugan - zapomnij o tym całym złym języku, który został w ciebie wpompowany. Zapomnij go przynajmniej na potrzeby wykonania pojedynczego eksperymentu. Weź 400 mg leku mokshy i sam przekonaj się co spowoduje, co może powiedzieć ci o twej własnej naturze, o tym dziwnym świecie, w którym musisz żyć, uczyć się, cierpieć i w końcu umrzeć. Tak, nawet ty będziesz musiał pewnego dnia umrzeć - może za 50 lat, może jutro. Kto wie? Lecz to się stanie, i głupcem jest, kto się na to nie przygotuje."

Zapewne najwspanialszy, najbardziej elokwentny i najżarliwszy rzecznik inteligentnego stosowania psychedelików w latach 1950 i wczesnych 60, Aldous Huxley, przed swą niezwykłą śmiercią w 1963 nie zdawał sobie sprawy, że jego ukochany grzyb leczniczy moksha, nawet w momencie gdy on pisze "Wyspę", rozprzestrzenia swe grzybniowe sieci na dzikiej, nieuprawnej glebie większości terenów Strefy Umiarkowanej naszej planety, rozciągając swą obecność na rozległych obszarach nienaruszonego lądu. W miesiącach jesiennych, ta sekretna, podziemna aranżacja obradza niezliczoną ilością grzybów psilocybowych, a Huxley nigdy nie dożył by odkryć tę najbardziej zadziwiająca z prawd. Zapomniane w połowie lat sześćdziesiątych, grzyby psilocybowe w końcu nastały i zaowocnikowały ponownie...

Rozdział 4
Badanie alchemicznej powłoki Ziemi

Meksyk i Ameryka Południowa są obszarami najbardziej związanymi z rytualnym wykorzystaniem roślin enteogennych. Poza stosowaniem ponad 20 odmian grzybów psilocybowych, rdzenni Meksykanie znani są również ze stosowania kaktusa peyote (Lophophora williamsi), rośliny porannej chwały (Morning Glory - Ipomea violacea), i różnych odmian bielunia (datura), z których wszystkie zawierają potężne substancje wizjonerskie. Wdzięk tych roślin jak i wdzięk grzybów wywodzi się z tego, że wspierają kanał komunikacyjny pomiędzy szamanem a królestwem duchowym. Jak widzieliśmy, ten niezwykły stan rzeczy powstaje nie w wyniku pogłosek lub dogmatu lecz z tajemniczego wpływu tych roślin na ludzką psychikę, wpływu jednakowo opisywanego przez ludzi zachodu, którzy nie koniecznie mają te same skłonności duchowe co rdzenni szamani.

W Południowo Amerykańskiej autochtonicznej Amazonii ciągle przygotowuje się wysoce skuteczną psychedeliczną miksturę zwaną ayahuasca, robioną głównie z miejscowych odmian Banisteriopsis - dżunglowego pnącza, połączonymi z różnymi innymi składnikami roślinnymi. Ta sama mikstura przyjmowana jest również jako sakramentalna herbata przez członków Uniao Do Vegetal, oficjalnie aprobowanego kościoła występującego w całej Brazylii. Aktywnymi zasadami w tych miksturach są substancje zwane harmina i dimetylotryptamina (w skrócie DMT), ta druga będąca strukturalnie blisko spokrewniona z psilocybiną. Szamani twierdzą, że ayahuasca ułatwia komunię zarówno z bytami mitologicznymi oraz z duszami ich przodków. Podobnie odmiany drzewa Virola - których żywica również zawiera DMT - wykorzystywane są do przygotowania tabak w Kolumbii Amazońskiej, które przyjmowane są w celu uwolnienia duszy, tak by mogła podróżować w wymiarze duchowym.

Te bogate tradycje szamańskie uwydatniają pierwotny sposób, w jaki środowisko naturalne może inspirować indywiduum, gdyż pomiędzy ludzką psychiką a transcendentalnym wymiarem rzeczywistości zostaje wykute intymne ogniwo. Gdy to naładowane emocjonalnie połączenie zostanie już nawiązane i będzie wzmocnione poprzez rytualne wykorzystanie konkretnej rośliny wizjonerskiej, proces w zasadzie wytworzy nieprzemijające poczucie duchowości, a także religijną kosmologię okalającą wykorzystanie ayahuaski.

Nie jest więc zaskakujące, że przemożny, psychedeliczny efekt tych lokalnych roślin stał się mocno wintegrowany w rdzenną kulturę, nabyta w ten sposób szamańska wiedza, ponownie potwierdza kulturową tożsamość i jej wierzenia o naturze rzeczywistości. Ponadto, i być może, co najbardziej znaczące, tego rodzaju rośliny wspomagają praktyki lecznicze, czy to mentalne, czy społeczne, czy jedynie fizyczne. W tubylczych społecznościach nie posiadających służby zdrowia lub nie podporządkowanych konglomeratom farmaceutycznym, uzdrawiająca rola szamana staje się niezbędną funkcją życia codziennego, z naturalnymi sprzymierzeńcami roślinnymi będącymi bardzo istotnym narzędziem branży leczniczej.

Tego rodzaju dynamiczna relacja psychedeliczna między Homo sapiens a Naturą jest względnie rzadko porównywana, powiedzmy, z naszymi względnie bliskimi stosunkami z ekologicznymi bogactwami takimi jak drewno, zboże, olej lub gaz, mimo że naturalny środek psychedeliczny pozostawia w tyle wszystkie pozostałe, pod względem jego wpływu na czyjeś poczucie istnienia. Zważywszy, że większość relacyjnych więzi wplatających nas w żyjącą tkaninę Gai jest jedynie funkcjonalna pod względem materialnym, bogactwo naturalne zapewniane przez rośliny enteogenne oddziałuje na innym poziomie, zapewniając nam pokarm duchowy, który, mimo że pozornie nieuchwytny, ciągle może odgrywać kulturową rolę, o czym świadczy ważna rola szamana lub rdzennego uzdrawiacza w społecznościach autochtonicznych.

Oczywiście możemy tu protestować i twierdzić, że nie potrzebujemy szamanów lub enteogenów w naszej technologicznej kulturze, że powinniśmy zostawić te rzekomo marginalne zjawisko akademickim antropologom i etnobotanikom, których powołaniem jest zbieranie informacji o takowych zagadnieniach. Istotnie, przez ostatnie 30 lat, lub powyżej, mnogość wydanych artykułów badawczych, opisuje z całkiem dokładną, botaniczną szczegółowością, jak przygotowywane są różne psychedeliczne mikstury przez rdzenne kultury, które ciągle ich używają. Jednakże prawie nie słyszy się o poświadczających etnobotanikach lub antropologach faktycznie doświadczających wizjonerskich naparów na sobie. Wszystkie otaczające utensylia związane z alchemicznym przygotowaniem mogą być dobrze uwierzytelnione aż do faktycznych narzędzi stosowanych do podawania dragu, lecz główna istota zainteresowania pozostaje wolna od dociekań. Ten brakujący czynnik jest tym, co w rzeczywistości napędza zainteresowania badaczy, mianowicie, efekty psychologiczne wynikające z oddziaływania środka psychedelicznego. Przecież, jeśli końcowe doświadczenie tworzone przez sakrament nie byłoby w jakikolwiek sposób godne uwagi, to nie byłoby badania szamańskiego dziedzictwa.

Widzimy więc, że mimo iż nauka może być polecana do dokumentowania tego, co jest przecież szybko zanikającym aspektem prymitywnej kultury, najważniejszy element - doświadczenie - jest zasadniczo nie poświadczane. Jest tak przypuszczalnie dlatego, że etnobotanik czuje, że nie ma naukowego sztandaru, pod którym można by słusznie i legalnie iść naprzód badając halucynogen o którym mowa. Lecz on istnieje. Zwie się fenomenologia - nauka o doświadczeniu bezpośrednim i jego implikacjach dla pokrewnej nauki psychologicznej. Faktycznie uraczyć się szamańskimi substancjami osobiście, to zdobyć wgląd w siły psychiczne, które są przez nie wprawiane w ruch. Z tego wewnętrznego punktu widzenia możemy bardziej zrozumieć rolę doświadczenia psychedelicznego w obrębie systemów wierzeń rdzennych kultur. Bardziej do rzeczy; możemy zyskać wartościowy wgląd w zmienny potencjał świadomości, który pozwala nam stworzyć intelektualny grunt w obszarze ludzkich dociekań niedostępnych w inny sposób.

Ślepe oko nauki

Niedoskonałość naukowego badania enteogenów jest niewątpliwie związana z rozczłonkowaniem nauki na odrębne dyscypliny. Choć dla naukowca jakiejkolwiek konkretnej dziedziny rzadkim jest zbłądzenie w inną dyscyplinę, można stwierdzić, że takie badanie przekraczające granicę, byłoby jednak użyteczne do stworzenia nowych spostrzeżeń i szerszych teorii. W przypadku związków enteogennych, jeśli pragniemy właściwie zrozumieć całą złożoność doświadczenia enteogennego - czy to doświadczenia rdzennego szamana, czy doświadczenia eksperymentatora z zachodu - to trzeba po prostu stworzyć mariaż pomiędzy psychologią, fenomenologią, antropologią i etnobotaniką (a nawet metafizyką), gdyż badany obszar może objąć wszystkie te dziedziny. Jeśli weźmiemy pod uwagę, że dyscypliny takie jak etnobotanika są w każdym bądź razie, względnie nowe, to ta nowa dyscyplina, którą sobie wyobrażam, jest realną możliwością. Mówiąc z entuzjazmem, nazwał bym takie przedsięwzięcie fenomenologią neoszamańską. Ma to przynajmniej imponujące brzmienie.

Lecz zakładamy jednak, że wszystko już wiemy co trzeba wiedzieć o psychologicznym sposobie działania obejmującym oddziaływanie klasycznego enteogenu w rodzaju psilocybiny? Być może kompletne i satysfakcjonujące wyjaśnienie dotyczące tajemniczych wzniesień doświadczenia psilocybinowego zostało już przekazane przez główny nurt nauki psychologicznej, uszczuplone przypuszczalnie do poręcznego zestawu "zaledwości".

Niestety (lub na szczęście), nie o to tu chodzi. Nie tylko substancje w rodzaju psilocybiny są względnie nowe dla Zachodu, empiryczne badania psychologiczne były efektywnie ograniczane przez prawie 30 lat. Psilocybinowy Projekt Harwardu ledwie drasnął powierzchnię zjawiska, lecz już to wystarczyło do wywołania konsternacji u elit naukowych. Nie owijając w bawełnę, rośliny i grzyby psychedeliczne są ogromnie onieśmielające dla społeczności naukowej, nie tylko przez różnorodność potencjalnie wymaganych dyscyplin, lecz również dlatego, że ich efekty są zbyt palące do przetworzenia. Głowy odwróciły się. Chłodne ramiona wzruszyły. Tak jakby te niezwykłe formy życia były gatunkiem kosmity z filmu klasy B, zagrażającym zadaniem kłamu kolektywnej psychice człowieka i wstrząsającym naszymi najbardziej pielęgnowanymi założeniami o naturze rzeczywistości. Tam naprawdę jest dżungla.

Lecz pomimo oczywistych zagrożeń związanych z wykorzystaniem substancji psychedelicznych - takich jak ich zdolność do wywoływania intensywnego lęku psychicznego (tak zwanego "bad tripu") - rdzenne kultury poradziły sobie z ich "oswojeniem" poprzez wyuczone zrozumienie ich zakresu działania. Co więcej, kultury takie opanowały po drodze bogactwo wiedzy poza przyziemnej (supra-mundane). Stąd moje przekonanie, że Gajańska flora i grzyby enteogenne muszą jeszcze wywrzeć swój pełen wpływ na Zachodnią psychikę, tak by dzięki nim wciąż była pozyskiwana wiedza dotyczącą naszych koncepcji rzeczywistości i naszych teorii świadomości, co potwierdzi ich wielką wartość, nie tylko na poziomie indywidualnym lecz również na poziomie zbiorowym.

Są to sensowne twierdzenia, ponieważ nasze systemy i zbiorowe zachowania kulturowe bazują oczywiście na naszych biernych przekonaniach o Ziemi, życiu, i naszej roli w całym tym kramie. Urzekającą perspektywą doświadczenia psilocybowego jest to, że po inicjacji ktoś może dostrzegać planetę w radykalnie odmiennym świetle. Gaja przestała być teorią intelektualną, stając się w zamian bezpośrednio odczuwalną rzeczywistością holistyczną, najbardziej niezwykłego i ekscytującego rodzaju. Uczymy się tego co szaman wiedział zawsze, że Natura jest jakoś przepojona inteligencją. Biosfera nagle okazuje się naprawdę żywą, wraz z wizjonerskimi roślinami i grzybami występującymi jako swego rodzaju żyjący interfejs między ludzkim umysłem, a tym co Terence McKenna nazywa Innością lub Umysłem Gajańskim. W ten sposób, doświadczające i chłonne indywiduum może dostąpić transcendentalnej informacji naładowanej kulturowym i osobistym znaczeniem.

Biorąc pod uwagę ich podnoszące na duchu i wyjątkowo informatywne właściwości, grzyby psilocybowe mogą być uważane za potencjalnego partnera symbiotycznego z naszym gatunkiem. Symbioza wnosi nowy przedział koncepcji i percepcji pobudzonych do działania poprzez efekty grzybowe, a w zamian rozmnażamy gatuek lub przynajmniej przejawiamy z naszej strony działanie służące w jakiś sposób interesom całej biosfery. W każdym bądź razie, psilocybina, oraz inne naturalnie występujące enteogeny, mają się z nami bardzo dobrze, że tak powiem. Z tego co wiemy, więcej ludzi obeznanych jest obecnie z grzybami niż w jakimkolwiek innym momencie historii, ich stosowanie nabiera popularności od późnych lat sześćdziesiątych i wczesnych siedemdziesiątych, gdy odkryto, że bez trudu były dostępne w Europie i Północnej Ameryce.

Jednak mimo to, nasycanie całego globu fungicydami selektywnymi, ograniczony dostęp do dzikich obszarów, lub inne ekscentryczne reakcje na obecność grzybów psilocybinowych. Mamy wybór czy raczej dalej badać alchemiczną powłokę Ziemi czy odwrócić się plecami ze strachu przed nieznanym. Jeśli zdecydujemy się podnieść Gajańską rękawicę, możemy zostać wynagrodzeni kaskadą nowatorskich wglądów w najgłębsze tajemnice stworzenia. Oficjalna nauka może odgrywać rolę w tym szlachetnym przedsięwzięciu, jeśli istotnie, może prowadzić niezależne badania na życzenie, i z inicjatywy nie innej niż własna.

Wewnętrzna rewolucja czeka

Przy obecności rozmaitych gatunków grzybów psilocybowych rozrastających się na większości dzikich terenów świata, jak pisałem, obecnie znanych jest przynajmniej 89 gatunków prosperujących na naszym globie, i mając na uwadze ich oświecające właściwości, z którymi zaznajamia się coraz więcej i więcej ludzi, nie można iść w sukurs, lecz należy przypuszczać, że pod ręką znajduje się jakaś unerwiona kulturowa alchemia Gajańska. Jak zobaczymy później bardziej szczegółowo, paradygmaty - pojęciowe systemy przekonań - kruszą się i są przebudowywane w następstwie doświadczenia psilocybinowego. Tego rodzaju przemiana paradygmatu nie jest po prostu natychmiastowym zdarzeniem następującym po spożyciu, lecz raczej procesem mogącym utrzymywać się długo po początkowym doświadczeniu, prawie jakby zachodził jakiś długo trawienny proces udoskonalania. Mam przez to na myśli, że jeśli zastanowimy się nad doświadczeniem pod względem, powiedzmy, tego jak grzyby działają chemicznie, wtedy zyskamy wyjątkową wiedzę o podstawowej chemii mózgu i potencjalnych kryteriach świadomości. Bardzo realna perspektywa rozszerzenia percepcyjnego występuje również w przypadku, w którym nasz dialog z Naturą może być wzniesiony na nowe poziomy, o których konwencjonalna nauka i filozofia nigdy nie śniły.

To właśnie poprzez te nowe narzędzia pojęciowe, lub nowe, ulepszone soczewki, by zapożyczyć z wcześniejszej metafory, stare paradygmaty siłą rzeczy będą zakwestionowane. Jeśli te stare paradygmaty nie mogą uporać się z doświadczeniem enteogennym, to albo muszą zostać dostosowane albo zaliczone do przeszłości. To właśnie w ten sposób psilocybina i jej efekty staną się stopniowo wchłonięte przez naszą kulturę.

Nauka psychodeliczna: runda druga

Jak na razie, czytelnik może przypuszczać, że główny nurt nauki okrąża jedynie kwestie którymi jesteśmy najbardziej zainteresowani, że tylko istniejące wysoko wyspecjalizowane badania obracają się wokół etnobotaniki i jej podobnych. Rzeczywiście, wraz ze zdelegalizowaniem przez rząd amerykański LSD w 1966 roku i wraz z późniejszą delegalizacją prawie wszystkich dragów psychedelicznych (Europa poszła w ślad), badania na ludzkim podłożu zamarły. Wszystko na froncie doświadczalnym odłożono na półkę. Można było prawie usłyszeć zatrzaskiwane rygle i zamki. Niepodzielnie zapanowała polityka świadomości.

Jednak, po tych wszystkich latach zamki zostały ukradkiem zdjęte a polityka świadomości wyzwana. Pomimo mego opłakiwania nauki, stopniowo zaczął być widoczny nowy rodzaj psychedelicznych badań. Tym razem wokół zaangażowanych naukowców nie wydawano szalonych przyjęć, a oni sami nie nakłaniali młodych osób do "włączenia się, dostrojenia, i odpadnięcia" ("turn on, tune in, drop out" kwestia Timothy Leary'ego - przyp.tłum.). Ubrani w tradycyjne laboratoryjne fartuchy i praktyczne buty, dokładnie zaguzikowane i zasznurowane, drugie pokolenie psychedelicznych naukowców wzięło się w swą empiryczną garść. Halucynogenna nauka na ludzkim podłożu powraca teraz na akademickie łono, jedynie z daleko mniejszym rozgłosem niż 30 lat temu oraz z wiele większą rozwagą i powściągliwością. Tym razem, nauka podchodzi do tego krok po ostrożnym kroku.

Twórcami odrodzenia są dwie amerykańskie organizacje: The Multidisciplinary Association for Psychedelic Studies (MAPS) - (Multidyscyplinarne Stowarzyszenie do Nauk Psychedelicznych), o którym wspomniałem przelotnie w ostatnim rozdziale, oraz Heffter Research Institute (HRI) - (Instytut Badawczy Heffter'a). Założone w 1986 roku, MAPS aktywnie finansuje badania psychedeliczne (tak samo jak badania nad konopiami indyjskimi) i pomaga naukowcom sporządzać protokoły badawcze, ciężka praca gdy musisz notorycznie zwracać się do konserwatywnych agencji rządowych o pozwolenie na przeprowadzanie badań. HRI jest nowszą organizacją inaugurowaną w 1993 roku noszącą imię Arthur'a Heffter'a, który wiek temu, stał się pierwszym naukowcem izolującym i systematycznie badającym psychedeliczny składnik roślinny - w tym przypadku meskalinę z kaktusa peyote. Imię to odzwierciedla charakter podejścia do psychedelików przyjęty przez HRI.

Główny zamysł zarówno MAPS jak i HRI opiera się na znalezieniu klinicznego wykorzystania psychedelików. Innymi słowy, dzisiejsi badacze psychedeliczni zainteresowani są głównie wykorzystaniem psychedelików jako środków medycznych, praktyczny program, który jest łatwiej akceptowalny przez rozmaitych oficjeli, którzy nadzorują możliwość otrzymania do badań środków psychedelicznych. Faktycznie wierzę, że obie organizacje są ogromnie świadome roli jaką enteogeny mogą odgrywać w badaniach nad świadomością. Być może są rozsądni mniej mówiąc o tym "innym" programie. Mimo zupełnie przeciwnych pragnień, polityka i nauka niezmiennie się mieszają i jest to główny powód, dla którego podania medyczne o enteogeny zdobywają priorytetowe finansowanie. Jesteśmy być może świadkami zmienianego ukradkiem paradygmatu.

Medyczne wykorzystanie ibogainy

Jednym z dragów halucynogennych spotykającym się obecnie ze znacznym zainteresowaniem naukowym nad jego potencjalnym wykorzystaniem medycznym jest ibogaina, alkaloid pochodzący z zachodnio afrykańskiej rośliny o nazwie Tabernanthe iboga. Na miejscu roślina stosowana jest przez członków kultu Bwiti, tajnego stowarzyszenia napotykanego w Gabonie i Congo, którzy wykorzystują ją mniej więcej w ten sam sposób, w jaki tradycyjnie wykorzystywane są grzyby psilocybinowe i ayahuasca. Celem jest uwolnienie duszy, aby połączyła się z Bogiem i przodkami. Oto typowy raport pochodzący od rdzennego, afrykańskiego użytkownika.

"Chciałem poznać Boga - poznać rzeczy dotyczące śmierci i krainy po drugiej stronie.... Przeszedłem lub przeleciałem nad długą, różnokolorową drogą lub ponad wieloma rzekami, które doprowadziły mnie do przodków, którzy zabrali mnie następnie do wielkich bogów."

Być może ironicznie, naukowcy ustalili obecnie, że psychologiczne efekty ibogainy mogą być wykorzystane do przerwania ciężkiego uzależnienia narkotykowego. W połowie lat 1980 Howard Lotsof, były ćpun uleczony wcześniej poprzez doświadczenia z ibogainą, stworzył firmę promującą medyczne wykorzystanie ibogainy. Był tak pewny możliwości ibogainy w przerwaniu uzależnienia od narkotyków, że opatentował w połowie lat 80 leczenie ibogainą. Widocznie są to tak niezwykle intensywne i osobiście znaczące efekty wizjonerskie ibogainy, że mogą przełamać przekleństwo ciężkiego uzależnienia narkotykowego. Lotsof opisywał, że wizje wywołane ibogainą u pacjentów, których leczył, były jak wycinki filmowe.

"Prezentacja materiału wizualnego jest szybka. Niektórzy pacjenci opisywali to jako film w przyspieszonym tempie. Inni opisywali jako pokaz przeźroczy, każdy slajd zawierający obraz określonego wydarzenia lub okoliczności z życia oglądającego.

Ponownie widzimy zdolność enteogenów do wywoływania w ludzkiej psychce dramatycznych doświadczeń wizjonerskich. Lotsof mówi o tych wycinkowo filmowych wizjach, że posiadają Freud'owskie i Jung'owskie konotacje, że mogą dostarczać doświadczającemu głębokich i znamiennych znaczeń, i wnioskuje, że jest to ten sam proces, który leży w sercu ibogainowej skuteczności w przełamywaniu wzorców uzależnień. Lotsof wierzy, że ibogaina pozwala pacjentom ponownie ocenić swe życie i dostrzec błędy, które mogli popełnić, i które mogły ich doprowadzić do niekontrolowanych napadów związanych z zażywaniem narkotyków. Po podaniu pojedynczej dozy ibogainy, większość pacjentów pozostawała wolnymi od chemicznej zależności przez 3 do 6 miesięcy, co wskazuje na to, że terapia ibogainowa musi być podtrzymywana, i jeśli to możliwe, musi być połączona z innymi zabiegami.

Dimetylotryptamina

Być może wiodącą postacią tej drugiej fali psychedelicznych badań jest Rick Strassman, psychiatra, który przeprowadził pewne niezwykłe badania na Uniwersytecie Nowego Meksyku w połowie lat 1990. Rzut oka na jego przełomowe badania ukazuje ducha determinacji naukowej w przebijaniu się przez polityczną biurokrację w celu przesunięcia granic wiedzy oraz powiększenia farmaceutycznego arsenału praktykującego psychiatry.

Praca Strassman'a skoncentrowana była na prototypowym enteogenie - dimetylotryptaminie (DMT). Przypominam, że DMT jest naturalnie występującą substancją używaną przez wieki w botanicznych miksturach i tabakach stosowanych przez rdzennych szamanów Amazonii. Zaklasyfikowane jako ultra krótko działający halucynogen, DMT, podane dożylnie ludziom (w przeciwieństwie do picia wywaru ayahuaski), wywołuje fantastyczne przemiany w świadomości i dodatkowo staje się całkiem nieaktywne w ciągu 30 minut (efekty ayahuaski mogą trwać godzinami). W przypadku palenia, doświadczenie po DMT jest jeszcze krótsze i trwa mniej niż 5 minut.

Ponieważ uważa się, że DMT, o dziwo, naturalnie występuje w ludzkim mózgu (występują we krwi, moczu i płynie rdzeniowym, a jego enzymy prekursorowe występują w tkance mózgu), było dla Strassman'a oczywistym, że zrozumienie jego działania może rzucić trochę światła na rozwój i możliwe leczenie endogenicznie halucynacyjnych stanów takich jak schizofrenia. To w ten sposób nauka kliniczna doszła do stworzenia leków antypsychotycznych, substancji, które mogą blokować patologiczne myślo kształty tak oczywiste w stanach takich jak schizofrenia. Gdy zrozumie się neurochemiczne okoliczności towarzyszące nieprawidłowym stanom umysłu, to znajduje się w sytuacji pozwalającej udoskonalać leki do leczenia takich stanów.

Pomimo jego czysto klinicznych skłonności, Strassman był również zainteresowany wykorzystaniem DMT do zgłębiania wiecznie popularnej kwestii umysł/mózg. Ten mroczny obszar nauki - do którego będziemy powracać w późniejszych rozdziałach - zainteresowany jest tym, w jaki sposób, fizjochemiczny mózg (szpetna masa szarej owsianko podobnej rzeczy w naszych czaszkach) powiązany jest z nie fizykalnym umysłem, ze wszystkimi towarzyszącymi mu myślami, ideami, lękami, wierzeniami i tak dalej. Jaki dokładnie jest związek? Strassman utrzymuje, że dragi psychedeliczne, jako że odmieniają świadomość, powinny być zdolne powiedzieć nam coś o tym jak kształtowana jest świadomość w normalnym mózgu. Innymi słowy, ponieważ psychedeliki zmieniają wyższe funkcje poznawcze powiązane z tym, co stanowi człowieka, to mogą być zasadniczo wykorzystane jako sondy na potrzeby badania sprzęgnięcia umysł/mózg. Jest to oczywiście, dokładnie mój punkt widzenia przedstawiony w prologu tej książki.

Dwa długie lata zajęło Strassman'owi uzyskanie zgody na przeprowadzenie badań z DMT przy udziale ludzi (wykorzystani zostali doświadczeni użytkownicy psychedelików gdyż uznano, że jest to bardziej etyczny sposób przy takich zadaniach). W istocie, był to prawdopodobnie ten rodzaj niezbędnego działania, który wyjaśnia istniejący brak badań halucynogenów opartych na ludziach. Spojrzenie na zmagania Strassman'a ukazuje horrendalane moce biurokracji (jakiś uporczywy przejaw kulturowy lat 1960) czekające na potencjalnych badaczy psychedelicznych. Musiał zdobyć pozwolenie od wszelkiego rodzaju oficjalnych organów takich jak onieśmielająca Rządowa Agencja do Walki z Narkotykami (Drug Enforcement Agency - DEA) i Federalny Urząd Żywności i Leków (Food and Drug Administration - FDA), nie wspominając licznych, etycznych organów, które służą monitorowaniu eksperymentów z udziałem ludzi.

Dwa lata żmudnych zmagań i Strassman w końcu zdobył wszystkie potrzebne zezwolenia na przeprowadzenie badań nad DMT. Niezwykłe wyniki zostały później opublikowane w szanowanych, lecz specjalistycznych czasopismach naukowych, trochę jak wsianie nasion nowego paradygmatu. Być może najbardziej interesujący wniosek dotyczył raportów badań nad tym, jak wyglądało doznanie po DMT przy podaniu dożylnym. Jak w przypadku psilocybiny, efekty DMT uzasadniają nasze zainteresowanie jeśli interesuje nas ukryty potencjał ludzkiej świadomości do transcendowania "normalnej" rzeczywistości. Własnymi słowami Strassman'a:

"Interesujących jest kilka aspektów działania DMT. Szybkość rozpoczęcia jest całkiem niezwykła; niemal natychmiastowa po podaniu dożylnym. Niezwykłe jest również krótkie działanie; ludzie całkowicie wychodzą z upojenia w przeciągu 20 do 25 minut. Wielu ludzi w stanie DMT opisuje "inteligencję", która jest albo ledwie "wyczuwana" albo "czuta", a czasami faktycznie "widziana" oczami umysłu. Ludzie często na kilka minut tracą wgląd w swe uczestnictwo w badaniu dragowym, zapominając, w jaki sposób weszli w stan umysłowy, w którym się znaleźli tak gwałtownie w niego wkraczając."

Tak jak z jej blisko spokrewnioną strukturalnie psilocybiną (cząsteczki tych dwóch związków różnią się od siebie tylko kilkoma atomami), badani informowali, że doświadczenie DMT odczuwane było realniej niż normalna rzeczywistość. Istotnie, jest to przypuszczalnie ta nowa rzeczywistość doświadczana poprzez DMT, szczególnie jeżeli chodzi o spostrzegalny kontakt z "inteligentną Innością", co doprowadziło amazońskich szamanów do stosowania roślin zawierających DMT. Jak już zauważono, szamani konsekwentnie twierdzą, że ich mikstury zawierające DMT posyłają ich w bezpośrednią styczność z transcendentalnym wymiarem natchnionym intencjonalnością. Jeszcze bardziej intrygującym czyni to fakt, że Zachodni użytkownicy DMT opisują podobne doznania. Strassman wnioskuje, że:

"Wspólność doświadczenia opisywanego przez różne tradycje religijne sprawia, że jesteśmy ciekawi czy biologiczne cechy towarzyszące tym doświadczeniom również są podobne (i) ma to religijne/duchowe znaczenie."

Istotnie. Wyglądałoby więc na to, że chemia mózgu jest z całą pewnością związana ze świadomością. Obie są zmienne. I co więcej, tworzone mogą być pewne sfery świadomości, w których pojmowana jest pozornie zewnętrzna inteligencja. Jeśli kiedykolwiek istniało "trudne" podejście do duchowości, to jest to właśnie ono.

Mimo iż badania doświadczeń mistycznych i neurochemia mogą zdawać się frapującą nauką, faktem jest, że większość naukowców postępuje z wielką uwagą, gdy przychodzi wyjaśnić, w terminach naukowych, coś tak drogocennego i tak strzeżonego jak doświadczenie mistyczne. Ci, którzy przejawiają tendencje do nadzorowania obcowania z boskością, jak przywódcy religijni, szybko reagują gdy naukowcy usiłują zdegradować epifanię do neurochemicznych zdarzeń zachodzących w mózgu. Istotnie, przypomnijmy reakcję na konkluzje Walter'a Pahnke'go w latach 60 na Harwardzie. Wiele autorytetów religijnych poczuło, że nadeptuje się im na odcisk i dalsze finansowanie Pahnke'go zostało odrzucone. Mimo to, nauka ze swym rosnącym zainteresowaniem naturą ludzkiej świadomości jest pewnie wystarczająco dojrzała by podjąć kwestię, i okaże się, czego naukowość może nas nauczyć o możliwościach i niezwykłych zdolnościach ludzkiego mózgu/umysłu.

Ponownie śpieszę dodać, że nauka nie jest jedynym słusznym podejściem do badania odmienionych form świadomości. Jak wielokrotnie sugerowałem, opcją jest również bezpośrednie eksperymentowanie własne, stosownie do własnych terminów i na własne ryzyko. Pod koniec dnia konieczne są dane. Z danych możemy następnie wysnuć teorie. Jako że wszystkie doświadczenia enteogeniczne niosą dane, nie powinniśmy w pośpiechu odrzucać żadnego autoraportu, czy to zgarniętego od rdzennego szamana, czy oficjalnego obiektu badań, czy od badacza niezależnego (Internet na przykład, jest pełen autoraportów o działaniu enteogenów, z których większość relacjonuje aspekty duchowe).

Czy mózg rozpoznaje DMT?

Istnieje jeszcze jedno odkrycie Strassman'a, które okazało się prowokujące. Strassman odkrył, że ludzki mózg nie nabywa tolerancji na DMT. Zważywszy na to, że normalnie mózg nabywa tolerancję na substancje psychoaktywne (powtórne użycie oznacza potrzebę zastosowania większej ilości w celu uzyskania tego samego efektu), Strasman odkrył, że przy wielokrotnym podaniu DMT tolerancja nie powstaje. Sugeruje to, że DMT posiada jakąś funkcje w zwykłym mózgu - tj, że mózg rozpoznaje DMT i ciągle je eksploatuje zamiast wykształcać na nie tolerancję. Na razie ta domniemana funkcja endogenicznego (i nielegalnego) DMT pozostaje nieznana, mogłoby brać udział w procesie snu. Jest to hipoteza możliwa do obronienia, ponieważ wielokrotnie śnimy każdej nocy. Jeśli wybiórczo wyrzekniemy się tej części cyklu snu, w której śnimy - znanej jako faza REM - to będziemy mieć w następstwie więcej snów w późniejszym czasie (jest to znane jako efekt odbicia snu REM). Więc jeśli rzeczywiście istnieją substancje wywołujące sen, jak na przykład DMT, to mózg musiałby z konieczności nie wykształcać tolerancji na DMT, gdyż tolerancja mogłaby zahamować powstawanie snów. Chodzi również o to, że zarówno sny jak i wizje wywoływane DMT są dość podobnej natury. Chcąc nie chcąc oba są stanami, w których odczuwający przekonuje się, że całkowicie bierze w nich udział.

Jednakże, Strassman ma inne pomysły odnośnie domniemanej funkcji DMT:

"Może wpływa ono na doświadczenia bliskie śmierci, lub inne 'psychedeliczne' doznania, które są uzyskiwane bez dragów. Może uwalniane jest podczas śmierci i narodzin..."

A więc, są to z pewnością interesujące propozycje, którym Strassman odmawia dalszego rozwinięcia. Powracając do bardziej przyziemnych spekulacji, Strassman poznał również nowe zastosowanie kliniczne dla DMT. Przekonał się, że mógł co każde pół godziny podać DMT swoim obiektom badań, a po każdej sesji mógł z nimi przedyskutować ich doświadczenia. Przekonał się, że ich "opór psychologiczny" stopniowo malał w czasie tych sesji, wskazując że DMT ma potencjał terapeutyczny. Istotnie, jako że DMT aktywne jest jedynie przez 30 minut, to ma przewagę nad innymi lekami terapeutycznymi, których efekty trwają wiele dłużej, i wymagają pod tym względem większego nadzoru od terapeuty.

Więc co to wszystko oznacza?

Mimo że medyczne zastosowanie psychedelików wydaje się wystarczająco jasne, mniej jasne jest, gdy chodzi o to jak substancje te działają i jaki jest ich pełen zakres konsekwencji. Psychedeliki odmieniają przynajmniej świadomość w radykalny sposób, a w skrajności, co wielokrotnie widzieliśmy, substancje te mogą wywołać doświadczenie transcendentalne, w którym obcuje się ze swego rodzaju inteligencją. Istotnie, istnieje powszechne przekonanie wśród wielu dzisiejszych badaczy psychedelicznych, że właśnie pochodzenie religijnego impulsu ludzkości związane jest z odkryciem przez naszych przodków grzybów halucynogennych, pomysł, który jak sobie przypominacie, po raz pierwszy został przedstawiony przez Gordon'a Wasson'a. Profesor David Nichols, przewodniczący Instytutu Badawczego Heffter'a (Heffter Research Institute), przedstawia to w ten sposób:

"Można wyobrazić sobie wczesnego hominida przypadkowo zjadającego halucynogenny grzyb podczas poszukiwania jadalnych artykułów spożywczych. Wiedza o tych dragach była przekazywana pokoleniami i doprowadziła do stworzenia rytuałów wokół ich użycia. Mamy w Rig Vedach hymny napisane do Somy, lub starożytne Misteria Eleuzyjskie Grecji, są to jedynie dwa przykłady najwyższej wagi związane z tymi substancjami... W cokolwiek w tym względzie wierzymy, prostym faktem jest to, że stosowanie dragów psychedelicznych może gruntownie odmienić czyjeś zrozumienie i przekonanie o życiu i jego znaczeniu. Człowiek znajduje się na drodze starego jak świat dążenia do odnalezienia swego miejsca we Wszechświecie, a dragi te mogą być ważnymi narzędziami zarówno w zrozumieniu tego dążenia jak i w zdobyciu znaczenia nas, jako istot świadomych."

To czy te spekulacje o grzybach są właściwe nie jest kwestią główną. Główną kwestią jest pojęciowy paradygmat, który dostrzega naturalnie występujący środek psychedeliczny, umiejscowiony w jakiś sposób w sercu świętych, ludzkich tradycji. A jeśli wątpimy, że wspomniane wyżej tradycje sięgają tak daleko w przeszłość, by rozpatrywano je jako podsycacze religijnego impulsu, to wystarczy tylko spojrzeć na pewne malowidła skalne występujące w Tassili w Północnej Algierii. Datowane na rok 6000 przed Chrystusem (długo, długo przed meksykańskim stosowaniem grzybów psilocybinowych opisanym w rozdziale 2), te starożytne obrazy neolityczne ukazują mityczne istoty szamano podobne okryte w grzyby. Te motywy grzybowe są bardzo wyraźne. Dlatego wielu utrzymuje, że czczący Boginię ludzie, którzy zamieszkiwali Tassili i w końcu migrowali do innych części świata, stosowali lokalnie zebrane grzyby psilocybowe (takie jak duży gatunek Stropharia cubensis) i że psilocybina nacechowała ich wierzenia o Naturze i pomogła wykształcić wiele z tych aspektów ludzkiej świadomości (jak język, rytuał, sztuka, itp.), które czynią nasz gatunek tak wyjątkowym. Istotnie, psilocybina mogła być naturalnym katalizatorem środowiskowym, który zapoczątkował ludzką cywilizację i ludzką historię do bycia na pierwszym miejscu. W każdym razie, jej stosowanie w archaicznej przeszłości z pewnością wpłynęło na ludzkie postrzeganie i pojęcie.

Choć debata na temat prehistorycznego związku psilocybiny i jej efektów trwa, możemy zakończyć ten rozdział komentarzem Dr. Strassman'a. Komentarz dotyczy wartości badania doświadczenia enteogenicznego w pomocy nad zrozumieniem ludzkiej świadomości. Jeśli chodzi o mistyczne właściwości przypisane przez rdzennych ludzi, którzy stosują enteogeny, tak oto mówi:

"Naukowcy powinni traktować wszystkie twierdzenia o umyśle poważnie. Stany po DMT i psilocybinie ... są właściwie niematerialne. Nie są zależne od ciała poruszającego się w przestrzeni, lub wchodzącego w interakcję z innymi obiektami materialnymi. Tak więc są oknami w świadomość, które, choć mogą mieć strukturalne podstawy, są w gruncie rzeczy, raczej ruchem energii niż materii... Tak więc, przynajmniej wszelkie twierdzenia na temat świadomości ludzi nie pochodzących z zachodu (np. szamanów) mogą okazać się bardzo wartościowymi... dla spekulacji o działaniu umysłu. Dodatkowo, te "niepiśmienne" kultury są na pierwszym miejscu w tym jak dowiedzieliśmy się o DMT i psilocybinie."

Rozdział 5
Grzyby a synapsy

Teraz gdy zapoznałem czytelnika z pełnym spektrum doznania psilocybinowego (i jemu podobnych), nadszedł czas by skupić uwagę na fizycznym sposobie działania psilocybiny. Jeśli moglibyśmy uporać się z kwestią, w jaki sposób alkaloidy, takie jak psilocybina tworzą w ludzkiej psyche tak widowiskowe efekty, bylibyśmy o krok bliżej, od wstępnego zrozumienia natury świadomego, ludzkiego umysłu i podstawowych czynników kierujących przełączaniem z normalnej świadomości na mistyczne postrzeganie inteligentnej Inności.

W centrum naszych dociekań na tym etapie leży świadomość. Wszystkie ścieżki dochodzenia prowadzą bezpośrednio do niej. Psilocybinowa historia kultury zrelacjonowana w pierwszych kilku rozdziałach tej książki, powstała całkowicie w wyniku radykalnej zmiany świadomości w psychice Majów i Azteków, spowodowanej przez grzyb. Przed-LSD'owe wydarzenia na Harvardzie namnażane były podobnie przez naindukowane psilocybiną stany świadomości. W rzeczy samej, wydarzenia lat 60 wydarzyły się, po części dokładnie dlatego, gdyż pierwotnie dzięki grzybom, zaistniały nowe zakresy doświadczania świadomości. Wzrost drugiej fali badań psychodelicznych podobnie zaistniał ze względu na fascynującą naturę stanów świadomości inspirowanych enteogenicznie. Człowiek nie może uniknąć tajemnicy świadomości. Psilocybina rozświetla po prostu bezkresną naturę i mistyczny potencjał ludzkiego umysłu, więc żeby nie stało się tak, iż pozwolimy temu sprzyjającemu stanowi rzeczy nas ominąć.

Jak podkreślałem na samym początku tej książki, jeśli zainteresowani jesteśmy zrozumieniem fundamentalnej istoty procesu rzeczywistości, wtedy stawianie na świadomość ma sens, gdyż świadomość reprezentuje płaszczyznę, która łączy nas ze światem zewnętrznym. Jeśli zrozumiemy czym jest świadomość, wtedy może zrozumiemy również, jak świadomość może być przekształcana i czy rzeczywiście, przekształcanie takie dostarcza rzetelnego wglądu w subtelną naturę Natury. Do pochwycenia jest nic ponad rzeczywistość.

W kolejnych rozdziałach, mam nadzieję rozwinąć nową, nietechniczną i przyjazną dla użytkownika strukturę teoretyczną, przy pomocy której możemy tłumaczyć świadomość, i w której właściwie, umieścić możemy doświadczenie enteogeniczne. Ta pojęciowa struktura wywodzi się zasadniczo od uzasadnionego twierdzenia Aldous'a Huxley'a, że doświadczenie psychodeliczne powstaje w wyniku napływu informacji normalnie dla nas nie dostępnych - dlatego "drzwi percepcji" zostały "otwarte" po spożyciu substancji takich jak - w przypadku Huxley'a - meskalina. Co ewentualnie mam nadzieję wykazać, to że świadomość sama w sobie jest formą informacji; materia fizyczna również może być opisana w terminach informacji; rzeczywistość polega na przepływie ewolucyjnym samoorganizujących się informacji, z ludzką świadomością, zajmującą znaczącą rolę funkcjonalną w całym tym procesie.

Jednakże, zanim zbadamy ekscytujące spostrzeżenia, które taki informacyjny model rzeczywistości dostarcza, musimy zacząć od początku, to jest, musimy bliżej przyjrzeć się ważnemu oczywiście, fizycznemu związkowi między psilocybiną i ludzkim mózgiem. Może to brzmieć raczej odstraszająco, lecz spójrzmy prawdzie w oczy, gruntowne zmierzenie się z Naturą, celem ustalenia znaczenia życia, świadomości i wszystkiego, co naprawdę ma znaczenie, nigdy nie było bułką z masłem. Choć zapewniam, że jest to dogłębnie fascynujący kawałek pieczywa.

Wprowadzenie: Neuromancja z Neuronauką

Przy jakichkolwiek poważnych próbach wyjaśniania procesów mózgowych leżących u podstaw efektów psychologicznych zjawisk enteogenicznych, trzeba wykorzystywać jakiekolwiek użyteczne dane naukowe, które się ma pod ręką. W naszym przypadku oznacza to dane neuropsychologiczne, które stały się znacznie dostępniejsze od epoki lat 50, gdy Huxley napisał "Drzwi Percepcji".

Neuropsychologia jest współczesną dyscypliną naukową bazującą na badaniach systemu nerwowego, stanowiącego kompletną sieć komórek nerwowych ciała. Te komórki nerwowe, zwane formalnie neuronami, pozwalają nam odczuwać, przekazywać, i przetwarzać informacje. Podczas gdy pozostałe komórki w ciele zaprojektowane są powiedzmy, do formowania tkanek i organów, neurony istnieją wyłącznie do przenoszenia informacji w postaci dyskretnych sygnałów lub impulsów. Możemy widzieć, dotykać, wąchać, słyszeć, smakować, czuć i myśleć, ponieważ posiadamy ogromną sieć tych neuronów, które nieustannie się między sobą komunikują i przetwarzają informacje zarówno o zewnętrznym stanie świata jak i wewnętrznym stanie ciała.

Dla neuropsychologów szczególnie interesujące jest dokładne badanie mózgu (jeden ze składników systemu nerwowego) i sposobu, w jaki funkcjonują poszczególne neurony mózgu w celu wytworzenia myślenia i zachowania. Jako że substancje psychoaktywne znane są z oddziaływania na sposób, w jaki neurony przetwarzają informacje, neuropsychologia zrobiła postępy w zrozumieniu chemii mózgu i faktycznego sposobu działania substancji psychoaktywnych. Tak oto wiemy już teraz w jaki sposób, popularne substancje psychoaktywne, takie jak herbata, kawa, nikotyna i alkohol oddziałują na architekturę neuronową mózgu, powodując pożądane efekty psychologiczne stymulacji bądź otępienia.

Jednakże badanie substancji psychoaktywnych dalekie jest od bycia kluczowym obszarem badań neuropsychologii. Prawdopodobnie największe znaczenie ma badanie efektów traumy mózgu, stanu, w którym wiadomo, że uszkodzone są określone części mózgu. Krótkie spojrzenie na przesłanki, kierujące tego rodzaju badaniami pokazuje, że do zjawiska doświadczenia enteogenicznego możemy podejść w ten sam, teoretyczny sposób.

Dla przykładu, pacjenci kliniczni z guzami mózgu wraz z odpowiedzialnymi niewydolnościami psychologicznymi budzą - pomijając ich nieszczęście - duże zainteresowanie neuropsychologów, ze względu na związek przyczynowy, pomiędzy obszarem guza a częściowym zaburzeniem psychologicznym. Równie prawdziwe są uszkodzenia mózgów ofiar wypadków, w przypadku których lokalizowane zniszczenia niezmiennie odpowiadają zaburzeniom psychologicznym określonego rodzaju.

Jako przykład, uszkodzenie obszaru mózgu znanego jako obszar Broca prowadzi często do problemów językowych związanych z tworzeniem mowy. Tego rodzaju pacjenci nie będą mieli trudności w rozumieniu języka, lecz będą mieli zauważalną trudność w formułowaniu mowy, nawet do tego stopnia, jakby byli niemi. Interesującym jest, że uszkodzenie określonego obszaru mózgu fizycznego powiązane jest z określonym zakłóceniem psychicznym. Gdy neuropsycholog zbierze obfitą ilość takich przykładów, funkcje psychologiczne, takie jak język, (który często dotknięty jest po urazie mózgu) mogą być podzielone na różne podsystemy lub "moduły", działające w różnych obszarach mózgu, z których każdy może być sparaliżowany w sposób zróżnicowany.

Rezultatem tego metodologicznego przedsięwzięcia jest fakt, że nauka może teraz spekulować nad normalną funkcją mózgu, i może łączyć zlokalizowane mechanizmy mózgu fizycznego z aspektami umysłu. Jest to zdecydowane osiągnięcie, wynikające bezpośrednio z aktualnej "lokalizacji" paradygmatu, determinującego główną część neuropsychologii. Dlatego nie jest niezwykłe natrafianie w publikacjach na "mapowanie" ludzkiego mózgu, gdyż różne obszary powiązane są z różnymi funkcjami psychologicznymi.

Mając to na uwadze, staje się jasne, że doświadczenie enteogeniczne powinniśmy być w stanie przybliżyć, w miarę w ten sam sposób. Znaczy się, obserwując specyficzne zmiany w świadomości powstające w wyniku obecności konkretnych, niezwykłych substancji w mózgu, powinniśmy być w stanie wysnuć teorię jak powstaje normalna świadomość. Innymi słowy, jeśli możemy analizować nieprawidłowe funkcjonowanie mowy, a następnie spekulować jak działa system mowy u ludzi normalnych, tak samo możemy analizować odmienne stany świadomości a następnie spekulować o naturze świadomości normalnej. W każdym razie, badając zmiany chemiczne związane ze zmianami w świadomości, powinniśmy definitywnie osiągnąć pewne zrozumienie natury substancji umysłowej i sposobów, w jakie można ją ulepszać przy pomocy chemii. Przynajmniej na pierwszy rzut oka, ten obszar badań zapowiada bogactwo użytecznych danych psychologicznych przyczyniających się do zrozumienia umysłu.

Mimo takiego rozumowania, nauka, co powinno być od teraz jasno zrozumiałe, zajmuje się wszystkim, lecz niefortunnie odgrodzona została od badań psychodelicznych począwszy od lat 60, kiedy to psychodeliki stały się nielegalne. Lecz mimo to, o doświadczeniach psychodelicznych powstało wystarczająco dużo informacji, by dzięki nim można było skonstruować łatwą w obsłudze teorię świadomości. Większość tych informacji przedstawiłem w poprzednich rozdziałach, w szczególności, informacji o fundamentalnym rodzaju ogólnoświatowej zmiany w świadomości, spowodowanej przez psilocybinę. Jeśli dodamy do tego istotną informację dotyczącą fizycznych szczegółów psilocybiny, będziemy w stanie połączyć dwa powyższe i otrzymamy swego rodzaju wniosek teoretyczny o naturze świadomości. Niezależnie od jakichkolwiek kwestii prawnych, ten sposób dociekania zdaje się być najbardziej owocnym. W rzeczy samej stosownym jest raczej, że zagadkowe zjawisko, jakim jest świadomość wymaga tak radykalnych środków, przy pomocy których rozwiera się jego naturę.

Wprowadzenie do mózgu neuronowego

Jak wspomniano mózg składa się z oddzielnych komórek nerwowych lub neuronów przetwarzających informacje. Szacuje się, że ludzki mózg zawiera ich około 13 miliardów. Jest to astronomiczna ilość, porównywalna z zawrotną liczbą gwiazd w naszej galaktyce. Jest to również dwa razy więcej niż ilość ludzi żyjących na Ziemi. Te 13 miliardów neuronów jest podstawowym "okablowaniem" mózgu, które zmasowane z innymi komórkami, zapewniającymi wsparcie i energię, tworzą szarą, gąbczastą materię spoczywającą w naszych czaszkach.

Mimo że dowody są nieodparte, ciągle niezwykłym wydaje się, że ta ogromna, połączona wewnętrznie, wilgotna super bryła, owsianko podobnej substancji nerwowej, związana jest z wyszukanymi właściwościami ludzkiego umysłu. Mimo iż można mieć zastrzeżenia, co do związku między mokrą, miękką kluchą a świadomością, związek jest bezdyskusyjny. Nadszarpnięcie czyimś mózgiem poprzez silne przyłożenie w głowę lub przez uraz podobny, powoduje, że jego świadomość podobnie staje się nadszarpnięta. Albo, elektryczne stymulowanie mózgu pacjenta przechodzącego operację mózgu, znajdującego się jedynie pod wpływem znieczulenia miejscowego i okazuje się, że elektryczna stymulacja wywołuje określone doznania. No i oczywiście pewne chemiczne substancje wprowadzane do mózgu, służące do zmieniania świadomości.

Stąd niezwykle oczywistym jest, że ludzki umysł, ze wszystkimi towarzyszącymi mu przekonaniami, ideami, nerwicami, lękami, nadziejami, celami i dążeniami, silnie związany jest z tą szpetną, wilgotną bryłą mózgu. W rzeczy samej, to co wyróżnia Homo sapiens od, powiedzmy, naszych naczelnych kuzynów, jest sam rozmiar naszych mózgów i umiejętności intelektualnych, które zapewnia nam tak względnie duży mózg; umiejętności jak samoświadomość, język, złożone zachowania społeczne, dalekowzroczność, rozwiązywanie problemów, metafizyczna zaduma i tak dalej. Jesteśmy czym jesteśmy, z racji naszych wyewoluowanych mózgów, zjawisko ludzkiej świadomości został zdeterminowany przez ten mózgowo pomyślnie ewolucyjny obrót wydarzeń.

Tak więc, czym dokładnie jest neuron i w jaki sposób bierze udział nie tylko w czytaniu tego tekstu, lecz również w doznaniu psilocybinowym? Co dokładnie robią te miliardy jednostek?

Naturalny kształt neuronów

Pod względem konstrukcyjnym neuron posiada cztery główne elementy; dendryty, somę (bez związku z somą Wasson'a!) lub ciało komórkowe, akson i włókniste zakończenia. Może brzmieć to nieco skomplikowanie, lecz podstawowe zasady z tym związane są z łatwością zrozumiałe i są niezbędną wiedzą dla każdego zainteresowanego tym jak jego mózg go tworzy.

Wyobraź sobie duże drzewo zawieszone w powietrzu. Drzewo to posiada gęstą sieć korzeni, które doczepione są do cebulkowego, dolnego pnia. Powyżej tego grubego, dolnego pnia znajduje się długi, cienki pień górny, kończący się strzępiastą siecią gałęzi. W tej malowniczej analogii neuronu, (która będzie warta wzięcia pod uwagę, gdy dojdziemy do dyskusji, w której będziemy próbowali wyobrazić sobie podróż psilocybiny po mózgu) korzenie drzewa są dendrytami, dolny, cebulkowy pień to soma, górny długi pień to akson, a najwyższe gałęzie to zakończenia włókniste. Jest to podstawowa konstrukcja klasycznego neuronu z jego czterema odrębnymi komponentami i wszystkie z 13 miliardów neuronów mózgowych są zbudowane zasadniczo w ten właśnie sposób.

Dendryty są strukturą korzeniową neuronu służącą do odbioru informacji w formie sygnałów/impulsów od innych neuronów. Analogicznie, system korzeniowy zawieszonego drzewa odbiera sygnały od gałęzi (odgałęzień) innych drzew, zawieszonych pod nim. Te sygnały neuronowe przechodzą do somy (dolny pień), gdzie są scalane. Pojedynczy wynik tego scalenia jest następnie przekazywany do aksonu (górny pień), który z kolei przekazuje informację do włóknistych zakończeń (gałęzie).

Możemy już dostrzec, że neurony przekazują impulsy informacyjne w wyraźnie określony, uporządkowany sposób, jest to przebieg sygnałów informacyjnych lub przepływ przez strukturę nerwową w jednym tylko kierunku. Lecz czym dokładnie są te sygnały? Jaki rodzaj informacji wytwarza ten drzewopodobny proces neuronowy?

Jako że neurony są tkanką żywą, działają robiąc użytek ze swej przyrodzonej właściwości elektrochemicznej, co oznacza, że ich szczególna, chemiczna struktura molekularna, pozwala na generowanie potencjałów elektrycznych. Neurony zostały skonstruowane przez Naturę w ten sposób, że mogą albo odpalać albo nie odpalać, w zależności od napływu sygnałów z innych neuronów. Odpalanie oznacza tu, że neuron odsyła impuls elektrochemiczny (szybko przemieszczająca się fala wzbudzenia elektrycznego) w dół swego aksonu, do swych włóknistych zakończeń, w którym to momencie impuls może zostać przekazany do innych neuronów.

Taki jest więc rodzaj informacji przetwarzanej przez neurony. Informacja, którą niosą jest reprezentowana w postaci aktywności elektrochemicznej neuronu - jest to stan albo odpalenia albo nie odpalenia - przekazywania impulsów elektrochemicznych do innych neuronów, albo nie przekazywania. Neuron jest raczej jak element bitowy wewnątrz komputera, który jest urządzeniem dwójkowym przechowującym informację na zasadzie bycia włączonym (on) albo wyłączonym (off), aktywny bądź nieaktywny. Tak więc, neurony zdaje się funkcjonują cyfrowo.

Neurony mogą albo odpalać albo nie odpalać, nie mogą odpalić w połowie. Nie ma miejsca na wątpliwość lub niezdecydowanie, tylko logicznie zdeterminowane, dyskretne (nieciągłe) odpalenie lub nie odpalenie sygnału, w zależności od tego, co w jego sąsiedztwie robią inne neurony. Zadaniem somy jest scalenie wszystkich sygnałów napływających z jej dendrytów (sygnałów pochodzących od innych neuronów) w ten sposób, by jeden, kolejny impuls, dostarczyć do swego aksonu - lub nie dostarczyć, gdyż tak też może być. Dlatego w tym momencie istotnym staje się pojęcie progu. Dla uproszczenia, jeśli soma otrzyma od innych neuronów pewną ilość impulsów, próg odpalenia zostanie osiągnięty i impuls zostanie przekazany do aksonu. I odwrotnie, jeśli wymagany próg nie zostanie osiągnięty do aksonu nie zostanie wysłany impuls.

Nie rozluźniaj się jeszcze, gdyż mamy do rozpatrzenia jeszcze jeden ważny fakt. Neurony mogą być pobudzeniowe i hamujące. Jeśli neuron jest pobudzeniowy to, gdy odpala, jak sugeruje jego nazwa, jego impuls będzie wywoływał wzbudzenie w innych neuronach, z którymi jest połączony. Innymi słowy jego impuls zwiększy szanse na to, by kolejny znajdujący się w obwodzie neuron również odpalił. Z kolei neurony hamujące odpalają wtedy, gdy trzeba zmniejszyć szanse na odpalenie kolejnego neuronu znajdującego się w obwodzie.

Wykorzystując jeszcze raz analogię zawieszonego drzewa, wyobraź sobie, że korzenie otrzymują 100 impulsów od pobliskich gałęzi drzew poniżej. Większość z tych impulsów, załóżmy, jest hamująca - co oznacza, że właściwy im przekaz dostarczany do drzewa brzmi "nie odpalaj impulsu". Dlatego po przetworzeniu tych sygnałów lub scaleniu ich przez dolny pień drzewa, do pnia górnego i gałęzi nie zostanie przekazany impuls wynikowy, w związku z czym, do kolejnych drzew powyżej, sygnał również nie zostanie przekazany.

I oto mamy niezbędne cechy neuronowej maszyny mózgowej w wysokiej klasy łupinie orzecha. Informacja przesyłana i przetwarzana jest przez mózg poprzez zbiorowe odpalanie wzorców miliardów neuronów. Tak jak niezliczona ilość bitowych elementów on-off komputera, niewiarygodnie wielkie systemy neuronów, zdolne są realizować przeróżne procesy i procedury obliczeniowe, mimo że, jak w przypadku mózgu, jego pojemność do obliczeń i dosłownego myślenia daleko przewyższa pojemność jakiegokolwiek obecnie istniejącego komputera. Wyobrażenie sobie obdarzonego czuciem komputera w rodzaju HAL w 2001, który martwi się by nie zostać wyłączonym jest, prawdopodobnie, nadmiernie pobożnym życzeniem. Chociaż komputery mogą być dobre w obliczeniach numerycznych i innych, wyraźnie określonych operacjach logicznych, sromotnie zawodzą, gdy przychodzi do zrealizowania rodzaj myślenia, które my wykonujemy przez cały czas, jak choćby naprawdę zajmujące przechodzenie przez jezdnię z jednoczesnym kontemplowaniem Shakespear'owskiej metafory. Może gdyby komputery urodziły się w komputerowym społeczeństwie, miały możliwość stworzenia misternie szczegółowych modeli rzeczywistości, i miały możliwość ustawicznego przeprogramowywania samych siebie, może mogłyby w końcu wejść w posiadanie cech świadomych. To co częściowo określa ludzką świadomość i ludzkie ja to rozległa sieć stadnych i społecznych relacji, które rzutują na nas złożone, wewnętrzne modele rzeczywistości, którą budujemy i przechowujemy, oraz nieustanne, podejmowane przez nas procesy uczenia się (przyznaję że Internet mógłby w końcu uzyskać swego rodzaju inteligencję/wrażliwość, mając na uwadze jego globalną dołączalność).

Rozważając zorganizowaną aktywność neuronową ludzkiego mózgu, musimy poważnie usiłować docenić ogrom systemu i różnorodność wzorców odpalania impulsu, która potencjalnie może uosobić cały system. Znajdują się tam nie tylko miliardy dyskretnie odpalających urządzeń neuronowych, których wzajemna przyłączeniowość opiera się prawie wyliczeniu. Oszacowano, że każdy pojedynczy neuron może potencjalnie przekazać do innych neuronów aż 10000 impulsów, a od innych neuronów otrzymać aż 50000 potencjalnych impulsów. Dlatego w naszej analogii drzewa, każde drzewo może otrzymać, scalić, i przekazać impulsy do, i z nieprzebranej ilości lasów innych drzew.

Bazując na powyższych szacunkach wykalkulowano, że magazynowa pojemność informacyjna mózgu, porównywalna jest do zawartości wszystkich książek kiedykolwiek napisanych. To ta zadziwiająca pojemność do przetwarzania i przechowywania informacji, czyni ludzki umysł tak bogatym i tak złożonym, na jaki wygląda. Bez tych mózgowych umiejętności do nieustannego kanałowania i organizowania miliardów bitów informacji, świadoma psychika człowieka, którą znamy mogłaby nie zaistnieć.

To bogactwo neuronowej złożoności, którą wszyscy nosimy w naszych "dużych" głowach jest, krótko mówiąc oszałamiające. W każdej pojedynczej chwili, cała sieć może być zasadniczo w nieskończonej ilości stanów odpalania, a gdzieś pośród tej informacyjnej złożoności, leży nasza świadomość - to kim i czym jesteśmy. Nim zaczniemy rozmyślać nad tą nad wyraz frapującą tajemnicą, mamy jeszcze trochę istotnych danych do rozważenia. Zgodnie z dotychczas przedstawionym zarysem neuronów, można by sądzić, że kontaktują się ze sobą bezpośrednio. Można by przypuszczać, że zakończenia włókniste neuronów przekazują swoje impulsy odpaleniowe bezpośrednio do dendrytów innych neuronów. Z drzewnej analogii można wywnioskować, że końcówki gałęzi jednego drzewa dotykają korzeni pozostałych drzew. Jednakże nie tak to wygląda. Co więcej, faktyczny mechanizm w jaki neurony retransmitują do siebie swe propagowane elektrochemicznie informacje jest właśnie tym miejscem, w którym uważa się, iż oddziałują substancje psychoaktywne, takie jak psilocybina lub twa poranna filiżanka wzbogaconej w kofeinę kawy. Dokładniej rzecz biorąc tam gdzie to wszystko zachodzi są synapsy.

Fantastyczna podróż do synapsy

Synapsa jest połączeniem między dwoma neuronami, miejscem w którym się komunikują, i jest zapewne najbardziej interesującą cechą aktywności nerwowej, gdyż funkcjonuje na substancjach chemicznych przypominających środki psychoaktywne. Faktycznie, jak pokrótce zauważyliśmy, wszystkie z najpotężniejszych substancji psychoaktywnych, działają poprzez imitowanie chemicznych substancji własnych mózgu, oddziałujących w połączeniach synaptycznych.

Substancje chemiczne wykorzystywane w synapsie neuronu zwane są neurotransmiterami gdyż są chemicznymi pośrednikami umożliwiającymi neuronom przekazywanie sobie impulsów elektrochemicznych. Neurony zamiast zlewać się bezpośrednio ze sobą, wyposażone są w przestrzeń interweniującą, znajdującą się między nimi - szczelina synaptyczna - przez którą impulsy muszą być przekazane, jeśli ich zawartość informacyjna jest do przekazania. Ta przestrzeń synaptyczna jest tak mała, że dostrzeżona może być wyłącznie przy pomocy mikroskopu elektronowego. Jednak mimo swego mikroskopijnego rozmiaru, w szczelinie synaptycznej może, i występuje, niesamowita aktywność chemiczna, tak że w rzeczywistości ta mikroskopijna przestrzeń jest w większości zapracowaną rozpadliną molekularną.

Zasadniczo, gdy impuls elektrochemiczny osiąga synapsy w końcowych regionach zakończeń włóknistych neuronu (koniuszki gałęzi w naszej drzewnej analogii), powoduje uwolnienie do szczeliny synaptycznej substancji neuroprzekaźnikowej. Jak tylko substancja ta zaleje tą przestrzeń interweniującą, niektóre z jej molekuł przyłączają się do specjalnych receptorów na powierzchni dendrytów neuronu odbierającego. Po wystąpieniu przyłączenia, w neuronie tym odtwarzany jest impuls pierwotny, przekazywany następnie w stronę kolejnych neuronów.

W celu pełnego docenienia zakresu, skali i zawiłości synaptycznej transmisji informacji, pozwólcie że przedstawię kolejną barwną analogię. Zamiast synapsy dendrytu/zakończenia włóknistego, wyobraź sobie dwa tunele kolejowe, które nie łączą się, lecz posiadają przestrzeń interweniującą, powiedzmy, 10 metrów między ich końcami. Co więcej, pomyśl że prędkość pociągu przemierzającego jeden z tuneli wynosi 100 mil na godzinę. Porównywalne jest to do dużej prędkości z jaką porusza się impuls wzdłuż neuronu. Nie zakłócany problemami trakcji, ten "Międzymiastowy Elektrochemiczny Impuls Expresowy" osiąga koniec tunelu i zgodnie z planem rozbija się na specjalnie skonstruowanych ochraniaczach. Spektakularne uderzenie we wspomniane ochraniacze wywołuje grupę eksplozji strategicznie porozmieszczanych kanistrów z benzyną, co rozprasza ich gazową zawartość do przestrzeni między dwoma tunelami. Gazy natychmiast rozprzestrzeniają się w przestrzeni i wywołują reakcję oddziałującą na nieruchomy pociąg znajdujący się na początku drugiego tunelu. Jak tylko molekuły gazu osiągną ten następny pociąg, następuje czysta reakcja w wyniku której zaryczy silnik i pociąg wymiata z tą samą prędkością co pociąg pierwszy. W tym samym czasie molekuły gazu są natychmiast wymywane ("uprzątane") z przestrzeni (po czym korzystnie odzyskiwane) tak by nie przyczyniały się do tego, by podmieniony pociągu (który magicznie pojawia się prawie natychmiast i zastępuje ten, który właśnie odjechał) również nie wystartował. Pierwotny pociąg w pierwszym tunelu również został usunięty w celu umożliwienia kolejnemu wystartowania w razie potrzeby.

Choć wyszukana, analogia ta jest mimo to stosunkowo prostym przedstawieniem, ujmującym zasady przekazywania informacji, występujące w pojedynczej synapsie. Mimo że ktoś może argumentować, iż pędzący pociąg jest rzeczą fizyczną a impuls elektrochemiczny ściśle rzeczą fizyczną nie jest, najważniejszą cechą jest aktywność systemu i stan informacyjny, występujący w każdej dowolnej chwili. Równie dobrze moglibyśmy wyobrazić sobie pędzące pasma światła fluorescencyjnego lub nawet pędzący wir wzburzonego powietrza poruszającego się przez tunele; nie ma to znaczenia. Co naprawdę ma znaczenie, to stan informacyjny składników systemu - to jest ich wzajemne stosunki między sobą. W rzeczywistej synapsie neuronu, te istotne relacje, określone są przez chemiczną organizację całego systemu, to znaczy, gdzie i co wpływa na to, że różne neuroprzekaźniki oddziałują na różne partie synapsy.

Jeśli działanie synapsy zaczyna wyglądać absurdalnie skomplikowanie (jakby Natura nie mogła być aż tak sprytna w swych ewolucyjnych manipulacjach), powinniśmy również mieć na uwadze, że przedstawiona powyżej transmisja synaptyczna impulsu trwa nie więcej niż 100 mikrosekund. W tym szokująco krótkim wycinku czasu kilka dziesiątek tysięcy molekuł neuroprzekaźnikowych, uwalniane jest z włóknistych zakończeń neuronu, rozpraszane w szczelinie synaptycznej, dołączane do specjalnych receptorów na dendrycie kolejnego neuronu, przyczyniając się (lub nie) do wygenerowania impulsu elektrochemicznego, i ostatecznie pochłonięte przez pierwszy neuron i przetworzone do ponownego wykorzystania. Wszystko w 100 milionowych częściach sekundy! Naprawdę w głowie się mąci na myśl o samych tych procesach, leżących u podstaw właśnie tego myślenia!

Pomimo robiących wrażenie zawiłości systemu nerwowego, umyślnie zignorowałem wiele innych cech neuronowej transmisji informacji. Na przykład to, że impuls elektrochemiczny, śmigający poprzez neuron, sam w sobie nabity jest chemiczną złożonością. Odkryliśmy w aksonie szokująco wyrafinowane dystrybutory chemiczne, potasowe i sodowe, odkryliśmy rozległe masy naładowanych cząsteczek lub jonów będących stale wpompowywanych i wypompowywanych z aksonu poprzez specjalne kanały membranowe, tak by wytwarzał się prąd elektryczny, i w końcu byliśmy świadkami wyżej wspomnianych, tworzących się fal aktywności elektrycznej przelatującej wzdłuż aksonu do zakończeń włóknistych a następnie do synaps. To tyle co można powiedzieć, nawet zaczynając dopiero doceniać tysiącletnią pracę sił środowiskowych w kształtowaniu ewolucji mózgu ssaków.

Generalnie, największym błędem pojęciowym w naszym zrozumieniu pracy neuronów jest ten wyraźny brak uznania dla ich względnej wielkości i szybkości przetwarzania, nieszczęsny fakt, który w bólach tu sprostowuję. Nasze sposoby dociekań są takie, iż zamierzamy prześlizgnąć się po złożoności. Prawda, nie musimy się dziwić, zachwycać, i siadać z wrażenia, zdumieni zjawiskiem neuronowym, mimo to nie robienie tego (przynajmniej dziwienie się) jest zdradą najsubtelniejszych owoców procesu ewolucji.

Tak więc, mimo że potrafimy zbadać pojedyncze neurony i ustalić mechanizm, dzięki któremu przenoszą informację i mimo iż potrafimy rozpoznać rolę substancji neuroprzekaźnikowych w rozprzestrzeniających się sygnałach nerwowych od neuronu do neuronu poprzez synapsę, tradycyjne metody naukowe zdają się kompletnie zawodzić w pełnym wyrażeniu, w odczuciu psychicznym, ogromnej złożoności organizacyjnej, zaangażowanej w system nerwowy jako całość.

Podręczniki, dla jasności, opisują pojedyncze neurony (jak i ja) i pojedyncze synapsy w dość chłodny i uproszczony sposób. Wydaje się, iż nigdy nie kładziono nacisku na istotę zmian elektrochemicznych zasuwających w świadomym mózgu. Dosłownie miliardy skoordynowanych i istotnych wydarzeń molekularnych występują w dosłownie miliardach dyskretnych położeń w każdej chwili, praktycznie non-stop i jakoś tak ze sobą zintegrowanych, że uporządkowanie to odnosi skutek. Jest to naprawdę znacząca, szalenie zajmująca informacja.

Jeśli więc tę nerwową aktywność próbujemy pożenić z aktywnością psychiczną (np. świadomością), znaczy się, jeśli próbujemy wypełnić lukę pojęciową między umysłem a rzeczywistością fizyczną, musimy docenić związane z tym zawiłości organizacyjne. Jeśli jedynie prześlizgniemy się nad bezmiarem tych procesów, utracimy swego rodzaju intuicyjne poczucie całego systemu.

Kontekst i wzorce neuronowe

Powracamy do pojęcia zorganizowanych wzorców neuronowych odpalania, które staje się użyteczne, gdy zaczniemy zastanawiać się nad sposobem, w jaki mózg musi pracować w sytuacjach dnia codziennego. Jeśli weźmiemy jakąś ważną funkcję psychologiczną, powiedzmy, rozpoznawanie twarzy, możemy zauważyć, że konkretny wzorzec odpalania neuronowego, wywoływany przez impulsy nerwowe emitowane z systemu wzrokowego, w czasie patrzenia na twarz, będzie dla każdej konkretnej twarzy, niepowtarzalny. Innymi słowy, każda twarz, którą postrzegamy będzie generowała w naszym mózgu wyjątkowy wzorzec odpalania neuronowego - neuronowy podpis twarzy. Co więcej, neuronowe przetwarzanie twarzy zdaje się zachodzić w specyficznym obszarze mózgu, który może być wybiórczo uszkodzony powodując prozopagnozję, zaburzenie psychologiczne, w którym cierpiące na nie osoby, nie potrafią rozpoznawać twarzy, nawet tych należących do członków najbliższej rodziny.

Głosy różnych ludzi podobnie rozpoznajemy dzięki faktowi, że każdy głos wywołuje odrębny wzorzec odpalania neuronowego prowadzący od zmysłów słuchu do wnętrza mózgu. Ten wzorzec informacji osiągnie ostatecznie część mózgu, w której informacja akustyczna jest analizowana i rozpoznawana. To samo dotyczy różnych smaków. Każdy rodzaj spożywanego przez nas jedzenia lub picia powoduje, że generowane są różne wzorce impulsów nerwowych, które ostatecznie trafiają do części mózgu zajmującej się rozpoznawaniem smaków.

W każdym z tych przypadków, wzorzec neuronowy wytwarzany w wyniku odbierania konkretnej twarzy, głosu, lub smaku będzie na niektórych etapach potrzebował być porównany z innymi możliwymi wzorcami neuronowymi w celu dostarczenia konkretnego sensu i znaczenia. Dlatego różne systemy przetwarzania w mózgu muszą działać, po części, by zapewnić kontekst zachodzącym wzorcom neuronowym. Bez tego efektu kontekstowego, wzorce neuronowe nie byłyby w stanie dostarczyć właściwej sobie treści informacyjnej. Tak więc, w zrozumieniu, w jaki sposób aktywność neuronowa i wzorce odpalania neuronowego mogą się skonkretyzować, decydującą staje się pojemność mózgu, potrzebna do dostarczania dokładnego kontekstu dla zachodzących wzorców neuronowych.

Berkley'owski profesor psychologii Bernard J.Baars odnotował znaczenie efektów kontekstowych w nadawaniu znaczenia zachodzącym wzorcom neuronowym. Napisał:

"Informacja o świecie, którą zdobywamy jest w zasadzie lokalnie niejednoznaczna, mimo to doświadczamy zazwyczaj stabilnego, spójnego świata. Wskazuje to, że zanim sygnał wejściowy stanie się świadomy, wzajemnie oddziałuje z licznymi, nieświadomymi wpływami kontekstowymi celem wyprodukowania pojedynczego, spójnego, doświadczenia świadomego. Świadomość i kontekst są kwestiami bliźniaczymi, w naturze rzeczy nieodłącznymi."

Mimo że szczegółowe przyjrzenie się wszystkim zawiłościom wzorców odpalania neuronowego leży poza zakresem tej książki, na razie wystarczy jak zrozumiemy niezbędne zasady, które przy mózgowym przetwarzaniu informacji są przypuszczalnie zawiłe. Zorganizowane wzorce neuronowe powstają w wyniku, powiedzmy, widzialnych bodźców zewnętrznych, zawierających bogactwo utajonej informacji o bodźcu, za czym można powiedzieć, że wzorce neuronowe są reprezentacjami tych bodźców. Następnie informacja utajona w reprezentacjach neuronowych zostaje "odczytana" gdy wzorce neuronowe zostaną przetworzone kontekstowo. Mózg poprzez dostarczanie kontekstu do neuronowych reprezentacji, ma dostęp do tkwiącego w ich istocie znaczenia.

Jeden z popularnych obecnie neurofilozofów podszedł do zrozumienia stanów mentalnych jak do funkcjonalizmu, który, mimo swej ponurej nazwy, ukazuje ważną rolę kontekstu w świadomych procesach mózgu. Zasadniczo funkcjonalizm ujmuje stany odpalania mózgu jak odgrywanie ról czynnościowych w gospodarce lub jako język potencjalnych stanów odpalania, co jest kolejnym sposobem opisania rodzaju efektów kontekstowych opisanych powyżej. Jakikolwiek neuronowy stan odpalania mózgu otrzymuje swój sens i znaczenie zgodnie z rolą czynnościową, którą odgrywa w obrębie języka stanów potencjalnych. Wszystkie potencjalne stany są ze sobą powiązane (tak jak wszystkie słowa w języku angielskim są powiązane ze sobą) i jest to sieć relacji (podtrzymywana w obrębie nieświadomych systemów mózgu, takich jak system pamięci), która działa jak kontekst.

Mamy teraz przynajmniej wstępne rozeznanie podstawowego sposobu, w jaki działa mózg neuronowy. Wzorce odpalania neuronowego uosabiają informację i znaczenie, które jest odczytywane, lub do którego dostęp ma mózg, poprzez językopodobne efekty kontekstowe/relacyjne. Świadome doświadczenie zdaje się być intymnie zaabsorbowane gdzieś wewnątrz tego systemu przetwarzającego informację gdyż jest to świadomość, która doszła do doświadczenia sensu. Widzimy twarze i wiemy kim są. Widzimy obrazy i widzimy co znaczą. Słyszymy dźwięki i wiemy co oznaczają. Stąd poparcie, iż świadomość znajduje się wewnątrz neuronowego przetwarzania informacji, i wygląda na to, że świadomość sama w sobie jest formą informacji, pojawiającą się na wyższym poziomie systemu neuronowego.

Mając na uwadze powyższe spekulacje przyjrzyjmy się sposobowi, w jaki substancje psychoaktywne oddziałują na neurony, synapsy, i oczywiście, świadomość. To jest tam, gdzie jak widać procesy fizyczne mogą być połączone bezpośrednio ze zmienianiem świadomości, obszar analizy obfitujący w gruntowne konsekwencje, szczególnie gdy rozpatrzymy efekty psilocybiny. Co ważniejsze, jeszcze wyraźniej możemy ustalić w jaki sposób świadomość może być rozumiana jako forma informacji.

Chemia a umysł

Istnieją dragi i dragi. W kwestii dokładności, istnieje pięć podstawowych klas dragów oddziałujących na nastrój i zachowanie, niektóre już poznaliśmy i omówiliśmy. Są to: środki uspokajające, takie jak alkohol, barbiturany, valium, i środki znieczulające; pobudzające jak amfetamina (speed), kokaina, kofeina, i nikotyna; opiaty jak opium, heroina, i morfina; antypsychotyczne jak chlorpromazyna (torazyna); i ostatnie, lecz absolutnie nie mniej ważne są psychodeliki lub enteogeny, takie jak psilocybina, meskalina, LSD, i DMT. Do psychodelików zaliczane są również cannabis - jako że w dużych dawkach mogą powodować halucynacje wzrokowe - i syntetyczny rave-drug ecstasy (MDMA).

Pomimo faktu, że substancje wymienione tu jako psychodeliczne mogą być dalej dzielone, stosownie do dokładnego efektu jaki wywołują, ta prosta klasyfikacja wystarczy do naszego omówienia, w którym skupimy się na sposobie w jaki sądzi się, że substancje te oddziałują. Mimo że przelotnie spojrzymy na każdą klasę substancji, największa uwaga zostanie poświęcona znanym efektom neurofizjologicznym psilocybiny.

Dominującym efektem środków uspokajających jest przygnębienie, lub złagodzenie aktywności neuronowej. Rozważmy środki znieczulające. Są tak silne w swym uspokajającym działaniu, że poza stanem generalnego znieczulenia, które wywołują, powodują jedynie komę i śmierć. Uważa się, że gdy środki znieczulające zostaną zastosowane, dosięgają mózgu i zahamowują odpalanie neuronowe do tego stopnia, że świadomość zostaje "utracona". Dlatego jasnym jest, że bez wystarczającego odpalania neuronowego nie może być przetwarzania informacji lub przewodności informacyjnej i stąd brak świadomości. Mamy jeszcze więcej dowodów, że świadomość powiązana jest z akcją miliardów aktywowanych neuronów w mózgu.

Jeśli weźmiemy pod uwagę kolejny środek uspokajający - alkohol - przekonamy się, że również działa utrudniając odpalanie neuronowe w mózgu, dlatego świadomość staje się osłabiona lub zredukowana. Jednakże w małych dawkach występuje efekt przeciwny, w związku z czym, w pewnym stopniu następuje psychologiczna stymulacja ze względu na początkowe osłabienie synaps hamujących, które, jak sobie przypominasz, służą do osłabiania odpalania neuronowego. Jednakże wkrótce po tym jak neurony hamujące zostaną osłabione, osłabiane zostają również neurony pobudzeniowe i efekt ten zaczyna dominować w zaistniałym stanie świadomości.

Środki uspokajające nie tylko powodują osłabienie neuronowego odpalania w mózgu, zdają się również spowalniać aktywność innych nerwów ciała, tkanki sercowej i tkanki mięśniowej. Dokładniej, środki uspokajające rozstrajają funkcjonowanie centrów pobudzeniowych mózgu, tak że zostaje zmniejszone pobudzenie psychologiczne i stymulacja. Krótko mówiąc, świadomość zostaje zredukowana z powodu jednoczesnego zmniejszenia odpalania neuronowego, to znaczy, że jak tylko środek uspokajający zacznie działać, zmniejsza się wzorcowanie informacyjne i organizacja informacyjna zachodząca w obrębie systemów neuronowych mózgu.

Środki pobudzające (stymulanty) wywołują przeciwny efekt niż środki uspokajające. Kokaina i amfetamina działają praktycznie w ten sam sposób, wywołując prawie identyczne efekty pobudzenia, takie jak euforia, zwiększenie czujności, podwyższenie nastroju, i zmniejszenie znużenia. W rzeczy samej kokaina otrzymywana jest z rośliny koka, liści które wciąż żute są codziennie przez miliony południowo amerykańskich mieszkańców, dokładnie po to, by uzyskać stymulację psychologiczną i zredukować odczuwane zmęczenie i głód. Ten drugi "korzystny" efekt liści koki tłumaczy fakt, że choć szesnastowieczni, hiszpańscy konkwistadorzy zakazali religijnego wykorzystania grzybów psychoaktywnych, ludziom takim jak Inkowie pozwolono kontynuować swe praktyki żucia liści koki, dopóki harowali w hiszpańskich kopalniach złota.

Uważa się, iż amfetamina działa w ten sposób, że imituje i zwiększa aktywność neuroprzekaźnika noradrenaliny (mózg wykorzystuje wiele różnych rodzajów neuroprzekaźników), zakłócając w ten sposób normalne funkcjonowanie synaptyczne neuronów zawierających noradrenalinę. Dzieje się tak gdyż amfetamina jest tak podobna w swej molekularnej budowie do noradrenaliny, że dosłownie dokonuje inwazji na obszary neuronowe, w których występuje synaptyczny przekaz noradrenalinowy, zwiększając tym samym współczynnik generowania impulsów. Jak tylko się to dokona, zachodzą typowe "spidujące" reakcje psychologiczne.

Z kokainą rozgrywa się podobna historia. Jednakże w tym przypadku, zdaje się że kokaina spowalnia odzyskiwanie ("uprzątanie") noradrenaliny ze środka synapsy, po wykonaniu swojego zadania. Ze względu na tę wybiórczą ingerencję, w synapsie znajduje się większa ilość noradrenaliny, w związku z czym większa jej ilość pobudza neuron odbierający do akcji wzbudzeniowej.

W obu przypadkach głównym efektem fizycznym jest zwiększenie aktywności synaptycznej wywołującej stymulację układu nerwowego. Jeszcze raz widzimy, że wywołana tymi środkami, podnosząca na duchu zmiana w świadomości, spowodowana jest zwiększeniem aktywności przetwarzania informacji niektórych rodzajów neuronów, w tym przypadku, neuronów wykorzystujących noradrenalinę. Tego rodzaju zwiększenie aktywności neuronowej wytwarza pożądaną stymulację psychologiczną lub "haj". Ważne jest jednakże, by mieć tu na uwadze, że zwiększona aktywność neuronowa, jak w tym przypadku, nie prowadzi do żadnego głębszego doświadczenia wizjonerskiego. Tak radykalna fenomenologia ograniczona jest do enteogenów.

W wypadku dobrej starej herbaty lub kawy, uważa się, że aktywny składnik kofeina zwiększa tempo metabolizmu komórkowego, co sprawia, że udostępnione komórki mają więcej energii. W wyniku tej akcji kolejny raz, zwiększane jest odpalanie neuronowe, co tłumaczy subtelne właściwości pobudzające herbaty i kawy, oraz ich powszechne użycie.

Trzecią klasą substancji psychoaktywnych na naszej liście są opiaty otrzymywane z naturalnego opium makowego. Opiaty są interesujące ze względu na różnorodność swych potężnych efektów. Stosowany na całym świecie, znieczulacz morfina, jest bezcennym opiatem, a jego chemiczne wyizolowanie z opium makowego radykalnie zrewolucjonizowało medycynę i ogólnoświatowe opanowanie bólu. Morfina wybiórczo zdaje się łączyć z "receptorami opiatowymi" mózgu, co wskazuje, iż mózg ma swoje własne mechanizmy kontrolujące ból. W rzeczy samej, oświadczono, że akupunktura i hipnoza mogą być w stanie zredukować ból, ponieważ zachęcają mózg do wytwarzania swych własnych endorfin, które są substancjami opiatowymi przyłączającymi się do receptorów opiatowych (uważa się również, że endorfiny są przyczyną bardzo często występującego nastroju po rygorystycznym ćwiczeniu). Jak tylko aktywowane zostaną te receptory opiatowe zmniejsza się emocjonalna percepcja bólu - w przeciwieństwie do zmniejszania faktycznych impulsów "bólu" dochodzących od strony urazu. Wraz z opium i heroiną (związek półsyntetyczny), morfina również powoduje euforię i związane jest to ze zmianami emocjonalnymi wytworzonymi przez aktywację receptorów opiatowych układu nerwowego.

Przy czwartej klasie substancji - antypsychotyków, spotykamy masowo syntetyzowane związki takie jak chlorpromazyna, wykorzystywany na całym świecie do leczenia chorób psychicznych takich jak schizofrenia. Bodajże najbardziej uznawana teoria neuropsychologiczna twierdzi, iż schizofrenia powstaje w wyniku nadmiaru dopaminy w mózgu. Jak pewnie odgadliście, dopamina jest kolejnym głównym neuroprzekaźnikiem mózgu.

Wyjaśnienie nadmiaru dopaminy przy schizofrenii podparte jest efektami wywoływanymi przez chlorpromazyna, który zmniejsza objawy tej choroby. Jako że chlorpromazyna działa poprzez blokowanie receptorów dopaminy w mózgu, logicznym jest założenie, iż nadmiar neuronowej aktywności dopaminergicznej leży u podstaw schizofrenii. Prowadzi to do intrygującego wniosku, że jakiś nadmiar neuronów wykorzystujących dopaminę silnie związany jest z dziwnymi urojeniami i systemami wyobrażeń nieszczęsnego umysłu cierpiącego na schizofrenię. Blokując miejsca wiązania dla nadmiaru dopaminy na receptorze, chlorpromazyna pomaga blokować zaburzenia myślenia.

Mamy tutaj kolejną wyraźną wskazówkę jak rozwikłać tajemnicę całościowego tworzenia i powstawania świadomości, gdyż w przypadku schizofrenii dokładnie zauważono jak całościowo zakłóca świadomość. Co więcej, ten ogromny zamęt w myślach zdaje się nie być przypadkowy w niektórych, określonych rodzajach zaobserwowanych urojeń, powiązanych często z uczuciami paranoi i przekonaniem, że jest się kontrolowanym przez potwornie złowrogie siły zewnętrzne. Jeśli dopaminergiczna nadaktywność synaptyczna naprawdę winna jest tym całościowym zaburzeniom myślenia, możemy wyobrazić sobie jak tak wielkie wzorce upośledzonego odpalania neuronowego wywołują tak wielkie zaburzenia myślenia, tj. urojenia i tym podobne. Jeśli aktywność neuronowa zaczyna być nadczynnościowa i zbyt "dzika", wynikłe wzorce odpalania również mogą być "wadliwe", co wskazuje, że wzorce takie serwują w zasadzie pomyłki, wprowadzając doświadczającego w błąd. Lub jeśli jakieś negatywne zakłócenie wystąpi w stosunku do całkowitego sposobu w jaki schizofrenik pojmuje rzeczywistość, wtedy jego model rzeczywistości dostarczy błędny kontekst do zachodzącej aktywności neuronowej.

Ludzki mózg jest oczywiście starannie dostrojonym instrumentem przetwarzającym informację. Jeśli zdarzenia neuronowe poprą typ przetwarzanej informacji, który za bardzo odstaje od pewnych kryteriów, lub jeśli neuronowe zdarzenia "czytane" są przez błędny układ kontekstowy, wtedy pojawia się wadliwe przetwarzanie, z wynikającym negatywnym zakłóceniem świadomości.

Neuroalchemiczna magia

Doszliśmy w końcu do klasy związków zwanych psychodelkiami lub enteogenami. Wprawdzie jest po nich trochę ciężko, ale podróż jest tego warta, gdyż grzyb psilocybowy zawsze jest wart rozpatrywania jego uderzających implikacji powiązanych z ludzką świadomością. Tak więc, teraz gotowi jesteśmy jeszcze dokładniej wymierzyć w związek pomiędzy chemią neuronową a świadomością.

Substancje psychodeliczne są jak dotąd najbardziej interesujące ze wszystkich znanych związków psychoaktywnych, gdyż bardzo mało wiadomo dokładnie, jak tworzą tak niezwykłe zestawy efektów psychologicznych. Psychodeliki często nazywane są przez nieroztropnych klinicystów halucynogenami (jako przeciwieństwo enteogenów), lecz termin ten sugeruje, iż wytwarzają halucynacje. Ogólna definicja halucynacji jest taka, że w trójwymiarowej przestrzeni postrzega się obiekt, którego w rzeczywistości tam nie ma - trochę jak zobaczenie ducha lub fatamorgany. Lecz nie jest to typowy skutek psychodelików, jak mam nadzieję, wykazałem w poprzednich rozdziałach (tłum. - rozdziały te póki co nie zostały przetłumaczone). Faktycznie, między najbardziej znaczącymi skutkami substancji takich jak psilocybina, znajduje się indukowanie złożonych scen wizjonerskich, które powstają przy zamkniętych oczach, wraz ze wzrostem postrzegania "realności" świata zewnętrznego przy oczach otwartych. Dokładniej, nie halucynuje się nieistniejących obiektów, a raczej zaczyna się widzieć zewnętrzną rzeczywistość w nowy i zapewne spotęgowany sposób. To właśnie z tych powodów do klasyfikowania tych szczególnych substancji preferuje się termin enteogen lub psychodelik (dosłownie objawiający umysł).

Uważa się, że psilocybina, LSD, i DMT działają poprzez imitowanie neuroprzekaźnika serotoniny (5-HT), jednego z najważniejszych i najbardziej rozpowszechnionych synaptycznych, neurochemicznych posłańców mózgu. Imitowanie następuje, ponieważ LSD, i częściowo psilocybina posiada niemal taką samą strukturę molekularną co serotonina tj. ich kształt jest tak podobny, że są w stanie "nabrać" i przenikać części mózgu, które przetwarzają informację przy pomocy synaps serotonergicznych.

Serotonina ma zastosowanie w wielu strukturach mózgu, które zdają się kontrolować funkcje takie jak spanie, nastrój, i ogólne pobudzenie. Jedna z tych struktur to układ jąder szwu mózgowia u podstawy mózgu, który wystrzeliwuje serotonergiczne aksony neuronowe do pozostałych głównych obszarów mózgu, w szczególności do układu limbicznego (kontrolującego reakcje emocjonalne) i obszary układu wzrokowego.

Stosownie do zapisków neuro naukowca G.K.Aghajanian'a, wykorzystujący serotoninę układ jąder szwu mózgowia posiada homeostatyczną funkcję, w której pojawiają się dwa główne oddziaływania. Po pierwsze, w stanie czuwania układ zwiększa aktywność neuronów ruchowych, które zarządzają kontrolą ruchu mięśniowego. Po drugie, i bardziej znamienne, w czasie stanu czuwania ten sam układ serotonergiczny osłabia układy czuciowe, które są układami retransmitującymi informację o świecie zewnętrznym. Zgodnie z Aghajanian'em to drugie zjawisko służy "odfiltrowaniu rozproszających końcówek czuciowych".

Co więcej, spekuluje się, że ta homeostatyczna funkcja "odfiltrowująca" utrzymuje swego rodzaju "równowagę" świadomości, dzięki której rzeczywistość postrzegamy w sposób "stabilny", prawie tak jakby serotonergiczny układ jąder szwu był drążkiem balansującym umożliwiającym nam chodzenie "po linie" normalnej, percepcyjnej świadomości. Jeśli ten serotonergiczny, homeostatyczny układ balansujący zostanie zakłócony, wtedy postrzeganie rzeczywistości będzie odpowiednio odmienione, do tego stopnia, że z tej liny możemy zeskoczyć do nowych wymiarów postrzegania rzeczywistości. Dlatego chemiczny demontaż efektu odfiltrowywania układu jąder szwu mózgowia mógłby dopuścić utajoną informację do świadomości. Czy tak właśnie działają środki, takie jak psilocybina?

Większość szczegółowych doświadczeń fizjologicznych przeprowadzanych z psychodelikami w latach 60 skupiało się na LSD i psilocybinie i wykorzystywało szczurze mózgi, kocie mózgi, i wyizolowane szczurze neurony. Być może najważniejszym odkryciem w rzeczy samej było to, że LSD i psilocybina obniżają akcję neuronów serotoniny dokładnie w układzie jąder szwu mózgowia (układ neuronowy wspólny szczurom, kotom i ludziom). Zwyczajową aktywnością tych konkretnych neuronów serotonergicznych, którą obniża psilocybina i LSD jest wyhamowywanie, co oznacza, że ich normalne odpalanie służy tłumieniu lub osłabieniu aktywności w tych częściach mózgu, z którymi są połączone. Dlatego uważano, że psilocybinowy i LSD'owy efekt tłumienia neuronów serotonergicznych ułatwiał wzrost neuronowego odpalania w obszarach mózgu mających styczność z układem jąder szwu (jak i wyżej wymienione układy - wzrokowy i limbiczno/emocjonalny). To zwiększenie aktywności neuronowej, było tym efektem, który uważano, iż koreluje z doświadczeniem enteogenicznym samym w sobie.

Wyglądało to na przyzwoitą i zgrabną teorię. Jednakże sprawy nigdy nie wyglądają tak prosto gdy w grę wchodzą psychodeliki. Powyższy scenariusz nie brał pod uwagę niedawno odkrytego neurologicznego oddziaływania meskaliny, kolejnego klasycznego enteogenu. Nie bez odrobiny teoretycznej irytacji odkryliśmy, że tak jak psilocybina, meskalina wywołuje pełne spektrum fenomenologii wizjonerskiej ale nie stwierdzono znacznego wpływu na układ jąder szwu mózgowia. Co oznacza, że nasza teoria układu jąder szwu nie jest ostateczna. Właśnie wtedy gdy wszystko zaczynało być tak przejrzyste...

Badania ostatniej dekady ujawniły, że w mózgu występują odrębne rodzaje receptorów serotoninowych, lub ligandów serotoniny. Innymi słowy, neurony, które są modulowane przez uwolnienie serotoniny z innych neuronów, z którymi są zsynapsowane, nie są związane tylko z jednym rodzajem receptoru serotoninowego. W typowy sposób, Natura stworzyła bardziej złożone i intrygujące od tego rzeczy. Faktycznie, wygląda na to, że istnieje wiele różnych rodzajów receptorów serotoninowych (nazywanych podrodzajami receptorów) i uważa się, że różne środki psychodeliczne posiadają zróżnicowane oddziaływanie na te receptory. Choć jeden szczególny receptor serotoninowy - tak zwany typ 5-HT2 - zdaje się reprezentować wspólne sytuowanie działania zarówno psilocybiny jak i meskaliny.

Receptory 5-HT2 występują w całej korze a także obficie w układzie mózgowym znanym jako locus coeruleus (miejsce sinawe), które tak jak jądra szwu, umieszczone jest u podstawy mózgu. Miejsce sinawe przetwarza tak wiele dochodzących sygnałów czuciowych (napływ dochodzących danych, jeśli wolicie), że uważa się, iż funkcjonuje jako "wykrywacz nowości" i może wpływać na czyjś stan pobudzenia. Poprzez monitorowanie stałego zwyżkowania "ruchu elektrochemicznego" przezeń przepływającego, miejsce sinawe może wykrywać zmiany w przepływie danych, gdy zmiana następuje i powiadamiać w ten sposób inne części mózgu. Nawiązując do naszego eksperta G.K.Aghajanian'a, zarówno psilocybina jak i meskalina przyłączają się do ligandów 5-HT2 w miejscu sinawym i w ten sposób odmieniają funkcjonowanie tego układu, podwyższając ostatecznie stopień czujności i wzbudzenia. Innymi słowy, po raz kolejny wydaje się, że enteogeny funkcjonują w ten sposób iż doświadczającemu dostępna jest większa ilość informacji.

Nowatorska organizacja informacji

Znajdujemy się więc w sytuacji, w której możemy podsumować powyższe wnioski: sieciowym efektem psilocybiny połączenia efektów w locus coeruleus (miejscu sinawym) i układzie jąder szwu mózgowia jest wzrost odpalania neuronowego z jednoczesnym wzrostem świadomości (wzrost postrzeganej rzeczywistości), i pojawienie się wizji szamańskich.

W powyższym opisie tylko drugie stwierdzenie jest w pewnym sensie kontrowersyjne, gdyż sugeruję wzrost świadomości. Ktoś mógłby argumentować, że wzrost odpalania neuronowego w mózgu bardziej jest niepożądanym zaburzeniem niż zjawiskiem konstruktywnym. Jednakże tak negatywnym osądem jest pominięcie implikacji enteogenicznego stanu umysłu. Po tym wszystkim Huxley stwierdził, że psychodeliki mogą, poprzez oddziaływanie "nieodpłatnej łaski", dać komuś dostęp do postrzegalnej informacji będącej "tam" ("out there"), lecz normalnie nie potrzebnej, gdyż z ewolucyjnego punktu widzenia potrzebujemy jedynie informacji związanej z rzeczami takimi jak pokarm, bezpieczeństwo, i seks. Lub przynajmniej tego rodzaju rzeczy, które są niezbędne do rozeznania w naszej ewolucyjnej przeszłości. Oczywiście dla Huxley'a i innych mistrzów psychodelicznego doświadczania, wiedza, która stała się dostępna dzięki alkaloidom roślin wizjonerskich stała się nagle bardzo istotna w świetle współczesnej kultury Zachodu. Rzeczywistość transcendentalna zdawała się nas oczekiwać, gotowa wybuchnąć pośród prozaicznej i częstokroć bluźnierczej, mozolnej tułaczki ludzkiej historii.

Uzbrojeni w nowoczesne dane dotyczące receptorów serotoniny i ich enteogenicznej infiltracji, możemy zauważyć, że Huxley miał rację w swych pionierskich przypuszczeniach. Jak tylko związki enteogeniczne dostaną się do mózgu, ma miejsce wzrost aktywności neuronowej (tj. wzrost wzbudzania neuronowego i elektrochemicznego przetwarzania informacji) - stąd w rzeczy samej większa ilość informacji dostępna jest umysłowi. Zwłaszcza, części mózgu, które stają się bardziej zaktywowane biorą udział w "detekcji nowości", pobudzeniu, emocjach, i retransmitowaniu informacji czuciowej.

Lecz co dokładnie oznacza, że w neuronowej aktywności informacyjnej następuje wzrost? Również, jak ważne i "rzeczywiste" są te nowe wzorce odpalania neuronowego aranżowane przez psilocybinę? A nawet, jak tak naprawdę, te nowe wzorce odpalania neuronowego mogą być świadomym myśleniem?

Odtąd grunt staje się bardziej niepewny, głównie dlatego, że mózg jest tak zdumiewająco skomplikowanym organem. Jednakże, nim zaczniemy kontynuować dalsze rozważania i spekulacje nad tym co zostało do tej pory powiedziane, istnieje jeszcze jedna część informacji, którą powinniśmy rozważyć, a mianowicie rolę neuronów serotonergicznych w procesie śnienia.

Sny we śnie a sny na jawie

Sen REM, lub sen z szybkim ruchem oka (Rapid Eye Movement), jest tą częścią cyklu sennego, w którym śnimy najbarwniej. Sen - pozostawmy na razie śnienie - jest rzeczą osobliwą, w szczególności, że trzecią część naszego życia spędzamy ulegając snowi. Pomimo tak dramatycznego nocnego obciążenia, nauka musi zdobyć powszechnie potwierdzony powód, dla którego śpimy, ten który może się pojawić zawiera mnóstwo argumentów, które odpierają wyjaśnienia, traktujące sen wyłącznie jako proces przywracający formę. Na myśl na przykład przychodzi podatność na atak, gdyż w jakim innym momencie jesteśmy tak biernie nieświadomi w odniesieniu do otoczenia? Na to, dlaczego śnimy, istnieje wiele teorii, od najdziwniejszych, że śnimy by zapomnieć, do teorii że śnimy by utrwalić informacje.

Mimo że możemy nie pamiętać naszych snów, każdej nocy koniecznym jest wejście w fazę REM snu. Badacze snu odkryli, że jeśli fazy REM są wybiórczo przerywane powoduje to efekt odbicia, dzięki któremu następnej nocy wystąpi, wyjąwszy jakiekolwiek wybiórcze ingerowanie ze strony badaczy, dodatkowa ilość fazy REM, lub śnienia. Koniecznie musimy śnić, i dlatego śnienie zostało powiązane z kilkoma bardzo ważnymi procesami informacyjnymi mózgu.

Neuro naukowiec B.L.Jacobs przeprowadził eksperymenty, które wykazały, że stłumienie serotonergicznej aktywności neuronowej wywołuje śnienie. Jeśli kotom (te najbardziej rozkoszne stworzenia niefortunnie są często wykorzystywane przy wątpliwych, ingerujących w mózg eksperymentach ze snem) wstrzyknie się substancję zwaną PCPA, która znana jest ze swych właściwości blokujących dostarczanie serotoniny do wszystkich części mózgu, koty zaczynają wytwarzać wzorce fal mózgowych odpowiadających wzorcom z początku śnienia pomimo tego, że są w pełni rozbudzone. Innymi słowy Jacobs uzasadnia, koty doświadczają snu na jawie.

Dlatego, sny na jawie są jakoś związane z niskim poziomem serotoniny. W rzeczy samej, w czasie śnienia podczas spania komórki serotonergiczne w układzie jąder szwu mózgowia wyłączają się całkowicie, tak że ustaje ich uspokajające oddziaływanie na inne części mózgu, proces przypominający działanie psilocybiny w układzie jąder szwu.

Osiągnięto wniosek, że śnienie powiązane jest z postacią odpalania neuronowego, normalnie powstrzymywanego przez serotonergiczne neurony hamujące, do czasu zapoczątkowania snu. Co ważniejsze, wizje wytwarzane przez środki psychodeliczne takie jak psilocybina mogą być wynikiem śnienia na jawie. Lub przynajmniej mogą powstawać w wyniku procesów neuronowych, które podobne są do procesów występujących, gdy śnimy. Pomysł ten nie tylko jest frapujący, zdaje się być właściwy również z intuicyjnego punktu widzenia; grzyb psilocybinowy umożliwia doświadczanie świadomości podobnej snowi w czasie rozbudzenia i przybiera formę niezwykle wzruszających wizji pojawiających się za zamkniętymi powiekami.

Zgodnie z różnymi udokumentowanymi przypadkami szamańskich stanów wizjonerskich, wizje enteogeniczne są istotnie podobne do snu, jedyna występująca różnica to, że w czasie takich wizji jest się niezmiernie bardziej świadomym niż w czasie snów (nawet tych świadomych w czasie śnienia świadomego) i można doskonale je zapamiętać, w odróżnieniu od snów, które zdają się gwałtownie zanikać. Podczas gdy większość ludzi nie może, tak na poczekaniu, przypomnieć sobie większości z tysięcy snów, które musieli mieć, wizje psilocybinowe pozostają dość zdobnie w pamięci, jak ulubione urywki filmu.

Tak dla pewności, propozycja, iż wizje psilocybinowe są odrealnione jest teoretycznie użyteczna, ale poważnie bagatelizuje ich siłę i dynamiczną obrazowość (barwność) i "Odmienność". Ale ponieważ między chemicznymi zasadami i fenomenologicznym przymiotem snów a chemicznymi zasadami i fenomenologicznym przymiotem enteogenicznych epizodów wizjonerskich wyraźne występuje jakieś podobieństwo, ich związek - pod względem procesów neuronowych - wymaga dalszych badań, i tym właśnie, po części, zajmiemy się w następnym rozdziale. Lecz musimy mieć na uwadze, że aspekt tworzenia wizji w doświadczeniu grzybowym to jeszcze nie wszystko, gdyż równie ważne jest odmienione postrzeganie rzeczywistości z otwartymi oczyma. Jednakże, jak stwierdzono, oba te zjawiska są blisko związane z przetwarzaniem informacji w układach neuronowych mózgu, i dlatego bardziej dogłębnie musimy zacząć myśleć o związku między miliardokrotnymi wzorcami odpalania neuronowego a świadomością. Przedstawiłem już pogląd o bezkresnych wzorcach zorganizowanego odpalania neuronowego będącego doświadczeniem świadomości, ale zamysł ten tak bardzo nabiera głębi, że wielokrotnie do niego powrócę w celu pełnego zgłębienia jego wartości jako wytłumaczalnego modelu na zrozumienie natury mózgu/umysłu.

Czy będzie to sen czy wizja enteogeniczna, normalne postrzeganie obiektu czy postrzeganie psychodeliczne, podstawowa struktura takich doświadczeń może być obecnie rozpoznana. Powszechnie występującym czynnikiem jest informacja, i sposób, w jaki jest przekazywana, organizowana, i potwierdzana w obrębie neuronowego odpalania mózgu. Informacja, "waluta" mózgu, objawiła się jako kluczowe pojęcie przy objaśnianiu normalnego, świadomego umysłu, umysłu enteogenicznego, i umysłu śniącego. W następnym rozdziale kontynuujemy nasze tajemnicze badania, o tym jak wznieśliśmy się ku tajemnicy ziemskiego grzyba szamańskiego.

Rozdział 6
Esencja świadomości

Celem tego i kolejnych rozdziałów jest budowanie na wprowadzonych wcześniej ideach abyśmy mogli zrozumieć, czym "esencja" umysłu lub świadomości się stała, i jak potencjalnie możliwe staje się dla kogoś doświadczenie wizjonerskiego dialogu z transcendentalną Innością. W tym momencie mogę powtórzyć, że wierzę, iż umysł jest informacją, a w każdym razie, że świadomość jest wzorcem informacyjnym ucieleśnionym w neuronowej substancji mózgu. Co więcej, wygląda na to, że enteogeny, takie jak psilocybina oddziałują poprzez umożliwienie zaistnienia nowym wzorcom informacyjnym, które normalnie nie są "dopuszczone", ze względu na zwyczajne ograniczenia oddziałujące w mózgu. Takie wyjaśnienie sposobu, w jaki odpalanie neuronowe uzasadnia istnienie stanów informacyjnych i jak drastycznie stany te są zmieniane przez chemiczne oddziaływanie związków enteogennych, zdaje się być o wiele jaśniejsze niż to, które zostało już przedstawione.

Innymi słowy, umysłowość jawi się sobie jako treść informacyjna. Może nie jest to zbyt kontrowersyjne twierdzenie, lecz co ostatecznie mam nadzieję ukazać, to że materia lub rzecz fizyczna, również jest w swej naturze informacją. Oznaczałoby to, że wszystko, czy to atomy, molekuły, mięśnie, czy myśli mogą być opisane wyłącznie określeniami informacyjnymi. Umysł i ciało można by wówczas postrzegać, jakby składały się w zasadzie z tego samego rodzaju substancji, to jest jako konkretne formy informacji.

Oczywiście pojęcie, czym jest sama informacja, lub co ona obecnie oznacza, jest zdecydowanie mętną kwestią, zwłaszcza, że przyszło nam obecnie żyć w Erze Informacji. Informacja niesiona jest przez płyty CD, nasiona jabłek, wyciągi bankowe, skamieliny, światłowody, hormony, opakowania spożywcze i ludzki genom. Jak wreszcie olbrzymie ilości odpalających neuronów niosących informacje, tchnione psilocybiną, lub nie. Sprawa jest mniej jasna w kwestii atomów, (z których skomponowane są wszystkie wyżej wymienione nośniki informacji) również będących jednostkami informacji. Jednakże, w kolejnych rozdziałach powinno mi się udać dokładniej sprecyzować naturę świadomości i materii w terminach informacyjnych, powinienem być wówczas w stanie, czytelniej wyjaśnić, czemu psilocybina może wywoływać zarówno wizje Innego pochodzenia jak i odmienione postrzeganie rzeczywistości - wszystko w terminach napływu i odpływu informacji. Faktycznie, ktoś uzbrojony w tak radykalnie nowy, informacyjny ogląd rzeczywistości, mógłby zacząć postrzegać siebie i świat jakby nowymi oczyma. Paradygmat informacji, o którym mówię, prezentuje w istocie, pełny wachlarz naprawdę olśniewających następstw pojęciowych.

Umysł i ciało

Konfrontowana przez nas kwestia - dotycząca dokładnego zrozumienia, czym jest świadomość - z czego pewnie teraz zdajecie już sobie sprawę, to zdecydowanie odwieczny problem, pokryty kolcami i podatny na bliższą analizę mniej więcej jak wiatr w bardzo wietrzny dzień. Mówiąc formalnie, w branży filozoficznej znany jest jako problem umysłu/ciała. W jego sercu leży pozornie nierozłączna przepaść między światem materii fizycznej a światem umysłu. O pierwszym wiemy wiele, o drugim jeszcze niewiele. Zanim jednak będziemy kontynuować nasze poszukiwania dotyczące zdefiniowania świadomości w świetle doświadczenia enteogenicznego, spójrzmy pokrótce na historię tego najbardziej nieprzeniknionego gąszczu filozoficznego.

Powszechnie, za pełne docenienie i udokumentowanie dylematu umysł/ciało, odpowiedzialnym uznaje się siedemnastowiecznego, francuskiego filozofa Descartes'a. Descartes doszedł do wniosku, że istnieją dwa rodzaje treści uniwersalnej - umysł i materia - i że oddziałują na siebie w pewien tajemniczy, duchowy sposób. Ten dualistyczny punkt widzenia świadomości - "duch w maszynie" - zirytował zarówno wielu filozofów jak i naukowców. Szczególnie naukowców, gdyż nie lubią rozmawiać o bytach niematerialnych (nieuchwytnych myślach) nie usytuowanych w przestrzeni trójwymiarowej, gdzie mogą w jakiś sposób oddziaływać z materią. Być może tłumaczy to, czemu większość psychologów, do nie tak całkiem niedawna, było chętnych ignorować kwestię świadomości. To takie enigmatyczne zjawisko i jak już wcześniej zauważyłem, to właśnie świadomość stanowi rdzeń lub podstawę naszego człowieczeństwa.

Na przykład, w tej właśnie chwili to świadomość cię określa. Ta książka może być wyraźnie i fizycznie namacalna, lecz czym są twoje myśli, że to wiedzą? Jeszcze bardziej problematyczna jest zdolność umysłu do bezpośredniego oddziaływania na materię poprzez ciało. Jak myśl, której nie da się zważyć, i która nie składa się z cząstek fizycznych, może mimo to poruszać, zbiorowością atomów, powiedzmy, czyimiś palcami? W jaki sposób pewne rodzaje wzorców informacyjnych urzeczywistnianych w mózgu oddziałują na tak zwaną materię?

Dlatego by osiągnąć pewne zrozumienie, powinniśmy albo stanąć po stronie starego, kartezjańskiego wyobrażenia dualistycznego lub całym sercem, odpalić się w alternatywny "monizm informacyjny", w którym proces rzeczywistości składa się jedynie z jednej rzeczy - informacji. Jak mam nadzieję ukazać, natura doświadczenia enteogenicznego wskazuje, że opowiadamy się za tym drugim scenariuszem.

Próba egzorcyzmowania ducha Descartes'a

Od czasu filozoficznych zadum Descartes'a, filozofowie uprawiali istną, ogólną pyskówkę, w swych próbach obronienia Descartes'owskich idei lub ich odstawienia, i jakiegoś zjednoczenia umysłu z materią. W rzeczy samej, niektórzy akademiccy filozofowie, pogrążanie się dniem i nocą w problemie umysł/ciało, uczynili swoim zawodowym interesem. Tak więc istnienie świadomości w pozornie fizycznym Wszechświecie jest denerwująco problematyczne, gdyż na tym subtelnym paradoksie budowane były całe akademickie kariery. Rząd za rzędem półek w filozoficznych sekcjach akademickich bibliotek przeznaczono na książki traktujące w jakiś sposób o problemie umysł/ciało.

Choć wciąż, tak dalece jak się orientuję, ani jeden zawodowy filozof nurtu umysł/ciało nie był poważnie zaangażowany w enteogeniczne eksperymentowanie, w celu poszerzenia swej wiedzy i wglądu w dynamiczną zależność między chemią a zmienionymi stanami świadomości. Faktycznie, większość książek rzekomo zajmujących się kwestią świadomości, w sposób oczywisty, całkowicie ignoruje substancje psychoaktywne, jakby nie miały nam nic do powiedzenia. Przypuszczam, że większość tradycjonalistycznych specjalistów zagadnienia umysł/ciało drży i wzdraga się na samą myśl o szamanizmie psychedelicznym i jego alchemicznym zgłębianiu umysłu. Może dziko rosnące rośliny wizjonerskie ciągle są nazbyt źle rozumiane lub rzadko spotykane przez kanapowych filozofów. Cokolwiek za tym stoi, grzyby i flora enteogeniczna pozostały marginalnym zjawiskiem przeznaczonym do badań wyłącznie dla antropologów, enteobotaników, i garści ryzykanckich indywidualistów. Miejmy nadzieję, że ten stan obojętności wkrótce się zmieni, i że nauka zacznie właściwie tytułować delikatną płaszczyznę między chemią a świadomością.

Chemia i świadomość..... co te terminy implikują? Ważną odpowiedzią jest to, że wzięte razem, dokładnie wskazują granicę między fizycznością a psychologicznością. Chemia oznacza związki chemiczne i substancje - wyraźnie rzeczy "materialne" - podczas gdy zmienione stany świadomości leżą w sferze niematerialnych myśli. W ostatnim rozdziale ustaliliśmy już, że różne typy substancji, szczególnie te o zbliżonym podobieństwie molekularnym do neurotransmiterów mózgu, zdają się wywoływać dość przewidywalne i charakterystyczne zmiany w świadomości. Jeśli rozważymy psilocybinę, zobaczymy, że doskonale przerzuca pomost nad luką pojęciową między dwoma pozornie rozbieżnymi światami umysłu i materii, psychologicznego i fizycznego. Im lepiej uda nam się zrozumieć sposób działania psilocybiny, tym bliżej będziemy odkrycia faktycznego przeznaczenia pomostu łączącego umysł z materią.

Tak więc, próba rozwiązania starego jak świat problemu umysł/ciało, to ciężka sprawa. Mimo to nie będzie wyrządzona żadna krzywda gdybym żałośnie zawiódł w mych teoretycznych wysiłkach. Ostatecznie, rozwiązania nie do obronienia, pomogły nieuchronnie w sformułowaniu brzmiących rozwiązań, tak że "psilocybinowe rozwiązanie" nie powinno być całkowicie "wylane do zlewu". Zatem okażcie cierpliwość, i sami osądźcie, gdyż podejmujemy kolejny etap tajemniczej podróży grzybowej, który zawiedzie nas głębiej, w informacyjne terytorium, gdzie bliżej przyjrzymy się strukturalnej dynamice wizji psychedelicznych. Jako że wizje takie zależą pozornie, w pewien podstawowy sposób, od integracji i spójności wielkich ilości informacji neuronowej, dlatego, nade wszystko, informacja jest naszym kluczem do otwarcia tajemnicy świadomości, czy to rodzaju enteogenicznego czy normalnego.

Symbole w formacji

Widzieliśmy, że jeden główny aspekt doświadczenia psilocybinowego - postrzeganie barwnych wizji z zamkniętymi oczyma - zdaje się być rezultatem śnienia na jawie, lub przynajmniej czymś zbliżonym (nie ma to nic wspólnego z "marzeniami", które są czymś zupełnie innym). Stosownie do naszych poprzednich analiz, możemy spojrzeć na takie wizje jak na dynamiczne wzorce informacyjne przekazywane w systemach neuronowych mózgu, wzorce informacyjne, które po to zostały "uwolnione", by się uformować poprzez "oswabadzającą" akcję substancji enteogenicznych w systemach serotonergicznych. Podobnie, sny REM zdają się być wytworzone przez te same "uwolnione" systemy neuronowe.

Fakt, że wizje enteogenne są ładowane z potężną i często uniwersalną symboliką może świadczyć, że istnieją predeterminowalne sposoby, w jakie duże ilości informacji neuronowej mogą być organizowane i zbierane razem, tj. integrowane. Jest to ważna idea, wprowadzona tutaj. Tak jak pierwiastki takie jak węgiel, wodór, azot i tlen naturalnie porządkują się w określone, trwałe struktury, jak woda, dwutlenek węgla, i aminokwasy, tak możemy spojrzeć na informacje w mózgu, występującą w postaci skoordynowanych matryc neuronowego odpalania, jakby organizowały się w ten sam sposób.

Fundamentalną właściwością czyniącą, powiedzmy, wodę wszędzie taką samą, jest jej struktura molekularna - dokładny sposób, w jaki cząsteczki wodoru i tlenu zlepiają się ze sobą. Formują one określony wzorzec, określone "wyrażenie" molekularne. Jeśli moje spekulacje są właściwe, to informacja urzeczywistniana w systemach odpalania neuronowego również formuje się w swoiście zorganizowane wzorce. I tak jak ciągle znaczne ilości mikroskopijnych cząsteczek wody mogą organizować się w większe, trwałe, wzorzyste struktury makroskopijne, takie jak płatki śniegu, tak coraz więcej złożonych form może wyłaniać się z procesów modelujących w mózgu, w stanie psychedelicznym. Niska temperatura przyczynia się do powstania zorganizowanych wzorców w postaci płatków śniegu, podczas gdy psilocybina przyczynia się do powstania zorganizowanych wzorców neuronowej aktywności, które doświadczane są jako szamańskie wizje. Cząsteczki wody organizują się zgodnie z zasadami języka molekularnego, wzorce odpalania neuronowego organizują się zgodnie z zasadami języka psychologicznego.

Jeśli istnieją konkretne wzorce i struktury, które wyłaniają się z wielkiej ilości procesów informacyjno-integracyjnych występujących w mózgu, to mogłoby to wyjaśniać istnienie uniwersalnej symboliki, uniwersalnych obrazów sennych i rzeczy takich jak archetypy mitologiczne. Na całym świecie, we wszystkich niezliczonych religiach, kosmologiach, i mitologiach, stworzonych przez nasz gatunek, napotykamy na wysoce podobne obrazy mitologiczne i symbole pełne znaczenia i mocy skojarzeniowej.

Dobrym przykładem tej uniwersalnej symboliki jest wąż. Znajdowany jest w następujących mitologiach religijnych:
- Majów i Azteków (wielbiących Quetzalcoatl'a - opierzonego węża);
- starożytnych Egipcjan (przybrania głowy Faraonów włączały żmiję jako symbol mądrości i intelektu);
- Australijscy aborygeni (czczący Tęczowego Węża);
- starożytna epopeja Gilgamesz (wąż informuje o mitycznej roślinie, która może darować nieśmiertelność);
- starożytny lud Indii (wielbiący Nagas, dosłownie wąż mądrości), a nawet w Raju Starego Testamentu (mądry, lecz bojaźliwy wąż, który oferuje zakazany owoc z drzewa wiedzy), i tak dalej. Zawsze, wąż lub żmija zdają się symbolizować mądrość/świętość/duchowość, siłę życiową lub bóstwo.

Taka uniwersalność może być związana z faktem, że symbole mitologiczne reprezentują stałe, zorganizowane skupienia informacji, wytworzone przez najbardziej holistyczne/integrujące rodzaje przetwarzania informacji, ustanowione przez ludzki mózg. Symbol uosabia cały zestaw relacji lub, by być bardziej dokładnym, jest to punkt, w którym skupia się olbrzymia sieć psychologicznych relacji. By w pełni zrozumieć symbol trzeba w jednej chwili odczuć wszystkie jego relacje w stosunku do pozostałych obiektów w momencie postrzegania. Innymi słowy, wzrokowe symbole odgrywają rolę w języku psychologicznym. (W tym momencie, jeszcze raz odwołam się do pojęcia języka, gdyż język jest zasadniczo systemem informacyjnym nie ograniczonym do samych słów. Język, w abstrakcyjny sposób, w jaki ja do niego nawiązuję, jest systemem elementów informacyjnych niosących ze sobą sprecyzowane relacje; stąd język słów, cząsteczek, symboli itp.).

O tak uniwersalnie potężnych, symbolach wizjonerskich można pomyśleć, jak o wyrażeniach ze słownika języka "wyższego", połączonego z ludzką psyche. Poprzez "wyższy" mam na myśli to, że wizualne elementy tego języka mają o wiele bogatsze znaczenie i zawartość informacyjną niż słowa naszego języka mówionego. Co więcej, bezpośrednie postrzeganie symboli wizjonerskich, wzajemnie schoreografowanych w filmopodobnym stylu - jak ma to miejsce w stanie enteogenicznym - jest doświadczaniem znaczenia, być może w jego najczystszej postaci, w najbardziej informacyjnie intensywny sposób. Pokrzepienie wizjonerskim dialogiem to bycie obezwładnionym przez bezpośrednią percepcję, obnażonego, odmąconego znaczenia, które jawi się jako następstwo wysoce zintegrowanych procesów informacyjnych, wyzwolonych przez szamańskie substancje.

Dlatego w metaforycznym i wizualnym języku emanującym z większości zintegrowanego przetwarzania informacyjnego ludzkiej psyche, wąż zdaje się być istotnym "słowem" czy symbolem, wywodzącym się ze środowiska naturalnego. Istnieje wiele podobnych, uniwersalnie oddziałujących symboli, wywodzących się w równym stopniu ze środowiska naturalnego. Spróbuj teraz, jeśli chcesz, zwizualizować w cudownym technikolorze erupcję wulkanu, motyla wynurzającego się ze swej poczwarki, lub rękę wkładaną w płomienie. Dalej wyobraź sobie wszystkie możliwe sposoby, na jakie te potężne, symboliczne obrazy, mogłyby być zebrane razem w pełni znaczenia, przez jakieś przedstawicielstwo oddzielone od ja/ego, w tym celu, by przedstawicielstwo to przekazywało nam pewne komunikaty lub idee. I na koniec, wyobraź sobie wysoce informacyjną kreację, taką jak ta doświadczana bezpośrednio przez czyjąś świadomość, bez jakichkolwiek szumów i zakłóceń. Tu zaczynamy rozumieć, czym jest wizjonerskie doświadczenie szamańskie, że w gruncie rzeczy polega ono na łączności przekazywanej w "wyższym" języku, wysyłanym przez Inność, języku symboli ucieleśnionych w ożywionej obrazowości.

Widzicie o co mi chodzi?

Wygląda na to, że widzenie jest najbardziej bezpośrednią formą postrzegania. Oto, dlaczego ktoś zaczyna "widzieć prawdę". Tłumaczy to również, dlaczego sztuka jest tak potężna. Wspaniałe malarstwo jest niewysławialne, mimo że z powodzeniem, wymownie do nas przemawia. Symbole wzrokowe i obrazy mogą być naprawdę skuteczne w swej zdolności do informowania. To jest w tym znaczeniu, w którym odnoszę się do wyższego języka psyche, języka nie słów, lecz skupień informacyjnych, widzialnie postrzeganych.

Naprawdę coś zobaczyć, to zobaczyć, co to coś naprawdę znaczy, i zobaczyć, co coś naprawdę znaczy, to mieć natychmiastowy dostęp do wszystkich nieodłącznych relacji tego w stosunku do innych rzeczy. To dlatego zdjęcia Ziemi z kosmosu wykorzystywane są jako potężny symbol o uniwersalnym wdzięku; zdjęcia takie zawierają bogactwo informacyjnych relacji, oddają niesamowitą ilość znaczeń. A mimo to, dla nowonarodzonego dziecka lub jakiegoś prehistorycznego Neandertalczyka, którzy nigdy nie kontemplowali Ziemi, jako będącej skończoną, lecz bezgraniczną sferą, symbol Ziemi z kosmosu nie będzie postrzegany właściwie wcale, będzie raczej przedstawiał nic ponad pozbawiony znaczenia, okrągły kształt pokolorowany na niebiesko i zielono. Tak oto, symbole mogą być rozumiane jedynie jako względne punkty skupienia w sieci informacyjnych relacji. Gdy sieć relacji jest udostępniona i zrozumiała, wtedy symbol przekaże swe znaczenie. Zobaczyć potężne symbole, czy to w wizji szamańskiej, we śnie, lub w sztuce religijnej/duchowej, to ujrzeć skupienie informacji, super skondensowanego umiejscowienia znaczenia.

Tak więc, idea jest taka, że bardzo duże ilości informacji mogą się łączyć lub integrować w skondensowane symbole, i jako że wszystkie mózgi działają w ten sam sposób, uniwersalne symbole mogą ujawniać się w języku symboli, tak jak uniwersalne wyrażenia i znaczenia ujawniają się we wszystkich językach słownych. Lecz powinno się podkreślić, że uniwersalne symbole powiązane są z rzeczywistymi obiektami we wspólnym świecie. Nawet, jeśli nie są ubóstwiane, na przykład węże budzą zasadniczo lęk na całym świecie, i z dobrej przyczyny, gdyż ich jad może spowodować zgubę. Automatycznie znaczy to, że gdziekolwiek wystąpią procesy symbolotwórcze, wąż z prawdziwego świata staje się dobrym kandydatem do odegrania roli, jako symbol uniwersalny.

Autorskie symbole, autorskie wizje

W przypadku wizji szamańskich (lub snów), równie dobrze może być tak, że zawierają nie tylko symbole uniwersalne, lecz kulturowo determinowane symbole lub ikony, które mogą być w pełni zrozumiane i docenione jedynie na poziomie osobistym. W wypadku większości przypadków szamanizmu południowo amerykańskiego, jak na przykład praktykowanego przez wykorzystujących ayahuascę Indian Tukanoan z Kolombi, w wizjach doświadczanych przez szamanów rzeczywiście odnajdujemy kulturowo/środowiskowo zdeterminowaną symbolikę, często powiązaną z potężnymi i czczonymi stworzeniami dżungli, jak jaguar, czy wszechobecny wąż. Szamani Tukanoan doświadczają również symboliki związanej z ich szczególną odmianą kosmologii, która jest znana i rozwijana przez wszystkich członków plemienia. Analiza różnych elementów sztuki inspirowanej przez ich psychedeliczne doświadczenia wizjonerskie, ukazuje uderzającą powszechność, dla Indian zawsze odgrywających istoty duchowe, napotykane w ten sam sposób i w tym samym stylu. Jasno świadczy to o charakterystycznej, dla danej kultury, naturze ich wizji tj. doświadczają oni jednego szczególnego rodzaju wizjonerskiego dialogu z Innością.

Stosownie do przedstawianego tutaj podejścia informacyjnego, takie kulturowo determinowane dialogi wizjonerskie wciąż wynikają z integracji informacyjnej pochodzącej z psychedelicznie odmienionego mózgu, wraz z faktem, że informacja wykorzystywana w komunikacji wizjonerskiej wywodzi się, częściowo, z osobistego bagażu wiedzy szamanów. Jako że rodowici południowo amerykanie dzielą tę samą kulturę i doświadczają tych samych sił natury, będą oczywiście istniały pewne symbole i obrazy, które są dla nich wielce znaczące, w sposób, w jaki outsider nie byłby w stanie, w pełni ich pojąć. Zdaje się więc, że wspólnie z językiem mówionym, istnieją regionalne "dialekty wizjonerskie", wyrażane w wizjonerskim stanie psychedelicznym, dialekty zdeterminowane przez niepowtarzalne środowisko fizyczne i kulturowe plemienia.

Claudio Naranjo, badacz, który wiele lat spędził badając szamańskie wykorzystanie ayahuasci w Amazonii, doszedł do podobnego wniosku o powszechności szamańskich wizji. Tak oto opisał wizjonerskie symbole:

"... superimpozycja gada, kocich kłów i pazurów oraz ptasich skrzydeł (tak jak i wodnego środowiska ryb i łusek) dają w wyniku obraz smoka (równoznacznego z wężem mitologicznym). Co więcej, poprzez badanie smoczych mitów i relacji na ten temat, wywnioskowałem, że świadomość stymulowana ayahuascą angażuje przeczucie nieodłączności życia i śmierci, obawę przed życiem jako samo pożerającym się i samo pochłaniającym życiem-w-śmierci lub umieraniem-w-życiu - i zauważyłem, że tak jak mityczne smoki mogą być symbolami dobra i zła, zwierzęta ayahuaski mogą być przerażające lub przyjazne w zależności od gotowości psyche na zaakceptowanie życio-śmierci lub na odrzucenie, nie tylko "zwierzęcia wewnętrznego" lecz Życia głębszego, wraz z jego śmiertelnością i śmiercionośnością ..."

W zasadzie to czy Narajo ma rację w swej interpretacji nie jest ważne. Chodzi o to, że taki rodzaj interpretacji, w którym wizjonerskie elementy rozpatrywane są jako symbole pełne znaczenia, pasuje do teoretycznego podejścia tutaj przytaczanego. Symbole wizjonerskie mogą być rozumiane jako wywodzące się z gromadzenia ogromnych ilości (psychicznej) informacji.

Naprawdę, to tak, jakby indywidualne video/komputerowo graficzne filmy pierwszorzędnej klasy, robione były przez Inność, po czym prywatnie wyświetlane, podczas przebywania w enteostanie. Wizje magicznie wzbierają z głębin psyche, jak wyplecione z pofałdowanej, wielokolorowej tkaniny snu, jakby czyjaś kora wzrokowa była bezpośrednio sprzęgnięta z jakimś megapotężnym intencjonalnym komputerem. Niejasne elementy z pamięci często są razem wiązane w pewnym nowym kreatywnym stylu, ktoś też może być świadkiem scen nigdy wcześniej nie napotkanych, lecz mimo to natychmiast rozumianych. W obu przypadkach, wizje niemal wybuchają obezwładniającą ilością informacji (w związku z typowo, filmo podobną jakością wizji enteogenicznych, oglądałem raz pouczający dokument antropologa na praktyce u południowo amerykańskiego szamana, który odnosił się do "wizjonerskich filmów". Materiał filmowy przedstawiał mistrza szamana i jego praktykanta po raz pierwszy odwiedzających pobliskie miasteczko Westernised. Będąc tam, postanowili zakosztować kina. Mimo że było to dla nich zupełnie nowe zjawisko, i zapewne znakomity kawałek Zachodniej, artystycznej technologii, obaj skomentowali, że pokazywany film nie był tak dobry, jak wizje, których doświadczyli wykorzystując rodzimą świętą florę!)

Podstawą surowca, z którego modelowane są indywidualne, autorskie wizje, jest czyjś zasób wspomnień i osobista wiedza o świecie. Zgodnie z moją interpretacją, Inność jest w stanie prze-formować tak specyficzne informacje w celu porozumienia w bardzo osobisty sposób, na który ktoś odpowiednio będzie podatny. Tego rodzaju twórcze mistrzostwo reprezentuje meta-język wypowiadany przez Inność, wizje przedstawiają wyższy, bardziej bogatszy informacyjnie, symboliczny język wprowadzany głęboko do wnętrza najskrytszych sanktuariów psyche.

Naginanie łatwowierności

Jeśli zaczyna to brzmieć zbyt naciąganie, to jest tak wyłącznie dlatego, gdyż nowa jest terminologia. To, co nazywam Innością jest dynamicznym informacyjno-integracyjnym procesem określonego żywota, wewnątrz enteogenicznie tchnionego mózgu. Wyrażając to w inny sposób, Inność może być rozumiana jako informacyjne zjawisko, które zogniskowane jest w bycie, podobnie jak świeżo przetarte soczewki mogą nagle skupiać promienie słoneczne w wąski strumień. Wygląda na to, że jest wyższą, bardziej zintegrowaną manifestacją ludzkiej psyche, tak pełne "Odmienności" celowe znaczenie, które może być uważane za w pełni autonomiczne i oddzielne od indywidualnego ja/ego.

Ciężko tak nie sądzić komuś, kto bezpośrednio doświadczył wizji enteogennych. Pomyśl o wielebnym od Harwardzkiego eksperymentu Good Friday, który miał wnikliwe wizje religijne Chrystusa. Jest to sposób, w jaki Inność "przemawia" lub mu się "przedstawia". Język jej jest tak symboliczny, obrazowy i twórczo zestawiony w celu przesłania pewnego intensywnego znaczenia. W głębinach psyche wielebnego powstały informacyjne wzorce neuronowe niesamowitej złożoności, informujące go w tak ekspresyjny sposób. Te szczególne układy informacji psychologicznej wygenerowane zostały z informacyjnych pokładów jego własnej, osobistej psyche, w "stylu", który byłby wysoce znaczący dla niego samego.

Tak więc, Inność jest nazwą lub etykietką rodzaju przetwarzania informacji neuronowej, odpowiedzialnej za stan wizjonerski, rodzaj procesu, który manifestuje przyrodzoną właściwość informacji neuronowej do celowego organizowania się w obładowane głębokim znaczeniem strumienie postrzeganych myśli. Jeśli ktoś chce wyobrażać sobie umysł jako rodzaj procesu informacyjnego, to równie dobrze może wyobrazić sobie Inność jako proces informacyjny. Cokolwiek obejmują faktyczne mechanizmy odpalania neuronowego, najprawdopodobniej wygląda na to, że zbiegająca się informacjo-integracja pewnego typu psychologicznego stanowi podłoże odczuwania obecności Inności.

Im większy zakres informacyjnej spójności, tym kształtujące się wzorce będą mogły więcej spoić różniących się pól danych psychologicznych. Proces ten będzie prowadził do formowania się symboli mitycznych i temu podobnych, jako że symbole są jedynym sposobem, w jaki mogą być wyrażone lub "uchwycone" wielkie ilości powiązanych informacji. Symbol jest skoncentrowaną ekspresją informacji. Ponieważ muszą istnieć ograniczone sposoby, w jakie może być wyrażona, tak duża ilość skupień informacji - innymi słowy istnieją ograniczenia logiczne - tak więc, ponownie tłumaczy to istnienie uniwersalnej symboliki.

Lecz właściwie czemu skupione sploty wielkich ilości psychologicznej informacji powinny być logicznie ograniczone? Czy nie mogłyby powstać jakiś stary obraz lub symbol? Właściwie nie. Pomyśl o jakiejś krótkiej historyjce i wyobraź sobie tak zwany morał historii, próbując podsumować temat jednym zdaniem lub jednym wyobrażeniem wizualnym. Mimo że może istnieć tysiąc i jeden sposobów na opowiedzenie tej historii, zebranie morału (sedna lub ogólnego modelu, który łączy elementy opowieści) w jedno znaczące zdanie, automatycznie ogranicza nas do skorzystania z pewnych słów kluczowych lub pewnych symboli graficznych.

Rozważ również jak to jest, gdy szuka się słowa, które wiadomo, że wyraziłoby to co chce się przekazać; to frustrujące ... jak to się nazywa? Aaa tak, ten moment "mam to na końcu języka". Słowo lub określenie, którego szukamy jest logicznym następstwem tego, co potrzebujemy wyrazić, i bardzo możliwe, że będziemy zmuszeni użyć właśnie to jedno słowo, które "uchwyci" dokładne znaczenie tego co chcielibyśmy zakomunikować.

Podobnie, w języku Inności, występują pewne typy znaczeń (wielkie wzorce informacji), które mogą być wyrażone jedynie sprecyzowanymi symbolami i obrazami. Symbole i wizualne reprezentacje są wysoce zorganizowanymi obszarami informacji. Dlatego symbole takie i wzajmne ich zbliżenie w spójne, postępujące wizje odzwierciedla toczący się język, "wydobywany" przez wyższe informacyjno-organizujące procesy Inności.

Możemy również odwołać się do wizji Gordona Wasson'a o wyimaginowanej bestii ciągnącej rydwan lub o otwieraniu się kolosalnych drzwi. Są to oczywiście niezmiernie potężne symbole pełne przyrodzonego znaczenia, szczególnie postrzegane z tak bliska, jak tylko się da - to jest, bezpośrednio za zamkniętymi oczyma, w czasie superświadomego czaru grzyba. Wizje te nie są jak proste, ładne obrazki, są bardziej jak konfrontacja z ideami i symbolami w ich czystej postaci, emitowanymi z pewnego wysoce zorganizowanego źródła inteligencji - jak, powiedzmy, Platońska sfera czystych Idei, wniosek, który jak pamiętasz, sam Wasson wysunął w swych próbach wyrażenia swoich przeżyć. Rzecz w tym, że ta Platońska Sfera, jeśli tak chce się określić transcendentalną Inność, nie jest statyczna, jak archiwum. Może natomiast informować poprzez dynamiczny strumień zamierzonej informacji, w którym dominuje wizualna symbolika.

Dlatego tego rodzaju symbole mogą być przemyślanymi elementami wyższego języka, nie języka umysłu napędzanego indywidualnym ego, lecz języka komunikatywnej Inności. Symbole są połączonymi skupieniami informacji powoływanych do życia w umyśle rozświetlonym wizjonerskimi alkaloidami. Lub, wykorzystując terminologię Huxley'a, informacyjne formy są transmitowane poprzez napsilocybinowany mózg. W obu przypadkach, Wielki Duch, święta obecność, lub Gajańska Inność ukazują się nie mniej jako będące niesamowicie rozległym systemem zgromadzenia informacji, przepływającej poprzez psychedelicznie wzmocnione wyposażenie neuronowe ludzkiej kory nowej (cortex). Jako że informacja "walczy" by się zintegrować, pojawiają się wiecznie zjednoczone formy, i są one doświadczane jako odczucie obecności Inności, aktywnie komunikującej się w języku potężnej wizualnej metaforyki.

Informacja zdaje się być żywa i skupiona na samo organizacji.

Wielopostaciowość Inności

Terence McKenna wielokrotnie zwracał uwagę, że dla ludzi zachodu w różnym wieku, dość powszechne stało się postrzeganie w wizjach enteogenicznych UFO lub obcych/pozaziemskich motywów. McKenna sugerował, że UFO jest współczesnym symbolem Inności. Nawiązując do Mckenny, Umysł Gajański lub Inność normalnie jest tak od nas odległa, że przybiera "maskę UFO", w celu wyrażenia się lub swej "Inności".

Od 1950 roku, ukazuje się nadmiar filmów sci-fi (science fiction) traktujących o odwiedzinach Ziemi przez obcych/UFO, najbardziej znany to prawdopodobnie "Bliskie spotkania trzeciego stopnia" Spielberg'a. Dominującym tematem tego rodzaju fantazji rozrywkowych jest niewiarygodny wpływ, jaki obecność obcych mogłaby wywrzeć na ludzkości. Jest to nowoczesna wersja starożytnych idei religijnych o boskiej interwencji.

W naszej kulturze pojawiła się nagle pewna wielka, alienowska moc, która w pewien sposób niepokoi, lub radykalnie odmienia ludzką historię i ludzkie przeznaczenie. Każdy musiałby być powiadomiony. Banki byłyby co najmniej pozamykane. Ludzie byliby, chcąc nie chcąc, zmuszeni do przerwania swej codziennej działalności w związku ze spontanicznymi Wakacjami Bankowymi, spowodowanymi kosmitami. Wszystko by się zmieniło. Wizyty UFO i kosmitów są dramatyczne. Niweczą wszystko inne.

Oczywiste więc, że UFO może być pojmowane jako symbol końca 20 wieku i tysiąclecia, bardzo potężny zachodni symbol naładowany znaczeniem. Podkreśla to również sposób myślenia o informacji, w określeniach informacji, klasyczne UFO jest środkiem całej sieci relacji i związków psychologicznych. Uosabia skupienie informacji. Zawiera lub wyraża potężny zestaw związków psychologicznych. Jako proste słowo, "UFO" uosabia informację w kontekście języka angielskiego, podczas gdy jako coś widzialnie spostrzegalnego w wizji enteogenicznej, UFO, lub w rzeczy samej każdy rodzaj obrazu zaawansowanej technologii obcych, reprezentuje wypowiedź w języku symbolicznym komunikatywnej Inności.

Tak oto o UFO mówił McKenna:
"... autonomiczny byt psychiczny, który wymknął się spod kontroli ego i nadchodzi pogrążony w "Inności" nieświadomości. Gdy ktoś w to spogląda widzi siebie, własny obszar informacji świata, cały ulokowany w dziwny, odległy, prawie nadludzki, chłodny sposób, który podłącza go do mitu pozaziemskości. Pozaziemskość jest ludzką Nadduszą w swym ogólnym i szczególnym wyrażaniu na planecie."

Tutaj może znajdować się wyjaśnienie bujnych i często naciąganych historii o faktycznych zgłoszeniach UFO i spotkaniach z kosmitami, niezwiązanych z wizjami przy zamkniętych oczach. Być może pewnym ludziom Inność jawi się w postrzegalnym świecie zewnętrznej rzeczywistości, mimo że byłoby to coś więcej niż przypuszczalne wystąpienie autentycznej halucynacji.

Wykorzystanie przez McKennę określenia "Naddusza" jest kolejnym sposobem nawiązania do Umysłu Gajańskiego lub Inności. Podczas gdy McKenna ochoczo zakłada, że Inność jest twórczym źródłem świętych wizji, ja pozostaję bardziej konkretny twierdząc, że ten rodzaj doświadczenia Inności/Gajańskiego Umysłu wynika z przyrodzonej własności informacji, tak jak z przyrodzonej własności informacji wynika indywidualny umysł. Poprzez zbawcze działanie sakramentalnych alkaloidów Gajańskich w rodzaju psilocybiny, Inność może się manifestować i przepływać przez neuronową architekturę mózgu. Gajański Umysł/Inność/Naddusza jest informacją, lub przynajmniej twórczo organizowaną zasadą, leżącą u podstaw, opartej na mózgu informacjo-integracji i opartym na mózgu wzorcowaniem informacyjnym. Jej język to te z symboli i obrazów kulturowych, które są futurystycznie obce lub nie.

Podsumowując prezentowane do tej pory dalekosiężne spekulacje; czy to osobista czy uniwersalna, informacja zostaje włączona w enteogeniczne wizje w nowy, twórczy sposób, taki w którym przekazywana jest lub przynajmniej zdaje się być przekazywana, sprecyzowana wiadomość lub znaczenie. Wynikająca, obezwładniająca konfrontacja z duchową inteligencją jest więc rezultatem informacjo-integracji do momentu, w którym procesy integracyjne zdają się z całą pewnością "żyć", celowo, i odrębnie od ja lub ego. Jest to ponadnaturalna Inność, wrażliwy, informatywny byt, który nie jest nami lecz czymś bardzo z nami powiązanym.

Czy możemy, lub powinniśmy zsyłać Inność na banicję

Alternatywnie można do tego podejść w chłodny, ograniczony, i sceptyczny sposób i zasugerować, że samo organizująca się, wzorcująca właściwość informacji neuronowej nie odzwierciedla ostatecznie informacyjnie uporządkowanej Inności, lecz tylko pewną nieistotną właściwość informacji. Tak jak grawitacja jest właściwością Wszechświata oddziałującą wszędzie (w skali makroskopicznej) ściągając ze sobą materię fizyczną, tak samo może istnieć pewna przyrodzona, lecz uboczna właściwość materiału psychologicznego (lub informacji neuronowej), która sprawia, że się ona organizuje. Mimo że ten organizacyjny proces może spowodować - jeśli jest pobudzony psilocybiną lub endogennymi związkami mózgowymi w rodzaju DMT - postrzeganie komunikatywnej Inności, ta Inność będzie faktycznie jedynie rodzajem iluzorycznego efektu ubocznego wywołanego doświadczeniem.

Jednakże, twierdzenie tego, w terminach kulturowej historii wizjonerskich doświadczeń szamanistycznych, najwyraźniej jest tak potężne i tak naładowane emocjonalnie, że nasuwający się wniosek o transcendentalnej Inności został poprawnie stworzony i zdaje się jasno wskazywać, że bez dotychczasowej wiedzy nauk psychologicznych występuje tu coś ważnego. Tak wielu ludzi zachodu, którzy próbowali enteogenicznej flory chętnie potwierdzi (włączając w to tych kilku odważnych antropologów, którzy kosztowali amazońskich wywarów psychedelicznych i doświadczali świętych wizji), że to jednak nie "prymitywne" sugestie lub pogłoski, prowadziły rdzennych szamanów do wywołania postrzegania kontaktu z bogami lub duchami, lecz raczej, że święta natura doświadczenia enteogenicznego, zdaje się tak spektakularna, tak wymowna, że wywnioskowanie Inności staje się nieuniknione.

Nawet jeśli wciąż będziemy optować za ograniczonym wyjaśnieniem towarzystwa kanapowego, nie będzie to rozbieżne z pojęciem Inności, lecz będzie jedynie rodzajem sprytnego uniknięcia i niechęci do powołania "wielkiej idei", do której nie jesteśmy przyzwyczajeni. Zdegradowanie Inności "jedynie" do przypadkowo zorganizowanej zasady tkwiącej w informacji bez rzeczywistego sensu, jest jak twierdzenie, że normalna świadomość jest "jedynie" przypadkowym efektem neuronowym pozbawionym jakiegokolwiek rzeczywistego sensu. Lecz ponieważ wiemy, że normalna świadomość jest sensowna (mamy wolę bardziej lub mniej) możliwym jest, że Inność reprezentuje rodzaj celowej woli ponad i poza tą z indywidualnym ego. W rzeczy samej, jeśli weźmiemy pod uwagę również wiele innych samo organizujących się właściwości Wszechświata - które uznaliśmy za fundamentalne - wtedy Inność, podobnie, mogłaby stanowić fundamentalny aspekt Natury, który objawia się, gdy w ludzkiej korze mózgowej panują odpowiednie warunki.

Ale jeśli nalegać, czy naprawdę wciąż trzeba mówić o oddzielnej komunikatywnej obecności, gdy przynajmniej częściowo wystarczającym będzie wyjaśnienie mniej fantazyjne? Czy nie jesteśmy w niebezpieczeństwie stania się nieco religijnymi, powołując się na swego rodzaju superinteligencję oddzieloną od indywidualnego ja?

Krótka odpowiedź to "tak" i "trochę tak". Lecz jeśli dla krytycznego czytelnika pogląd na intencjonalną Inność wciąż wygląda zbyt dziwacznie, idea może być dalej broniona przez rozpatrzenie zwykłej, analogicznej sytuacji, w której wysnuwamy inność nie-samo-zasadną. Mimo tego, czyż nie zakładamy wszyscy bez jakiejkolwiek wątpliwości, że istnieją inne świadome umysły? A mimo to, jest to również tęgi wniosek całkowicie wyciągnięty z subiektywnego doświadczenia. Rozwińmy to, gdyż jest to wystarczająco osobliwe i istotne dla zasadności powoływania się na inne intencjonalne byty.

Wielkie Ja, małe ja

Wnioskujemy, że transcendentalna, komunikatywna Inność naprawdę nie różni się od niewypowiedzianego wniosku, iż istnieją inne ludzkie umysły. Oba te typy inności, pisane przez wielkie "Ja" i przez małe "ja", są jednakwo pojmowane jako ogniskowe intencjonalnego przetwarzania informacji. Mimo, że inne, oddzielone od siebie świadome umysły, mogą nie istnieć. Lub może ich być tylko kilka. Nie możemy całkowicie udowodnić, że inni posiadają świadome umysły, takie jak nasz, gdyż mamy dostęp jedynie do ich zewnętrznych manifestacji. Inni ludzie mogą być faktycznie, nie daj boże, bezdusznymi automatami, niczym więcej jak mechanicznymi zombi udającymi byty świadome. Według wszystkiego co wiesz, możesz być jedyną istniejącą, świadomą istotą. Z jakim świadomym doświadczeniem jesteś zaznajomiony, jak nie ze swoim własnym? W rzeczy samej, gdy Descartes zaczął swą filozoficzną karierę, chciał wiedzieć tylko to, czego mógł być absolutnie pewien, bez cienia jakiejkolwiek wątpliwości. Wyglądając przez ozdobne, siedemnastowieczne okno, zastanawiał się, czy może cała rzeczywistość nie była zmyślnie zaprojektowaną sztuczką, odgrywaną na nim przez jakiegoś szczwanego demona o absolutnych mocach szachrajskich. Podejmując tak ponury scenariusz, Descartes doszedł do wniosku, że jedyną rzeczą, o której wie, że na pewno jest realna, to istnienie jego własnego ja - myślał, dlatego był. Przynajmniej co do tego nie było wątpliwości. Ta wbrew pozorom prosta realizacja stała się pewną podstawą umożliwiającą mu rozwinięcie całej jego późniejszej filozofii i nauki.

Filozoficzne przekonanie, że istnieje tylko czyjeś własne ja, znane jest jako solipsyzm. Mimo że może to brzmieć dziwnie, jest to stanowisko teoretyczne, które może skusić do zajęcia wiele osób, nawet po to by jedynie zagrać ideą w celu rozdrażnienia i zdezorientowania przyjaciół. Sens poruszenia tej kwestii jest taki, że wszyscy robimy duży przeskok wierzeniowy akceptując to, że inne umysły, tak jak nasz istnieją naprawdę, i ten sposób myślenia "działa" do tego stopnia, że większość ludzi nie ma bladego pojęcia, czym jest solipsyzm, i nawet nigdy nie podjęła tej idei, mimo że jest ona w gruncie rzeczy uzasadnioną cząstką osobowej filozofii.

Bezpośrednio analogiczne z naszym niewypowiadanym przyjęciem, że istnieją inne świadome umysły takie jak nasz, jest sugestia, że inteligentna, komunikatywna Inność leży w sercu wizji szamańskich. To że ktoś po środkach enteogenicznych doświadcza potężnych wizjonerskich efektów zdaje się nie do zaprzeczenia, i sprawia, że jest to ważny i możliwy sposób wyjaśnienia doświadczenia, mimo jego wyraźnych odcieni wzniosłości.

Dlatego stwierdziłbym, że wszelkie mówienie o Inności, lub Umyśle Gajańskim, jest uzasadnionym, teoretycznym przypuszczeniem, wniesionym ze względu na niesamowicie integratywne przetwarzanie informacji, występujące w enteogenicznie uraczonym mózgu. Takie chemicznie wzbudzone wzorcowanie neuronowe, doświadczane jest jako tak bogate w symbolikę i znaczenie, że dla wszystkich intencji i celów może być w sumie rezultatatem żyjącego, inteligentnego i komunikatywnego działania wytworzonego z informacji, działania, którego intencje mogą zostać zogniskowane w taki sposób, by chemiczne stany ludzkiej kory były tak bardzo sprzyjające. Istotnie, informacja musi być w pewnym sensie żywa.

"Snoformacja"

Podobny proces do tego zarysowanego powyżej zdaje się kierować śnieniem, jako że złożone i często niesamowicie stylizowane scenariusze senne są tym, z czym identyfikujemy nasze śnienie. Dosłownie jesteśmy świadkami integracyjnych procesów informacyjnych naszych śniących umysłów, często będąc zatopionymi w dziwnych i misternie zekranowanych i opisanych scenariuszach snu. Lecz, i jest to ważne zastrzeżenie, w snach nasze śniące ja nie jest generalnie za bardzo świadome i uważne, tak więc sny pozostają eteryczne i ulotne (póki ich nie zapiszemy), w przeciwieństwie do wizji psilocybinowych, które są bardzo przytomne i wiernie utrzymują się w pamięci.

Spekulowano, że powodem, z jakiego nie możemy zachować doświadczenia sennego są zwykłe mechanizmy neuronowe, stanowiące podłoże procesów pamięci długoterminowej, które w stanie snu są wyłączone. Jakkolwiek nie występuje to w psilocybinetycznych snach/wizjach "na jawie", gdyż systemy neuronowe, które warunkują pamięć długoterminową wciąż działają. Dlatego być może, psilocybina może ominąć te mechanizmy mózgu, które normalnie służą do powstrzymania nas od umyślnego dochodzenia do informacji docierających z kreatywnych głębi psyche.

Neuropsycholog i ekspert od procesów snu J. Allan Hobson rozwinął model śnienia, który jest zgodny z rodzajem informacyjno-integracyjnego modelu, przedstawianego w tym rozdziale. Hobson zaproponował "aktywacyjno-syntezowy" model śnienia. Do swych teoretycznych konkluzji doszedł po przestudiowaniu ogromnej ilości, neurochemicznych procesów leżących u podstaw snów REM, procesów które wliczają oczywiście, wstrzymanie serotonergicznego układu jąder szwu mózgowia.

Tak oto Hobson pisze o swym aktywacyjno-syntezowym modelu:
"Aktywacja jest pojęciem energii: we śnie REM (śnienie) włączone są obwody mózgu stanowiące podłoże świadomości.
Synteza jest pojęciem informacji: proces poznawczy snu jest wyrazisty, ponieważ mózg syntezuje fabułę snu poprzez powiązanie informacji pochodzących ze źródeł całkowicie dla siebie wewnętrznych i ponieważ sposób w jaki jest przetwarzana informacja jest radykalnie odmieniony przez zmiany chemiczne. Tak więc termin "synteza" oznacza zarówno sfabrykowane (zrobione) jak i zintegrowane (spasowane razem)."

Tak więc, sny są powiązane z nocną, okresową burzą odpalania neuronowego występującego przypuszczalnie w milionach lub nawet miliardach neuronów, oczywiście z towarzyszącą im możliwością do niesłychanie wielkiej, połączeniowej komunikacji (powinniśmy mieć na uwadze, że śnienie może być częściowo spowodowane endogenicznym DMT). Całe to bogactwo aktywności jest następnie organizowane/integrowane w taki sposób, że sny powstają, lub są syntezowane. Tak więc, sny skonstruowane są z informacji, przez co informacja urzeczywistniana jest w niezwykłym, całościowym stanie odpalania mózgu.

Jak już ustaliliśmy, pokrewny proces zdaje się odbywać gdy w mózgu obecna jest psilocybina, chociaż ta druga sytuacja "świadomego snu" ma miejsce w stanie świadomym, przy zamkniętych oczach, podczas gdy śnienie występują w czasie snu. Tak więc, mimo iż psychedeliczny stan wizjonerski i stan snu występują gdy mózg znajduje się w całkowicie odmiennym stanie (stan przebudzenia w przeciwieństwie do stanu snu), ogólna zasada wytwarzania wizji i wytwarzania snu jest w obu wypadkach taka sama. Ponownie powtórzę, zasada ta polega na wzorcowaniu i spójności olbrzymich ilości odpaleń aktywności neuronowej, wygenerowywanej ze źródeł wewnętrznych a nie zewnętrznych. Przewagą "świadomych snów", wywołanych przez enteogeniczne alkaloidy, nad normalnym procesem snu jest to, że pozostaje się w nim bardzo uważnym i bardzo świadomym wizjonerskiego dialogu, który generalnie nie zostaje zapomniany. Wizje enteogeniczne mają na ogół również bardziej świętą postać niż sny.

Różnorodność przeżyć sennych

Sny mogą często zdawać się zupełnie prozaiczne, zawierając być może zintegrowane wycinki informacji, które podświadomie postrzegane są w stanie jawy. Poprzez złączanie tych niejednorodnych cząstek informacji, ułatwione może być swego rodzaju uczenie. Rzeczywiście, dowiedziono, że jeśli szczury (wybaczcie ratomorfizm) są wybiórczo pozbawiane faz REM snu, to są bardziej podatne na zapominanie wcześniej wyuczonej informacji.

Powolne, nowonarodzone niemowlęta spędzają około 16 godzin dziennie pogrążone we śnie, którego połowę stanowią fazy REM/senne. Oznacza to że śnią trzy razy więcej niż dorośli. Jako że noworodki mają silną potrzebę nauki świata, śnienie ułatwia prawdopodobnie zachodzeniu pewnych rodzajów informacjo-integracji - a więc uczenia się. Informacja zdobyta w czasie czuwania może być w czasie snu przesiana, utrwalona, uporządkowana i generalnie "rozgryziona" by tak rzec. W skrócie, jedno z psychologicznych podejść do snu zakłada, że śnienie pozwala informacji wintegrować się w rozbudowującą się psychikę, pogląd w pełni zgodny z moimi własnymi przypuszczeniami.

Które ze snów nie są połączone, powiedzmy, z różnymi częściami informacji, lecz dotyczą "wielkich" tematów? Szczególnie te, naprawdę jaskrawe, które pozostawiają na nas długotrwały, emocjonalny wpływ. Te które zdają się mieć jakieś znaczenie, ważne dla naszego wewnętrznego samopoczucia. Mimo że na zachodzie nie mamy kulturowej tradycji traktującej sny zbyt poważnie, czy to te z rodzaju prozaicznych czy poruszających, to w przypadku naszego gatunku nie zawsze tak było. To przypuszczalnie zjawisko znamiennego postrzegania snów sprawia, że kultury tubylcze, jak rdzenni Indianie Ameryki, traktują sny poważnie - tak bardzo, że sny często bywają omawiane i oddziałują na całe plemię. Tego rodzaju pouczające sny doprowadziły również zachodnich myślicieli, na przykład Jung, do stworzenia pojęcia Zbiorowej Nieświadomości, z której mogą wyłanić się archetypowe symbole senne. Mimo że taka Jungowska interpretacja może być nieusprawiedliwiona, uwydatnia to fakt, że pewne sny mogą służyć jako źródło użytecznej informacji, którą to powinniśmy skontemplować. Faktycznie, jeśli nie o to by tu chodziło, to przypuszczalnie rdzenne kultury nigdy na pierwszym miejscu nie przejmowałyby się analizą snu.

Zważywszy na te właściwości snów, możemy wyraźniej dostrzec, że mózg jest dosłownie organicznym urządzeniem organizującym informację, mogącym ustawicznie tworzyć wzorce informacyjne, zarówno świadomie jak i nieświadomie. Jedyną prawdziwą różnicą pomiędzy snami a wizjami enteogenicznymi zdaje się być zakres i skala tego ważnego procesu. Jeśli informacyjna integracja jest dopuszczona do osiągania pewnych progów aktywności poprzez katalityczne pośrednictwo związków enteogennych, to najwyższe źródło informacyjnego procesu wzorcowania może być boskie, a my bezpośrednio doświadczamy symbolicznego i odmąconego dialogu z Innością, gdzie Inność jest dosłownie, samo organizującą się właściwością informacji urzeczywistnioną w ten sposób w neuronowej aktywności odpalania. W takim znaczeniu Inność jest utajoną formą informacji, która potencjalnie może zostać wniesiona do życia poprzez mechanizmy przetwarzania zainstalowane w mózgu. Neuronowa/psychologiczna informacja, poprzez samokształtowanie ograniczonymi sposobami, dopuszcza do wyłonienia się określonych motywów, reprezentantów ponad całościowego symbolicznego języka transcendentalnej Inności. Ten język jest aktywowany i pojmowany zarówno w czasie stanu świadomego śnienia jak i wywołanego psilocybiną stanu psychedelicznego. Oba stany są naturalne i oba pochodzą od zdolności mózgu do aranżowania, spajania, i układania wielkich ilości informacji.

Ekspansja rzeczywistości

Z tego co dotychczas przedyskutowaliśmy odnośnie doświadczenia psilocybinowego może wynikać, że główne efekty w stanie wizjonerskim występują przy zamkniętych oczach, jednak przy otwartych oczach napotyka się porównywalne, postrzegalne cuda. Świat wygląda jak nowy, tryskający znaczeniem i pięknem, które dosłownie oczyszcza duszę. Widzi się czyściej niż można to sobie wyobrazić, tak jakby przysłaniająca chmura została łaskawie rozproszona by ukazać czyste, nieskażone jestestwo rzeczywistości. Postrzeganie wzrokowe doznawane jest jakby było najwyższej rozdzielczości filmem, mogącym wychwycić luksusowość wcześniej ukrytych detali. Pojawiają się wielkie myśli, nieproszone lecz pełne przemożnego znaczenia, tak jakby w czyimś odczuwaniu znalazły się nagle największe tajemnice rzeczywistości. To jedynie mała ociupina, którą można tu przedstawić. W jaki sposób można wyjaśnić tę fenomenologię w naszym informacyjno integracyjnym modelu?

W związku z radykalną poprawą percepcji wzrokowej spowodowanej psilocybiną, logicznym wydaje się wnioskowanie, że zmiana funkcjonowania serotonergicznych systemów ułatwia lepsze "wchłanianie" zewnętrznej informacji rzutowanej na oczy. Większa ilość informacji znajdującej się w świetle przepływa przez system wzrokowy do mózgu, i doświadczana jest jako zapierająca dech w piersiach wizualna klarowność i rozszerzona świadomość (super czujność, jeśli wolicie). Jako że my ludzie faktycznie jesteśmy zanurzeni w oceanie fotycznej informacji, poprzez nieznaczne odmienienie chemii mózgu, możemy pozwolić temu pływowemu napływowi informacyjnego morza światła, przemieść system wzrokowy, pozostawiając nas zalanymi perceptualnymi danymi.

Wszystkie obiekty, czy to organiczne czy nieorganiczne, posiadają wewnętrzne znaczenie lub zestaw relacji z innymi obiektami. Posiadają informacyjną zawartość, ponieważ są połączone z siecią relacji z innymi obiektami. Jak mówiono wcześniej, "widzieć" obiekt to nie jedynie dostrzec jego kształt czy kolor, lecz dojść jego znaczenia. Przecież siatkówka oka rejestruje jedynie odwrócony dwuwymiarowy model, niezliczonego nasilenia światła, tak jak obraz komputerowy rejestruje szeregi wartości intensywności świetlnych. Nie jest to widzenie. Prawdziwe widzenie, takie jakie znamy, wymaga wyobrażenia tego, co obiekt oznacza. Zobaczyć obiekt to pojąć wszystko naraz, jego rolę, funkcję, i relacje - tj. jego znaczenie - w rozległej sieci obiektów.

Sugeruję, że pod urokiem psilocybiny, można głębiej wnikać w informacyjną zawartość obiektów. To trochę jak szukanie słowa w słowniku i zauważanie wszystkich jego znaczeń, dochodząc tym sposobem do zrozumienia słowa w jego pełnym sensie. Normalnie możemy nie dostrzegać pełnego znaczenia słowa, dochodząc może jedynie ułamka jego prawdziwej, semantycznej treści, a jednak, przynajmniej w teorii, możemy próbować dojść do lepszego upewnienia.

Oto, czego dotyczy psychedeliczna percepcja, dostępowanie do ukrytej informacji normalnie dla nas zasłoniętej przez zwykłe ograniczenia przetwarzania informacyjnego mózgu (moje porównanie do pojmowania słów jest użyteczne, co mam nadzieję lepiej ukazać w następnym rozdziale, gdzię powiem jak to "materialne" obiekty różnych dziedzin - takich jak dziedzina fizyki, chemii i biologii - są elementami w zagnieżdżonej hierarchii językopodobnych systemów, odgrywających funkcjonalne role, tak jak słowa).

Dialogi informatywne

Co się tyczy bogactwa nowatorskich myśli i idei, które wytryskują do świadomości w czasie enteogenicznej ekstazy, zdawałoby się, że tak jak wizje, są manifestacją Inności, reprezentując tym samym holistyczne wzorcowanie neuronowo świadczonej informacji. Często może być to doświadczane jako swego rodzaju wewnętrzny dialog z mądrym bytem. Wnikliwe myśli nabierają własnego życia, które gwałtownie przepływa, generując kolejne myśli i wglądy. Niemożliwym jest ponowne nie powołanie się tu na język, jako na pojęciowe narzędzie wyjaśniające, mimo że tego rodzaju wewnętrzny język psychedeliczny wymaga o wiele wydajniej złożonych myśli i toków pojmowania niż system języka mówionego. Codzienny język zdaje się niemrawy i nieporęczny w porównaniu z językiem szamańskiej kontemplacji, która porusza się zupełnie odmiennym krokiem. W rzeczy samej, czysta swoboda i spektakularna wnikliwość szamańskiej kontemplacji wyjaśnia jej emocjonalny wpływ i niewymowność.

Jeśli w jakikolwiek sposób zaczniemy pojmować język jako system komunikatywnej informacji, wtedy zobaczymy, że ma wiele trybów i są one urozmaicone, wszystkie funkcjonują na różnych prędkościach i wszystkie różnią się właściwościami. Zasada jednakże jest ta sama. Istnieje przepływ informacji i naturalny rozwój, który dostarcza dalszych informacji, tak jak w przypadku dialogu mówionego. Kiedy komunikujemy się z kimś innym w języku konwencjonalnym, czy to pisanym czy mówionym, inicjujemy dialog w którym wymieniana jest informacja. Niezależnie czy dialog ten jest jednostronny czy nie, proces jest dynamiczny, ponieważ informacja przepływa z jednego systemu do drugiego, od jednej osoby do drugiej, z jednego mózgu do drugiego, z jednego umysłu do drugiego.

W przypadku enteogenicznej kontemplacji następuje wewnętrzny dialog, w którym odbywa się przepływ idei między ja a Innością, gdzie Inność jest oddzielnym lub wyższym poziomem źródła informacyjnego, będącego jedną ze składowych w procesie dialogu. Poprzez enteogeny, indywidualnej psyche udaje się otworzyć na królestwo Inności, ułatwiając tym samym dialog myśli, w którym otrzymywana jest radykalna wiedza. Tak dla pewności, niewiarygodny pomysł, który psilocybinowe doświadczenie, czyni w jakiś sposób zasadnym, jak już mam nadzieję wyjaśniłem, wymaga tego rodzaju niesamowitego wytłumaczenia.

Tak więc, znamy już model świadomości, ukazujący ją jako konkretny wzorzec informacji urzeczywistnionej w płynnym, elektrochemicznym stanie mózgu. I mamy również informacyjną istotę, którą możemy nazwać Innością zdolną do przekazywania swej intencji za pośrednictwem enteogenicznych alkaloidów psilocybiny. Obie można lepiej zrozumieć jako procesy (lub czasowniki), jako przeciwne rzeczom, co więcej procesy obejmujące wzorcowanie, lub ogniskowanie, lub złączanie, lub nawet organizowanie ogromnych ilości informacji.

Teraz musimy skierować się na samą naturę informacji. W szczególności powinniśmy przyjrzeć się informacji na zewnątrz mózgu by zobaczyć, czy też może być rozumiana w ten sam "integracyjny" sposób. Czy informacyjny język leży u podstaw Natury? Czy cząsteczki i atomy mogą być interpretowane jako będące informacyjnymi elementami w molekularnym lub fizycznym języku? A jeśli tak, czy proces rzeczywistości składa się ostatecznie z przepływu językopodobnej informacji? Czy wszystko jest informacją? Czy nasz Einstein wyłonił się, dorósł, stał się sławny, i w końcu zmarł w zasadniczo informacyjnym procesie rzeczywistości? Czytaj dalej, gdyż ma opowieść o grzybach psilocybinowych ledwie się zaczęła. Wygląda na to, że informacja nie może być powstrzymana.

Rozdział 7
Wszechświat informacji

Chcąc nie chcąc, enteogenne środki Natury dostarczyły dowodu nie do odparcia, dla poniższych, dwóch najbardziej interesujących twierdzeń: po pierwsze, że świadomość jest formą informacji potwierdzonej w obrębie aktywności neuronowego odpalania mózgu, i po drugie, że ten rodzaj mózgowej informacji ma tendencję do organizowania się i integrowania. Dowód na poparcie pierwszego twierdzenia został dostarczony przez przyglądanie się sposobom w jakie świadomość jest odmieniana przez subtelne zmiany w chemii odpowiedzialnej za odpalanie neuronowe. Chemicznie wywołane zmiany w stanach globalnych neuronowego odpalania są tożsame ze zmianami w świadomości, i ponieważ globalne stany neuronowego odpalania muszą być globalnymi stanami informacji (czym innym mogłyby być?), możemy wnioskować, że świadomość jest formą informacji.

Dowód na poparcie drugiego twierdzenia - mózgowa informacja ma tendencję do organizowania się - wziął się z analizy enteogenicznej fenomenologii a nawet śnienia, obu procesów uwydatniających sposób w jaki informacja psychologiczna organizuje się bez świadomego wysiłku z naszej strony. Co oznacza, że po przyswojeniu środków enteogennych możemy uznać się doświadczającymi wizji szamańskich, lub podobnie, uznać się doświadczającymi wymyślnych scenariuszy sennych (być może za pośrednictwem endogenicznego DMT) podczas gdy my śpimy.

Pierwsze doświadczenie, wizjonerski stan enteogenny, wydaje się przedstawiać najbardziej skrajny przejaw struktury informacyjnej, tak bardzo, że trzecie twierdzenie nasuwa się samo, mianowicie, że inteligentna Inność, odrębna od ego/jaźni, leży za świętym ciągiem psychedelicznej fenomenologii. Tak oddzieloną Inność można rozważyć jako stanowiącą zorganizowane źródło informacji intencjonalnej, która komunikuje się z indywiduum, którego system neuronowy natchniony został enteogennymi alkaloidami. Tak więc możemy zgodzić się z Huxley'em i jego twierdzeniem, że psychedeliki pozwalają znaczniejszej ilości tego co zwał Umysłem w Całości (Mind at Large) wpłynąć w świadome postrzeganie. Umysł w Całości jest Innością, Umysłem Gajańskim, który potencjalnie sprzęga się z ludzką psychiką, ujawniając się w doświadczeniu szamańskim i być może w czasie snów symbolicznych. Informacja jest treścią zarówno Inności jak i ludzkiego umysłu. Świadome doświadczenie jest informacją w toku, tak jak doświadczenie enteogeniczne. Im większe pole przetwarzanej lub wcielanej informacji, tym większą świadomością możemy się stać (słowo świadomość oznacza "wiedząc razem").

We wszystkich trzech propozycjach, "informacja" to bardzo kategoryczny termin, który pasuje do teoretycznego obrazu. Rozdział ten próbuje formalnie objaśnić oparty na informacji scenariusz i dalej zgłębiać naturę informacji i jej rolę w całym Wszechświecie.

Świadomość, informacja i rzeczywistość

Po pierwsze, wnikanie w naturę informacji i jej rolę w kształtowaniu Wszechświata może wydawać się nieco odmiennym celem. Przecież, czy nie wkraczamy na terytorium daleko odrębne od dotykalnych roślin i grzybów enteogennych? Czy nie spekulujemy dalece poza poczuciem obowiązku?

Tak naprawdę, grunt informacyjnego terytorium, które wkrótce będziemy eksplorować jest dokładnie tym, co rozświetlają szamańskie środki. Kwestia występująca we wszystkich wytwornych, psychedelicznych debatach to, czy jest to natura postrzeganej rzeczywistości, a w szczególności, czy pozornie rozszerzające się pole rzeczywistości ujawniane w stanie psychedelicznym, z jego niewątpliwie duchowymi oznakami, ma jakiekolwiek solidne podstawy. Moje przekonanie, tak jak Huxley'a i Mckenna'y, jest takie, że enteogeny w rodzaju psilocybiny naprawdę pozwalają nam przelotnie dostrzec "większy obraz", i że powinniśmy podążać za konsekwencjami takiego doświadczenia tak daleko jak tylko mogą nas zabrać.

Związek między kontemplacją psychedeliczną a kontemplacją rzeczywistości jest tak naprawdę jedną i tą samą rzeczą. Autentycznie mistyczne doświadczenie, w którym odczuwana jest obecność Inności nie może zawieść, lecz może zmienić czyjeś pojęcie świata, a w szczególności, znaczenie jakie nadaje się życiu, szczególnie świadomemu, ludzkiemu życiu na tej naszej małej, wrażliwej planecie. Dlatego nie jest niespodzianką, że fenomenologia enteogeniczna może być odrobiną nabożności w naturze. Ponieważ w stanie psychedelicznym całe pole rzeczywistości jest na nowo pojmowane i na nowo postrzegane, występuje tu rodzaj subiektywnego przesunięcia paradygmatu spokrewnionego nieco z przesunięciem paradygmatu nauki. Te przesunięcia w perspektywie teoretycznej wymagają zupełnie nowych ram pojęciowych, które obejmą fundamentalną naturę rzeczy. Podobnie, tradycyjne ideologie religijne usiłują dostarczyć ogólny system, przy pomocy którego zrozumie się rzeczywistość. To ta holistyczna natura myśli religijnej, która łączy ją z myślą psychedeliczną.

Enteogeny są więc potężnymi narzędziami, które wykuwają nowy zestaw pojęć o procesach rzeczywistości i każdy kompetentny człowiek chcący koniecznie uchwycić istotę Natury powinien rozważyć ich zastosowanie. Te nowo zdobyte pojęcia i spostrzeżenia mogą być dalej stosowane długo po zmetabolizowaniu szamańskich katalizatorów w nieaktywne produkty uboczne. W takim znaczeniu, że raz wykryte, nowe perspektywy pojęciowe i nowe wglądy w Naturę, instalują się na stałe w umyśle. Raz skosztowana, organiczna ekstaza wizjonerska, nie zostaje zapomniana. Nigdy. Trudność lub dojmujący trud następuje podczas próby połączenia nowej perspektywy rzeczywistości ze starą, zmieszania ich, że tak powiem, co jest dokładnie tym o czym mówi resztę tej książki.

Huxley streścił efekt psychedelików przesuwający paradygmat w swych zainteresowaniach i troskach w czasie ostatniej dekady swego życia. Jak widzieliśmy, był przekonany, że psychedeliki pozwalają uzyskać dostęp do świętego aspektu Natury napotykanego przez mistyków i religijnych wizjonerów, realnej strony rzeczywistości, ale ukrytej dla świeckiego umysłu. Faktycznie, poprosił nawet żonę by wstrzyknęła mu LSD na krótko przed tym nim zmarł, tak pewny był tego, że stan psychedeliczny umysłu może przygotować go do stanięcia twarzą w twarz z ostatnim etapem ludzkiego życia. Jest to raczej dramatyczne świadectwo faktu, że psychedeliczna świadomość podłącza kogoś do najgłębszych tajemnic, z którymi konfrontuje nas rzeczywistość.

Podobnie w kontekście tradycyjnego szamanizmu psychedelicznego, jak ten praktykowany w Południowej Ameryce, mitologiczne pojęcie rzeczywistości utrzymywane przez całe plemię wywodzi się od wpływu roślin enteogennych oddziałujących na psychikę szamańskiego podróżnika. I jak poświadczyli kwasowi guru lat 1960, światopoglądy są bardzo poważnie zagrożone gdy przychodzi do zastosowania psychedelików. Chemicznie wszczęta zmiana w czyichś podstawowych pojęciach o rzeczywistości i sama kultura również ulega przemianie.

W obu powyższych wypadkach, rozpatrywaną kwestią jest rzeczywistość, wraz ze znaczeniem doświadczenia psychedelicznego w jej kształtowaniu. Nawet bez doświadczenia psychedelicznego, Natura wymaga byśmy pojęli ją w pewien uporządkowany sposób. Ponieważ jesteśmy wpleceni w samą tkaninę Wszechświata nie możemy wiecznie ignorować jego prawdziwej natury.

Być może w najlepszym razie, naturę rzeczywistości pojmujemy nieświadomie, wszyscy posiadamy wiele ukrytych hipotez i przekonań na temat świata (na przykład ta książka, zawiera wiele prostych założeń takich jak przypuszczenie, że "tamten świat" naprawdę istnieje, i że jego naturę naprawdę można zrozumieć).

Tak jak naszą świadomość, wiele rzeczy uważamy za pewnik i nawet mocno się nad nimi zastanawiamy (jak na przykład stałe istnienie dobroczynnego, wydzielającego energię słońca). To co czyni substancje enteogenne tak niezwykłymi, to ich niezwykła zdolność, by wziąć czyjś drogocenny arsenał koncepcji rzeczywistości, a następnie energicznie nim potrząsnąć, tak by ukazać po prostu, jak marne i płytko ukorzenione mogą być te zakorzenione przekonania. Jeśli normalną świadomość wyobrazimy sobie jako igłę sunąca wzdłuż żłobienia pozornej "powierzchni" Natury, enteogeny w rodzaju psilocybiny mogą pchnąć igłę świadomości w rzadsze, i faktycznie, bardziej "kapitalne" żłobienie powierzchni (more "groovy" surface groove - ang.). Prawdziwa natura rzeczywistości staje się więc rodzajem "niedokończonego biznesu", z którym trzeba się po prostu uporać. Jest to larum orędownika psilocybiny. Jeśli naprawdę chcemy zrozumieć proces rzeczywistości i rolę człowieczeństwa w świecie naturalnym, to enteogeny oferują nam bezpośrednią ścieżkę do Inności, wrażliwej i intencjonalnej organizacji sporządzonej z informacji, której obecność i przesłanie na nas czeka.

Oszacowanie sytuacji rzeczywistości

Nie można zatrzymać rzeczywistości, a to czyni jej naturę onieśmielającą niezależnie od tego w co wierzysz. Słońce nas grzeje lub nas pali. Chłód zimy przenika ciało i nasze homeostatyczne ciała automatycznie odpowiadają drżeniem. Nieustający pęd naszej biologiczności miliarda komórek pcha nas do seksu, sprawia że obmacujemy, przywieramy, jęczymy i drżymy. Ten sam biologiczny marsz zmusza nas również, byśmy co noc spali. Budzimy się i znowu się dzieje - proces rzeczywistości. Jesteśmy nieuniknienie nim obwiązani jak ziarnka piasku schwytane w wieczny wir wiatru. Bardziej do rzeczy, ostatecznie ten nieprzemijający stan nas zabija.

Jak zauważyłem we wstępie do tej książki, cokolwiek mogłeś czytać, niebywała natura procesu rzeczywistości pozostaje otwarta na pytania. Zawsze może o to chodzić. W miarę jak nauka wnika w serce "materii" zdaje się ukazywać więcej tajemnic. Co więcej, naukę stworzono przede wszystkim w celu zbierania danych. Inną kwestią jest to, jak te dane są interpretowane. To co dla jednego naukowca jest skomplikowanych systemem mechanicznym, dla innego może być jawnym dowodem na zorganizowaną inteligencję. A odnośnie długo poszukiwanej super teorii, która będzie mogła wyjaśnić całość Natury w terminach, powiedzmy, iluś tam wymiarowych superstrun, lub w terminach pewnych zawiłych równań matematycznych, które naprawdę mogą być zrozumiane jedynie przez kilku zinstytucjonalizowanych profesorów, to pomija to przypuszczalnie wyjaśnienie świadomości i tajemnicy umysłu. W rzeczy samej, taka "ostateczna" teoria, takie ostateczne równanie nagryzmolone na tablicy jednym pociągnięciem kredy, prawdopodobnie raczej zdezorientuje przeciętny umysłu niż go oświeci.

Oczywistym wydaje się, że jeśli otwieramy się na bezkresną, kosmiczną tajemnicę egzystencji, to o wiele gorzej byśmy uczynili gdybyśmy nie rozwijali implikacji napędzanego psilocybiną świętego doświadczenia. Skonsumowanie ciała Boga (God's flesh - aztecka metafora dla grzybów - przyp. tłum.) jest wystrzeleniem się całym sercem w tajemnicę bytu, tajemnicę naszej krótkiej egzystencji wewnątrz tego wielkiego systemu, który zwiemy Naturą. Nasze życia określone są naszym świadomym doświadczeniem. Jesteśmy prowadzeni, powodowani i perswadowani według tego jak jesteśmy informowani. Niezwykła cecha roślin i grzybów enteogennych to, że mogą nas informować na wnikliwe i wzniosłe sposoby. Ignorować ich efekty to ignorować nowe perspektywy rzeczywistości.

Jest tak, że natura Wszechświata, w którym się znajdujemy określana jest dominującymi systemami pojęciowymi wbudowanymi w naszą kulturę. W naszym przypadku, przeważająco upraszczający i materialistyczny paradygmat roztaczany przez większą część naukowej społeczności kształtuje naszą ocenę świata. W tradycyjnym naukowym poglądzie przenikającym nasze instytucje edukacyjne, nie ma realnego miejsca na jakiekolwiek transcendentalne aspekty Natury. Natura jest tam, Natura jest nadzwyczaj zrozumiała, możemy się uczyć jak to działa i to w zasadzie wszystko co tego dotyczy drogie panie. Mowa Natury posiadająca duchowy wymiar lub intencjonalną właściwość jest zmorą dla większości naukowców. Zwolennik neoszamanizmu będzie niewątpliwie miał stereotypowy obraz pragmatycznego, upraszczającego naukowca. To będzie on, i będzie stary, przerażający, z ponurą twarzą, we wszelkich rozmowach o tak zwanej czującej i intencjonalnej Inności zawsze wymachujący suchym palcem napominania. Jeśli wizje psychedeliczne nie mogą być empirycznie zmierzone w żadnym laboratorium to zapomnij, powie. A jeśli ktoś go nakieruje na kilka eksperymentów naukowych, które usiłowały zmierzyć tajemnicze doświadczenie, niewątpliwie wytknie dziury w metodologii i poprosi o więcej dowodów. Będzie utrzymywał, że doznanie to jest po prostu zbyt subiektywne i zbyt osobiste by wysnuć na jego podstawie jakieś obiektywne twierdzenia o rzeczywistości.

Wciąż, jak mam nadzieję ukazałem, enteogenna fenomenologia śmiało patrzy w oczy zaprzeczeniu, że Natura posiada duchową stronę; lub przynajmniej, że szamańskie doświadczenie oferuje, co wierzę jest najistotniejszym powodem, przyznać Naturze jakiegoś rodzaju intencję. Wygląda to na staranny i słuszny unik, którym omija się konające widmo materializmu reduktywnego. Faktycznie, realna możliwość, że proces rzeczywistości posiada niesamowicie korzystny i celowo doskonały aspekt, szybko staje się oczywista poprzez enteogeny. Taka możliwość stanie się nawet bardziej nad to oczywista i rozwiną się kolejne rozdziały.

W skrócie, enteogeny reprezentują katalityczne środki przemiany w dziedzinie postrzeganej rzeczywistości i właśnie dlatego powinniśmy teraz rozwinąć sugestie oparte na twierdzeniach o informacyjnym podłożu, przedstawione na początku tego rozdziału. Teraz jesteśmy już uzbrojeni i gotowi do przeglądu natury rzeczywistości w świetle doświadczenia psilocybinowego. Udowodni to, że jest zdumiewające, więc trzymajcie się mocno.

Naświetlenie natury informacji

Co tak naprawdę znaczy powiedzenie, że świadomość jest formą informacji? Zdaje się że zastąpiliśmy tylko niematerialność świadomości kolejnym abstrakcyjnym istnieniem. Pojawia się zatem pytanie czym dokładnie jest informacja. Lecz, nawet jeśli uda nam się właściwie zdefiniować informację, czy nie będziemy wtedy w niebezpieczeństwie wpadnięcia w pułapkę jednego z tych nieskończonych regresów terminologii? Cóż, z pewnością mam nadzieję, że nie. To czego nam naprawdę trzeba to pojęciowego obrazu informacji, a nie tylko kolejnego terminu. Co mam nadzieję przedstawić to jaśniejsze zrozumienie tego czym jest informacja, a w szczególności, czy może być użyta do opisania świata tak zwanej "materii" równie dobrze jak umysłu. Jeśli tak, to rzeczywistość będzie musiała się okazać zrobioną z różnych form informacji, prawie tak jak ... cóż, zobaczymy

Informacja jest bardzo trudna do rozgryzienia. "Śliski piskorz", który był świadomością stał się teraz "śliskim piskorzem", który jest informacją. Poza moim (miejmy nadzieję) uzasadnionym twierdzeniem, że świadomość jest formą informacji, może się również okazać, że oprócz niej, z informacji składa się wiele więcej. Faktycznie zdaje się być wszędzie, ale przeciwstawia się prostemu, obejmującemu wszystko sformułowaniu. Przypomniałem sobie kultowy serial brytyjskiej TV lat 1960 "The Prisoners", w którym bohater Patrick McGoohan, "numer 6", pyta swych zagadkowych porywaczy czego od niego chcą. "Chcemy ... informacji... IN... FOR... MACJI" usłyszał wielokrotnie. Być może powinien ich poprosić o dokładne sprecyzowanie tego. W każdym razie, cokolwiek to było, nigdy tego nie dostali. Miejmy nadzieję, że nam pójdzie lepiej.

Ktoś raz porównał współczesny status informacji do żelaza w Epoce Żelaza. Stylowość żelaza leży w centrum materiałowej kultury Epoki Żelaza, ale nikt nie znał jego struktury atomowej i nie wiedział, że jego użyteczna natura leży w jego atomowej konfiguracji względnej do reszty materii. Podobnie my, żyjemy w Erze Informacji, ale przyciśnięci, przekonamy się że trudno dobrać się do natury informacji, do tego czym dokładnie jest to, co łączy wszystkie formy informacji, czy to informację w formie świadomości, kodu paskowego, modnej etykietki, frontu pogody, czy aktualnej pozycji planet.

Faktycznie istnieją, określone sposoby mierzenia określonych typów informacji. Stworzone w latach 1940 i 1950 przez inżynierów łącznościowych zainteresowanych skuteczną transmisją informacji poprzez media takie jak linie telefoniczne. Lecz zanim spojrzymy w sposób w jaki oni musieli to sobie wyobrazić, rozpatrzmy najpierw zdroworozsądkowe ujęcie tego co znaczy dla nas informacja w jej zwykłym, nie technicznym znaczeniu. Ponieważ stosujemy ten termin cały czas, szczególnie w naszej obecnej kulturze, musi to oznaczać, że wiemy coś rzeczywistego o jej naturze.

Weźmy poniższe trzy celowo sugestywne przykłady, wiążące się z informacją. Nie są tak banalne jakby mogły się z razu wydawać, raczej pozwalają nam wyraźniej skupić się na naturze informacji.

Przykład numer jeden; pod koniec poważanego filmu gangsterskiego "Miller's Crossing", główny bohater zastrzelił gangstera kompana ale robi tak, by wyglądało jakby został zastrzelony przez kogoś innego. Włożył użyty pistolet w ręce jeszcze innego gangstera, który leżał martwy (to był brutalny film...) więc wyglądało to tak jakby dwóch gangsterów zastrzeliło się nawzajem w tym samym czasie. Mogłoby się zdarzyć. No więc, gdy podkładał pistolet, nasz szubrawca zapomniał wytrzeć swoje odciski palców. To dlatego, że w późnych latach 1920, w których rozgrywa się ten film, nie było w pełni zaawansowanej sztuki ekspertyzy daktyloskopijnej. Człowiek po prostu umieścił swój pistolet w rękach kogoś innego. Wiemy oczywiście, że mając tam na miejscu współczesnego eksperta w dziedzinie medycyny sądowej musieliby jedynie sprawdzić pistolet pod kątem odcisków, by wyjawił się prawdziwy złoczyńca. Więc jakie jest znaczenie wspomnianych odcisków palców. Nikt nie zwątpiłby jeśli powiem, że odciski palców zawierają informację.

Przykład numer dwa; zdenerwowany student uzbrojony jedynie w wieczne pióro i małą butelkę atramentu wkracza do sali egzaminacyjnej i siada do egzaminu. Po ukończeniu egzaminu uspokojony student wychodzi trzymając swoje pióro i butelkę atramentu, która teraz jest pusta. Atrament, który pozostawił w sali egzaminacyjnej jest starannie rozprowadzony na wielu stronach papieru egzaminacyjnego, a rozprowadzony układ atramentu zdecyduje ostatecznie, czy student zda, czy obleje egzamin. Najwyraźniej układ atramentu przedstawiony przez studenta zawiera bogactwo informacji.

Przykład numer trzy; rozbijasz ugotowane jajko na śniadanie. Wkładając swój tost w żółtko, zaczynasz zastanawiać się nad naturą tego smacznego źródła protein. W szczególności zdajesz sobie sprawę, że jeśli to jajko nie zostałoby usunięte spod ciepłego ciała kury, która je wyprodukowała, to rozwinęło by się ostatecznie w pełni wyrośniętego kurczaka ze skrzydłami, system wzrokowym, wrodzonym repertuarem zachowań, systemem trawiennym i tak dalej. Innymi słowy stałeś się świadomy zaskakującego faktu, że gdzieś wewnątrz delikatnej, żółtej substancji jajka, rezyduje niewyobrażalnie wielka ilość informacji.

Informacja potencjalna i informacja aktywna

Pierwsza sprawa dotycząca tych trzech przykładów to, że wywnioskowana informacja istnieje w stanie ukrytym lub potencjalnym. Co znaczy, że niewidoczne odciski palców pozostają potencjalną informacją dopóki nie zostaną dostrzeżone, rozprowadzenie atramentu po papierze egzaminacyjnym pozostaje potencjalną informacją dopóki papier nie zostanie przeczytany przez egzaminatora, a jajko, zanim zostanie przedwcześnie usunięte spod kury, również jest bogate w potencjalną informację.

Drugi punkt to, że ta potencjalna informacja może stać się aktywna pod warunkiem, że znajdzie się pod wpływem odpowiedniego środowiska lub w odpowiednim kontekście. Jeśli przypominasz sobie rozdział 5, wspominałem środowisko kontekstowe w połączeniu z jego skutkami stanowionego znaczenia dla indywidualnych wzorców neuronalnych. Teraz możemy zastosować to pojęcie kontekstu w bardziej ogólnym znaczeniu w celu zrozumienia, w jaki sposób informacja może być zmuszona do aktywnego przepływu lub jak może się rozwinąć ze stanu potencjalnego. Jak zobaczymy, kontekst jest niewiarygodnie ważnym słowem.

W przypadku z odciskiem palca, ekspert medycyny sądowej uzbrojony w narzędzia swej branży może wyciągnąć informację zawartą w odciskach. Sprawia, że informacja przyrodzona układom odcisków palców wypływa w szersze środowisko, w ten sposób ta informacja sprawia, że wydarzają się rzeczy. Informacja przeszła z ukrytego, pasywnego stanu do stanu aktywnego w wyniku kontekstowego wpływu dociekliwego eksperta medycyny sądowej. To odpowiednie środowisko kontekstowe pozwala zamanifestować się znaczeniu tkwiącemu w odciskach. By uwydatnić zakres wpływu przyczynowego jaki może mieć ten przejściowy przepływ informacji, powinniśmy mieć na względzie, że informacja ze śladów odcisków palców może przedostać się na salę rozpraw i spowodować skazanie. Informacja jest potężną rzeczą, zdolną rozprzestrzenić się w szersze środowisko.

W przykładzie z rozprowadzonym atramentem, jego analiza przez egzaminatora powoduje, że potencjalna informacja wypływa i będąc aktywnie informatywna kształtuje ocenę przyznaną studentowi. W kontekście psychiki egzaminatora, informacja właściwa precyzyjnie zdobionemu rozmieszczeniu atramentu jest wystarczająco znacząca, by orzec intelektualną zdolność i komunikacyjne zamiary studenta.

Co się tyczy jajka, jego informacyjna zawartość podobnie przechodzi zmianę od stanu potencjalnego do stanu aktywnego gdy odpowiednie środowisko wyciągnie informację. W tym przypadku, określona temperatura występuje jako odpowiednie środowisko kontekstowe (na tyle na ile wiem), wywołując przepływ informacji z sekwencyjnych wzorców DNA w żółtku (a precyzyjniej w nukleonie). Odbierz jajku odpowiedni kontekst temperaturowy (zabranie ciepła) a informacja pozostanie potencjalna i nieaktywna; dlatego kurczak się nie zrodzi.

Subiektywne i obiektywne wzorce informacji

Oprócz rozróżnienia informacji potencjalnej od informacji aktywnie płynącej należy również stworzyć rozróżnienie między informacją subiektywną a obiektywną. W przypadku odcisków palców i nanoszenia atramentu informacja aktywowana jest przez nas. Odpowiedni kontekst jest subiektywną atencją ludzkich obserwatorów wchodzących w kanał informacji. Co oznacza, że w naturze informacja jest wyłącznie subiektywna, zależnie od aktywującej ją ludzkiej obserwacji. Faktycznie, ta subiektywna natura informacji przechowuje większość rzeczy, które w naszej kulturze zazwyczaj wyobrażamy sobie jako informację; rzeczy takie jak audycje TV i radiowe, książki, notatki, gazety, itp. Dla muchy krążącej nad ekranem TV lub nad stroną książki, informacja wizualna i pisemna pozostaje potencjalna i uśpiona (jeśli nie jest to oczywiście zmyślnie zaprojektowana pluskwa CIA), podczas gdy w kontekście obserwującej, ludzkiej psychiki, z mediów tych aktywnie wypływa informacja i staje się istotna przyczynowo. Powinno się jednak podkreślić, że ta subiektywna natura informacji w żaden sposób jej nie osłabia; ciągle jest bardzo realną częścią Wszechświata. Względnie mówiąc, każdy i jakikolwiek rodzaj informacji jest realny.

Nieco inna sytuacja jest z jajkiem, ludzki obserwator nie koniecznie uzyskuje (genetyczną) informację, którą zawiera. Informacja w jajku jest zazwyczaj "odczytywana" przez środowisko naturalne, a my możemy odnieść się do informacji z jajka jakby była obiektywna w sensie, że w odpowiedni kontekst wywołujący proces przepływu informacji zaangażowane jest obiektywne środowisko naturalne. To samo dotyczy nasion i zarodników. Są one informacyjnymi jednostkami, które uwalniają swą przechowywaną informację gdy środowisko naturalne znajdzie się w określonym stanie. Jeśli nasiona lub zarodniki spadną na "kamienny" grunt (zły kontekst) to ich informacja pozostanie nie odczytana, uśpiona być może przez lata. W rzeczy samej, dramatyczny raczej lecz trafny przykład opisujący ten proces znajdujemy w przypadku zasuszonego mrozem Neolitycznego myśliwego znalezionego w Alpach kilka lat temu. Gdy zostało rozmrożone jego niemodne, słomiane obuwie, w pradawnej słomie zaczęły się budzić do życia i rozwijać jakieś zarodniki grzybów. Naukowcy byli zaskoczeni, gdyż po raz pierwszy, obserwowany był taki obrót spraw. Kriogenicznie wstrzymany przez Naturę na 5000 lat, wzorzec informacji w DNA zarodników grzybowych przeszedł nagle ze stanu pasywnego do aktywnego z powodu ciepłego kontekstu środowiskowego laboratorium naukowego. W ten sposób informacja w zarodnikach zaczęła aktywnie płynąć, proces ten objawił się w skomplikowanym wzroście grzybów.

Lecz, co dla subiektywnej i obiektywnej informacji oznacza, że zaczęła płynąć? Co tak naprawdę dzieje się gdy odciski palców są analizowane, gdy atrament jest czytany, i gdy jajka oraz zarodniki zaczynają rosnąć. Oczywistym jest, że ma miejsce jakiś aktywnie toczący się proces, w którym informacja potencjalna staje się informacją aktywną, lecz czego dokładnie dotyczy ten ruchomy i dynamiczny proces. Faktycznie jest to sednem procesów informacyjnych, i powinienem ostrzec czytelnika, gdyż to co zaraz nastąpi jest być może najtrudniejszym przejściem w tej książce. Lecz wytrzymaj, gdyż kolejnych implikacji jest wiele i są cenne. Zaufaj mi.

Przepływ informacji

Gdy przepływa informacja, przede wszystkim zdaje się zachodzić ruch i zmiana, a w szczególności zmiana stanu przynajmniej jednego z zaangażowanych systemów. Przy analizie odcisków palców, informacja, którą pierwotnie zawierały oddziaływa na całościowy stan psychiki eksperta medycyny sądowej (psychika będąca systemem). Poprzez analizę odcisków, psychika eksperta wyposażana zostaje w wiedzę - termin często związany z informacją. Rzeczywiście, pojęcie wiedzy powiązane jest z teorią informacji rozwiniętą przez inżynierów łącznościowców, dla informacji postrzeganej przez nich jako przedstawienia zmniejszenia nieokreśloności. Im bogatszy przepływ informacji, tym biorca informacji ma o czymś mniejszą niejasność - a więc zdobywane jest więcej wiedzy. Jeśli poproszę cię byś pomyślał o jakiejś sławnej osobie i spróbuje odgadnąć o kim pomyślałeś w grze w 20 pytań, i jeśli moje pierwsze pytanie brzmi, czy osoba jest mężczyzną a ty odpowiesz "tak", to ten pojedynczy bit informacji zmniejszył moją niewiedzę o połowę. Dla inżynierów łącznościowych, informacja skorelowana jest z wiedzą i redukcją nieokreśloności dotyczącą wyboru możliwości. Dlatego aktywnie płynąca informacja zaczyna redukować liczbę zestawu możliwości. Redukuje niepewne możliwości i doprowadza do faktyczności. Czystym wynikiem w układzie odbiorczym zaangażowanym w przepływ informacji jest określona zmiana, lub rozkład możliwości. Niepewny "model otwarty" staje się niejako pewnym "modelem zamkniętym". W przypadku odcisku palca układem odbiorczym jest psychika analityka medycyny sądowej, która zmienia swój stan lub przynajmniej część swego wzorca zgodnie z tym jak jest informowana.

W przypadku egzaminatora, zanim ona lub on oceni pracę, posiada całkowitą niewiedzę o umiejętnościach studenta. W miarę czytania pracy egzaminacyjnej, przepływ informacji powoduje stopniowe obniżenie nieokreśloności zanim nie zostanie wystawiona ostateczna ocena. Tak więc, zgodnie z tym, widzimy, że informacja zawarta we wzorzystym rozprowadzeniu atramentu zmienia stopniowo stan informacji w umyśle lub psychice egzaminatora. Jest to ten rodzaj procesu, który zdaje się leżeć w centrum subiektywnego przepływu informacji. Układ informacji jednego poziomu lub jednej domeny łączy się z innym układem informacji w taki sposób, że stan układu odbiorczego zostaje odmieniony. Lub też, mówiąc innymi słowy, jeden wzorzec informacji zdolny jest wywoływać zmiany w innym wzorcu informacji. Ludzka psychika jest właśnie rodzajem układu, lub wzorca informacyjnego, zdolnego zmieniać swój stan zgodnie z informacją pochodzącą z tych pozostałych systemów, w których jest sensorycznie osadzona.

Oczywiste jest więc, że subiektywna informacja, uzyskiwana poprzez czytanie, słuchanie, wąchanie, wzrok, lub dotyk, zaczyna zmieniać postać informacyjnego układu odbiorczego utwierdzonego w mózgu odbiorcy. Jeśli wyobrazimy sobie mózgowy system neuronowej instalacji jako glinę, to gdy uderzają w nią wzorce informacji, odmieniają jej formę lub kształt, i tak oto byłby to przepływ informacji. Wpływ przepływających bitów informacji prowadzi do stopniowej zmiany formy, lub formalnego stanu gliny. Faktycznym układem funkcjonującym jako glina jest układ neuronowy, lub mówiąc dokładniej, sposób w jaki miliardy neuronów połączone są ze sobą. W rzeczy samej, uczenie się, i z definicji dostęp do informacji jest myślą propagowaną poprzez zmiany w połączeniach neuronowych. Jest to całkowita sieć połączeń, która odzwierciedla globalną formę lub "kształt" systemu neuronowego.

Pomoże nam tu słownikowa definicja informacji, która mówi, że informacja pochodzi od łacińskiego słowa informare, co znaczy "nadać formę" ("przedstawić, kształtować" - tłum.). Gdy informacja nas informuje, odmienia formę, lub wzorzec systemu informacyjnego, będącego naszym umysłem. Dlatego umysł jest systemem o podłożu informacyjnym ustawicznie się prze-kształtującym (zmieniającym swój wzorzec) poprzez dostępowanie do informacji pochodzącej od innych rodzajów przekazu o podłożu informacyjnym, tak jak glina, która byłaby kształtowana przez swoje otoczenie.

Dla nas istnieje tylko informacja. Nasze umysły są wyjątkowo trwałymi wzorcami z niej wysnutymi. Informacja z innych wzorców, lub systemów, jest ustawicznie pochłaniana, integrowana i ponownie wydawana. W procesie tym zmienia się forma umysłu poprzez zmiany sposobów, w jakie formalnie łączą się ze sobą neurony. Świadomość wyłania się jako rodzaj całościowej informacji, której postać stale przechodzi zmianę związaną z integracją i przypływem innych typów informacji poprzez zmysły.

Jeśli zamiast gliny, wyobrazimy sobie umysł analogicznym do białych pionów szachowych na szachownicy z czarnymi pionami reprezentującymi świat zewnętrzny, to gdy czarne piony się przesuwają (świat wokół nas się zmienia) zmienia się treść informacyjna pionów białych w stosunku do czarnych. Dlatego świadomość można rozpatrzyć jako neuronowo świadczoną formę informacji w toku. Tak jak zmienia się całościowy stan mózgu, tak i zmienia się świadomość, i ponownie okazuje się, że świadomość jest szczególną formą/układem informacji ucieleśnionej w obrębie aktywności odpaleniowej mózgu neuronowego.

Informacja DNA

Przypadek jajka jest inny. Gdy warunki środowiskowe są sprzyjające, obiektywna informacja w DNA staje się aktywna i wyrażana jest poprzez aktywność biochemiczną. DNA jest pozornie "nastrojone" do działania gdy otoczy je określony kontekst środowiskowy, tak jak nasze umysły są dostrojone do naszego ojczystego języka i znanych przedmiotów. Dokładne szczegóły molekularne DNA nie muszą nas tu zajmować, potrzebujemy raczej uchwycić jedynie generalną zasadę tego jak informacja aktywnie wypływa z DNA.

W naszej dyskusji o jajku, DNA reprezentuje "materię w znamiennym stanie", to jest, że rozwinie się pewna określona aktywność organicznej złożoności środowiska. Z pojedynczej zapłodnionej komórki jajka rozwinie się cały organizm, ponieważ aktywna stanie się informacja w DNA tej komórki. DNA sprawia, że formują się konkretne aminokwasy, które z kolei sprawiają, że formują się różne proteiny i stąd różne organy. Morfogeneza, rozwój do postaci organizmu, jest więc odczytywaniem informacji DNA, wyrażenia znaczenia tkwiącego w DNA (nawiasem mówiąc, jeśli jajko zostanie zjedzone, wtedy uzyskiwana jest inna forma informacji, w tym przypadku jego "informacji odżywczej", która jest absorbowana przez konsumenta).

Informacja DNA odczytywana jest poprzez procesy biochemiczne, następnie wynikła zmiana w formalnym stanie samego systemu działa jako środowisko kontekstowe pozwalające na wzrost, lub odczyt informacji, do progresu. Najbliższe środowisko chemiczne DNA możemy ująć zarówno jako będące na odbiorczym końcu przepływu informacji oraz zdolne wpłynąć na informację uzyskiwaną z DNA oraz ją nawrócić. Kształt DNA, jego specyficzny układ bogaty w informację, zarządza kształtem rozwijających się komórek, wewnątrz których DNA jest osadzone. Z kolei, forma komórek tj. ich względnego rozmieszczenia, zadecyduje o formalnym rozwoju organów wewnątrz których osadzone są komórki co zdeterminuje dalszą translację DNA. W ten sposób informacja DNA zaczyna płynąć na zewnątrz i jest wyrażana w skali makroskopijnej.

Istnieje tu wyraźna sugestia, że systemy informacyjne (tj. wzorce znaczeniowe, formy ucieleśnione w różnych mediach) osadzone są wewnątrz siebie jak w hierarchicznie zagnieżdżonym kontinuum, i że ustawicznie wpływają na swoją postać. Jest to raczej dramatycznie zilustrowane w fakcie, że odczytywanie DNA prowadzi ostatecznie do organizmu poruszającego się po całym świecie. Jeśli pewne zmutowane DNA szczęśliwie wytworzyło pewne korzystne zachowanie, to ostatecznie wpłynie to z powrotem na to zmutowane DNA i będzie sprzyjać jego ewolucyjnemu losowi. W naszym przypadku, postać ludzkiego genomu jest bezpośrednią konsekwencją formy środowiska, w którym ewoluowali nasi przodkowie. Systemy informacyjne, takie jak DNA, komórki, organy, organizmy, umysł i środowiska, są jak zagnieżdżone warstwy cebuli, każde umieszczone wewnątrz kolejnego, każde zdolne in-formować (nadać formę) swemu "sąsiadowi" (gra słów in-form - z ang. w-formę czyli wformować, wyformować, winformować, polski odpowiednik słownikowy mógłby brzmieć do-informować, lecz nie odzwierciedla to dokładnie znaczenia ang. gdyż znaczyłoby zwiększyć zasób istniejącej już informacji miast tworzyć ją od podstaw - tłum.). Wszystkie są powiązanymi stanami/systemami/wzorcami informacji

Informacja a język

Jako że DNA jest wyraźnie formą informacji, możemy obyć się bez nazywania go "materią w znamiennym stanie". DNA jest informacją w ten sam sposób w jaki słowa są informacją. Oba posiadają znaczenie, potencjalne czy nie, które może być odczytane. DNA jest więc organicznym językiem informacyjnym, który wyrażany jest poprzez biologiczny wzrost i biologiczną aktywność. Posunąłbym się dalej i zasugerował, że ten językopodobny proces informacyjny nie jest jedynie metaforą języka mówionego i pisanego, lecz że DNA naprawdę jest językowością (lingwistycznością) w naturze z jej własną gramatyką i semantyką, aczkolwiek typu organicznego. Jeśli DNA jest w jakikolwiek sposób zdezorganizowane to odpowiada to błędnej gramatyce i rozwój organizmu przebiegnie w sposób wadliwy. Rozważ chorobę anemii sierpowatej, w której czerwone krwinki są zniekształcone (mają kształt sierpa). Spowodowane jest to tylko jednym wadliwym, mikroskopijnym ogniwem w DNA, lecz ten pojedynczy błąd wystarczy do wywołania choroby. Wadliwe ogniwo DNA może być rozpatrywane jako gramatyczno podobny błąd zakłócający konstruktywną ekspresję DNA.

Proponowane dotychczas językopodobne procesy prowadzą nas do kolejnego pojęcia, to jest dialogu. Jeśli pojmiemy dialog jako proces komunikatywny, w którym przekazywana jest informacja, to subiektywna informacja w rodzaju pisanego lub mówionego słowa przepływa zgodnie z dialogiem między źródłem informacji a odbiorcą. Wyobraź sobie kogoś mówiącego do telefonu bez odbiorcy na słuchawce. Brak dialogu, a więc nie zachodzi przekazywanie informacji, ponieważ nie ma nikogo stanowiącego kontekst odbiorczy, nie ma nikogo do in-formowania. Jednak, jeśli ktoś weźmie słuchawkę wtedy informacja od nadawcy zacznie być pochłaniana przez odbiorcę tj. zachodzi określony przepływ informacji między psychikami. Forma neuronowej "gliny" odbiorcy jest odmieniana przez wzorce informacji przekazywane poprzez linię telefoniczną. Dalszy dialog może być kwestią jednostronną, w której odbiorca jedynie słucha, lub dwustronną, kiedy to obie strony zaangażowane są w przepływ informacji. W obu przypadkach dialog ułatwia przepływ informacji, który prowadzi do jakościowej zmiany w informacyjnym stanie, lub formalnym stanie, umysłu odbiorcy.

Jeśli teraz jeszcze raz rozważymy systemy biologiczne, podobny rodzaj dialogu informacyjnego zachodzi tym razem między organizmem (z jego DNA) a środowiskiem naturalnym. Pomyśl o jakiejkolwiek roślinie w zaawansowanych stadiach rozwoju. Na samym szczycie rośliny, wiodący szczyt procesu wzrostu, że tak powiem, będzie nowopowstałymi komórkami. Ten rozkładany wzrost będzie zachodził w obrębie kontekstu warunków naturalnych, z którymi wchodzi w kontakt, takimi jak światło, temperatura, wilgotność, siła grawitacyjna i tak dalej. Całe mnóstwo tych istotnych czynników zarówno wewnątrz jak i na zewnątrz rośliny odegra względną rolę w kształtowaniu formy rosnącej tkanki. Według mnie ten relacyjny proces jest naturalnym dialogiem (w przeciwieństwie do konwencjonalnego dialogu języka mówionego) zgodnie z którym informacja ucieleśniona w roślinie zostaje odczytana przez najbliższe środowisko.

Formuje się wynikła roślina, nie mniej będąca w tym ujęciu naturalnie istniejącymi organicznymi wypowiedziami lub wyrażeniami ukształtowanymi w odpowiedzi na otaczające środowisko/kontekst. Kluczowe jest to, że interakcja rośliny z otoczeniem może być opisana w terminach dialogopodobnego, językopodobnego, procesu przepływu informacji. Nie ma sztywnych granic w ogóle, raczej jest tak, że istnieje hierarchia informacji, w której formy i struktury ustawicznie się wyłaniają i na siebie wpływają. Informacja jest wszędzie, spoczywa w systemach tak odmiennych jak biologia i ludzka psychika. Wszystkie systemy mogą być ujęte jako wzorce, lub struktury informacji osadzonej lub ucieleśnionej jedna wewnątrz drugiej. Co więcej, gdy jeden wzorzec wpływa na formę drugiego, proces zdaje się być niezwykle językopodobny.

Zalanie materii formami informacji

Lecz co z materią nieorganiczną? Czy możemy rozszerzyć językopodobny paradygmat informacyjny, by objąć istnienia takie jak elementy fizyczne i im podobne? Nie powinniśmy zapominać, że atomy stanowią podłoże różnych systemów informacyjnych o których dyskutowaliśmy. Jeśli weźmiemy najprostszy pierwiastek wodór, nie widzę powodu dla którego nie mielibyśmy rozpatrzyć go jako równoznacznego, w terminologii komputerowej, ze ustalonym "bajtem" informacji, podzielnym nawet na mniejsze "bity" (każdy bajt pamięci komputerowej składa się z ciągu ośmiu elementarnych bitów cyfrowych włączony-lub-wyłączony). To co czyni pierwiastek wodór różnym od, powiedzmy pierwiastka żelaza, to jego atomowa konfiguracja. Strukturalna postać wodoru (jego wzorzec) zawiera ważne systematyczne związki z innymi pierwiastkami. Oto znowu podejmujemy informacyjną i językopodobną koncepcję wodoru. Jest to atomowe wyrażenie, "słowo" w języku fizyki. Umieśćmy wodór w kontekście innych pierwiastków takich jak tlen, a jego relacyjne własności spowodują tworzenie lub ekspresję molekuł takich jak woda. Lub umieśćmy atom wodoru w kontekście gwiazdy, a stanie się widoczny kolejny aspekt jego informacji, w tym przypadku jego zdolność do przechodzenia fuzji nuklearnej. Tak oto gwiazda przywołuje jeden z rodzajów informacji zawartej w wodorze, fakt nie bez znaczenia dla istnienia życia na Ziemi.

Tak więc atom wodoru może być rozumiany jako lokalizacja podstawowej informacji, element najbardziej pierwotnego języka Wszechświata. Według tego, podstawowa "materia" Wszechświata zaczyna się rozwiewać, i zamiast niej znowu widzimy jedynie informację. Wszystkie pierwiastki od argonu poprzez złoto do cynku rozpatrywane są tu jako jednostki informacji, której informacyjna istota różni się w zależności od relacyjnej roli odgrywanej przez te pierwiastki w ich języku. Jest to informacyjny język fizyki, w przeciwieństwie do informacyjnego języka, powiedzmy, biochemii, genetyki lub psychologii.

Jako kryterium czystej zdolności ekspresyjnej systemu języka pierwiastków, wystarczy jedynie pomyśleć o niezliczonych sposobach w jakie podstawowe pierwiastki w rodzaju wodoru, węgla, tlenu, fosforu, magnezu i azotu mogą się ze sobą wiązać, tworząc tak różne formy/ekspresje jak DNA, metan, amoniak, psilocybinę, cukier, chlorofil, aminokwasy, proteiny i tak dalej. Co oznacza, że język fizyki stanowi podłoże języka chemii, który z kolei stanowi podłoże języka biologii. Ponownie, można przepowiedzieć, że wszystkie te języki Natury są częścią połączonego ze sobą kontinuum wykutego z informacji, wewnątrz którego wszędzie przepływa różnego rodzaju informacja.

Gdy dochodzimy do różnych cząstek z których zbudowane są same atomy (protony, neutrony, etc.), stajemy wobec jeszcze prostszych jednostek informacji, równoznacznych z on-off bitów komputera lub pojedynczych liter tworzących słowa. Poniższy użyteczny cytat o naturze cząstek elementarnych pochodzi od fizyka i filozofa Fritjof'a Capra, który przez swe badanie fizyki kwantowej, skonkludował również, że klasyczny Newtonowski pogląd na cząsteczki materialne jako będące elementarną "esencją materii" nie jest dłużej możliwy do obrony:

"Eksperymenty wysokoenergetycznego rozpraszania w minionych dekadach ukazały nam dynamiczną i wiecznie zmienną naturę świata cząstki w najbardziej uderzający sposób. W eksperymentach tych materia ukazała się jako całkowicie zmienna. Wszystkie cząstki mogą być przemienione w inne cząstki; mogą być tworzone z energii i mogą wyparować w energię. W świecie tym, klasyczne pojęcia takie jak "cząstki elementarne", "substancja materialna" lub "obiekt odosobniony", tracą swe znaczenie; cały wszechświat jawi się jako dynamiczna sieć nierozłącznych wzorców energii... Własności cząstki mogą być zrozumiane jedynie w terminach jej aktywności - jej interakcji z otaczającym środowiskiem - i dlatego cząstka nie może być widziana jako odosobniony byt, lecz musi być rozumiana jako zintegrowana część całości."

Podobnie:

"W nowym widzeniu świata (fizyki kwantowej) Wszechświat widziany jest jako dynamiczna sieć zdarzeń powiązanych. Żadna z własności żadnej części tej sieci nie jest fundamentalna; wszystkie one pochodzą od własności innych części, a ogólna konsystencja ich wzajemnych powiązań określa strukturę całej sieci."

Taki Wszechświat wzajemnych powiązań jest całkowicie zgodny z językopodobnym modelem informacyjnym rozwijającej się tutaj rzeczywistości. Jak podano wyżej, językowy system taki jak język angielski składa się z dyskretnych (nieciągłych) elementów informacyjnych (słów), które czerpią swą informację, swe znaczenie, z określonej roli funkcjonalnej, którą odgrywają w systemie takich elementów. Jeśli weźmiemy słowo "bon" (franc. "dobrze" - tłum.), widzimy, że odgrywa ono tę samą rolę funkcjonalną w języku francuskim co słowo "good" (ang. "dobrze" - tłum.) w języku angielskim. Słowo "good" zyskuje znaczenie, tym samym swój kontekst informacyjny, stosownie do jego licznych relacji funkcjonalnych ze wszystkimi innymi słowami i innymi ciągami słów. Słowo "good" jest punktem, w którym zbiega się zestaw informacyjnych relacji, a ponieważ wszystkie języki zawierają podobne relacje informacyjne, mogą być tłumaczone jeden na drugi.

Dlatego słowa można rozumieć jako będące oficjalnymi jednostkami informacji które, gdy połączone, tworzą dalsze formy/wzorce informacji. To samo odnosi się również do jednostek informacji w rodzaju cząstek i atomów. Czerpią one znaczenie ze swych relacji z innymi cząstkami i atomami i, jak słowa, mogą się razem formować i tworzyć nieskończone ilości nowych wzorców informacyjnych lub wyrażeń.

Przypomnij sobie również, że funkcjonalizm utrzymuje, iż natura każdego świadomego stanu pochodzi od roli, którą odgrywa w języku tego stanu. Ta sama zasada stosuje się do języka chemii, biochemii i genetyki. W każdym z tych językopodobnych systemów, towarzyszące elementy darzą się określonymi relacjami, relacjami określającymi naturę i znaczenie każdego elementu. Mimo że każdy szczególny system językopodobny będzie operował na różnych skalach i wykorzystywał różne rodzaje logiki ("chemo-logika", "bio-logika", "geno-logika", etc.), wszystkie się prze-penetrowują i wszystkie sprzyjają nieustannemu przepływowi informacji.

Wszechświat może być teraz pojmowany jako rodzaj toczącego się dynamicznego dialogu, w którym relacyjne wzorce informacji znajdują się w wiecznym procesie wzajemnego informowania się. W miarę jak ten uniwersalny przepływ informacji nieustannie przepływa, miesza się, splata i zwraca ku sobie (Wszechświat na pozór "konwersuje" ze sobą), nowe wzorce informacji są ustawicznie pobudzane do istnienia. Cząstki, atomy, pierwiastki, cząsteczki, komórki, mikroorganizmy, rośliny, zwierzęta, ludzie, umysły, idee, etc.; wszystko jest formami informacji w ustawicznym przebiegu. Jakakolwiek "rzecz" lub obiekt istnieje tam gdzie skupia się ogromny zestaw relacji, który ostatecznie obejmie wszystko inne. Nic nie jest odizolowane; wszystko jest relacyjnie połączone ze wszystkim. Wzorce we wzorcach wewnątrz wzorców. Czy to potencjalna, czy aktywna, informacja jest wszędzie; Natura zasadniczo jest z niej zrobiona.

W związku z tym informacyjnym podejściem do zrozumienia Natury, George Johnson w swej książce Ogień i Umysł wprowadził dokładnie ten sam paradygmat wywodzący się z Santa Fe Institute w Nowym Meksyku. Naukowcy w Santa Fe badają złożoność (w jej wszystkich uosobieniach) i są przekonani, że informacja jest fundamentalną własnością Natury. Johnson informuje na typowej konferencji zorganizowanej przez naukowców Santa Fe:

"Budując wieżę abstrakcji, trzeba zacząć od fundamentu tych rzeczy, które ujmuje się tak jak są dane: masa, energia, przestrzeń, czas. Wszystko inne może być następnie określane w terminach tych podstaw. Lecz w minionym wieku stopniowo,,,,,{niektórzy naukowcy musieli}.....zacząć wierzyć, że konieczny {jest} kolejny podstawowy element by nadać sens Wszechświatowi: informacja...."
"Większość z nas zapatrywało się kiedyś na informację jako drugorzędną, a nie fundamentalną, coś co jest zrobione z materii i energii...... Lecz dla zbyt wielu osób na konferencji w Santa Fe, świat po prostu nie miał sensu póki informacja nie została wpuszczona w panteon, na równym stopniu z masą i energią. Kilkoro zaszło na tyle daleko by utrzymywać, że informacja może być najbardziej fundamentalna ze wszystkiego; że masa i energia mogą się jakoś wywodzić z informacji."

Kontekstowa sieć informacji

Jak już czytelnik zdaje sobie sprawę, istnieje wiele słów kluczy, które pomagają objaśnić nowy informacyjny paradygmat. Słowa takie jak kontekst, system, sieć, relacyjność i wzorzec. Wszystkie te słowa sugerują wewnątrz przyłączeniowość, to znaczy, że wszystkie formy informacji rzutują się na siebie, tak że żadna rzecz nie może być w pełni zrozumiana w odosobnieniu. Capra w swojej książce "Sieć Życia" napisał:

"Gdy przenosimy naszą uwagę od obiektów makroskopowych do atomów i cząstek subatomowych, Natura nie pokazuje nam żadnych odizolowanych klocków, lecz występuje raczej jako złożona sieć relacji między różnymi częściami zjednoczonej całości. Jak ujął to Werner Heisenberg, jeden z twórców teorii kwantowej: "Tak więc świat wygląda jak skomplikowane pasmo wydarzeń, w którym różne rodzaje związków zmieniają się lub pokrywają lub łączą i w ten sposób określają strukturę całości." "

Musimy jedynie uzupełnić twierdzenie Heisenberg'a dodając termin informacji. W tym przypadku świat, lub system Wszechświata, występuje jako złożone pasmo informacyjnych wydarzeń, w którym różne formy informacji łączą się i określają całościowe wzorce pozostające w systemie. Rozważmy kolejny obrazowy przykład uwydatniający kontekstową sieć informacji jednoczącej w Naturze wszystko bez wyjątku, mianowicie formowanie się płatka śniegu w atmosferze. Dokładne jego powstanie zależne jest od kontekstowej sieci informujących relacji (temperatury, ciśnienia powietrza, etc.), które ostatecznie rozpościerają się w całym Wszechświecie. Ponieważ każdy płatek śniegu przeniesie do reszty świata niepowtarzalny zestaw relacji kontekstowych, to każdy wykształca niepowtarzalną formę. Podobnie, każda struktura, obiekt lub "rzecz" jest bytem informacyjnym, który osiąga swe istnienie lub znaczenia zgodnie ze swą językopodobną rolą w kontekście Wszechświata - językopodobną, ponieważ obiekty tak jak słowa odgrywają doskonale określoną rolę wewnątrz językopodobnego systemu.

Świadomość jako szczególna forma informacji może być teraz rozpoznana z uderzającą klarownością. Każdy szczególny stan świadomy, przepływając, określany jest przez wszystkie informacyjne relacje zbiegające się w danym momencie w systemie neuronowym. Relacje te będą nieświadomymi systemami umysłu, wraz z otoczeniem, które okala indywiduum. Ta kontekstowa sieć informujących relacji określa to, co aktywność neuronowa oznacza. System mózgowy/umysłowy istnieje w relacji do bezpośredniego otoczenia, społeczeństwa, kultury, planety, i reszty Wszechświata, i jest to ta sieć relacji łączących się w mózgu, która określa stan świadomości. Ponadto, skonsumować psilocybinę, to dopuścić nowy zestaw informacyjnych relacji do skupienia wewnątrz mózgu neuronowego. Stąd ktoś może nagle "oznaczać" więcej w stosunku do reszty procesu rzeczywistości. Jeśli chodzi o świadomość, to jest to bodajże wszystko co w tym momencie można zebrać z naszego modelu informacyjnego.

Dotychczas rozmyślnie unikałem wprowadzania terminu proces przed terminem informacja. Zamiast tego, wielokrotnie mówiłem o przepływie informcji w toku. Wszystko - cała substancja Natury - składa się z informacji, i wszędzie ta informacja jest w toku - przepływ, łączenie i informowanie w językopodobny sposób. Jeśli zamienimy ze sobą terminy "informacja" i "proces" nieuniknienie staniemy przed jeszcze jedną niezwykłą ideą, to że w pewnym sensie Wszechświat musi być swego rodzaju komputerem, ponieważ komputer jest systemem, który przetwarza informację. To że Wszechświat jest rodzajem komputera lub, dokładniej, obliczaniem, jest pojęciem wyrażanym obecnie przez wielu wybitnych naukowców, a z punktu widzenia tej książki, warte jest zgłębienia ponieważ może wzmocnić koncepcję Wszechświata językopodobnej informacji. Właśnie gdy myślałeś, że spokojnie zasłużyłeś na chwilę wytchnienia, napotkaliśmy jeszcze większą dogłębność.

Rozdział 8
Czy wszechświat oblicza?

Zanim przymierzymy koncepcję Wszechświata obliczającego, zapoznajmy się pokrótce z pochodzeniem przetwarzania liczb, co dało nam, przede wszystkim, systemy komputerowe. Zbytnio nie interesują nas skomplikowane szczegóły dotyczące elektronicznego sprzętu komputerowego i temu podobne, lecz interesują nas podstawowe reguły informacyjne rządzące działaniem komputerów. Wyjawi to więcej o informacji i sposobie, w jaki mogą być przetwarzane różne jej formy. Następnie będziemy mogli zobaczyć czy Natura rzeczywiście podlega obliczeniowemu opisowi (nie jest to tak odrażające jak mogłoby się początkowo wydawać). Jeśli tak jest - i śpieszę dodać, że nie jestem pierwszym, który wysuwa ten pomysł - to siebie moglibyśmy postrzegać jako żyjące programy napisane w organicznym języku biochemicznym. A ściślej, reprezentowalibyśmy programy, których przeznaczeniem jest podwójne wyegzekwowanie - po pierwsze, na drodze wzrostu determinowanego genetycznie, po drugie przez nieubłaganą śmierć.

W międzyczasie oczywiście, przed tą drugą ewentualnością, możemy, poprzez zużycie pewnych "kodów dostępu", doświadczyć informacji dotyczącej sensu lub celu całego mistrzowskiego planu rządzącego procesem rzeczywistości. Raz jeszcze, z pewnością zabrzmi to fantastycznie i przełomowo, ale jeśli obliczeniowy paradygmat jest w jakiś sposób trafny przy opisywaniu i rozumieniu, czym jest Natura, to tego rodzaju radykalne idee będą musiały być zaakceptowane lub przynajmniej przedyskutowane. W każdym razie, by wprowadzić cię w nastrój ułatwiający przełknięcie pomysłu Wszechświata przetwarzającego informację, przyjrzyjmy się krótko wzrostowi kultury komputerowej, jakiekolwiek masz zdanie o komputerach, gwarantuje się, że te "osławione" maszyny będą chodzić i chodzić...

Rewolucja komputerowa

To właśnie pojawienie się w 1940 roku przetwarzających informację komputerów zapowiedziało nadejście Ery Informacyjnej. Przed 1950 na świecie było zaledwie 15 komputerów cyfrowych, prawdopodobnie dlatego, że nie było miejsca na więcej, z uwagi na ich w tamtych czasach wielkie rozmiary. Teraz oczywiście, rozmiary komputerów zmniejszyły się i są niemal nabytkiem obowiązkowym. Faktycznie, nasza kultura prosperuje na komputerach, co wyjaśnia gwałtowny wzrost technologii komputerowej, co znaczy, że nauki komputerowe ewoluują jeszcze szybciej. Handel i przemysł, wojsko, system edukacji, instytucje finansowe; wszystkie obecnie zależą od ciągłego przetwarzania i informacyjnego operowania wykonywanego przez te wszechobecne i wszechstronne maszyny. Informacja jest najwyższą walutą współczesnej kultury; wszędzie jest pochłaniana i wydalana przez systemy komputerowe.

Wraz z informacją i informacjo-integracją w ogóle, niepowstrzymywalne zdaje się pojawianie systemów komputerowych i rozprzestrzenianie globalnie skomputeryzowanych systemów telekomunikacyjnych w rodzaju Internetu. Trudno ocenić czy ktoś ma jakąś realną kontrolę nad tym rozwojem. Technologia komputerowa gna tak szybko, że nim będziemy mogli oszacować implikacje jednego jej aspektu, dokonuje się kolejny dramatyczny przełom. Z nostalgią wspominam masywne, przenośne kalkulatory cyfrowe, które pojawiły się nagle w połowie lat 70. Czyż nie wyglądały ekscytująco futurystycznie w tym czasie? Niezależnie od tego czy były zrozumiałe, ich guziki i funkcje obliczeniowe zdawały się zapewniać bezpośrednie wkroczenie do ezoterycznej wiedzy matematycznej. Wprowadzasz kilka liczb i komend, a mała maszyna natychmiast odpowiada jakby to były czary. Dzienniki i suwaki logarytmiczne mogły być wreszcie ceremonialnie wyrzucone. Przecież już teraz kalkulatory cyfrowe rozdawane są jako tandetne upominki promocyjne. Podobnie jak te niezwykłe komputery domowe z wczesnych lat 1980, jak uroczy Sinclair Spectrum ZX81 z gumowymi guzikami, wszystkie są teraz bezużyteczne i równie prymitywne (w zakresie pojemności) w porównaniu do dzisiejszej przenośnej i lekkiej wagowo, wysokiej rozdzielczościowo, multimedialnie kompatybilnej, rozszerzalnej pamięciowo rozmaitości. A jutro nawet ona zacznie być passé. Rewolucja komputera cyfrowego pędzi tak szybko, że aż smuży.

Systemy formalne

Komputery są tak popularne, ponieważ potrafią przetworzyć informację tak szybko i na tak wiele sposobów. Przetwarzanie informacji i informacja w toku to ta sama rzecz. Sednem wszystkiego co robią komputery jest przetwarzanie informacji, to czy system komputerowy o którym mowa będzie wykorzystywany przez Pentagon, Inland Revenue, czy przeze mnie do pisania tej książki (mogę dodać, że to Pentium model 133MHz, wygląda na to, że przedawniony ledwie opuściłem sklep). Komputery mogą przetwarzać muzyczne formy informacji, formy finansowe, formy meteorologiczne, a nawet ilustrowane formy pornograficzne. Tak czy owak, komputery mogą być karmione tylko informacją, którą natychmiast przetworzą i zwrócą użytkownikowi.

Ponieważ jest to forma lub "kształt" informacji przetworzonej przez komputery, komputer jest przykładem systemu formalnego. (aha! To brzmi znajomo...) Kiedy przechodzi do konkretów, wszystko co robi komputer to bierze jeden formalny zestaw symboli (informacyjny wzorzec) który nic dla niego nie znaczy, po czym przekłada ten zestaw symboli w inną formę na konkretnych zasadach. Podobnie, dla komputera również nic nie będzie znaczył sygnał symboli wyjściowych (wzorzec informacyjny). Komputery, z których korzystamy jedynie niewolniczo manipulują symbolami; nie myślą, nie wiedzą tego co robią.

Na ogół systemy formalne w rodzaju komputera składają się z zestawu przetwarzalnych formuł takich jak łańcuchy elementów/symboli wziętych z jakiegoś dobrze zdefiniowanego alfabetu. Łańcuchy towarzyszące komputerom są sekwencjami liczb binarnych - jedynek i zer - które znane są jako język maszynowy. Każda informacja może być w zasadzie zakodowana do łańcuchów dwójkowych. Pomyśl o tym. Przypomnij sobie moje twierdzenie w ostatnim rozdziale, że materia jest informacyjna. Jak widzieliśmy, jest tak dokładnie, ponieważ systemy fizyczne mogą być przepisane na łańcuchy bitów cyfrowych (tj. są informacyjne), co pozwala komputerom modelować aspekty świata. Jeśli dodać do tych łańcuchów bitowych (cokolwiek one reprezentują) zestaw reguł transformacji, które pokierują sposobami, w jakie można przekształcić te właśnie łańcuchy, i otrzymamy system formalny zdolny do przetwarzania informacji. Im potężniejszy komputer tym szybciej poradzi sobie z operacjami dwójkowymi.

Zasady transformacji funkcjonujące w systemie komputerowym są wyrażone w oprogramowaniu komputerowym, które chodzi dzięki centralnej jednostce obliczeniowej (ang. central processing unit - CPU). Program instruuje CPU jak w specyficzny sposób zadziałać na wchodzącą do niego informację. W CPU wbudowane są liczne bramki logiczne (bramki w rodzaju AND, OR oraz NOT), które przekształcają sekwencje wejścia 1 i 0 w kolejne sekwencje 1 i 0, w związku z tym jak podawany jest CPU sygnał wejściowy. W ciągu każdej sekundy następuje miliony takich transformacji, a wynikające stany wyjścia (kolejne łańcuchy zero jedynkowe) mogą zostać zinterpretowane spoza systemu. Innymi słowy, w celu nadania jakiegoś znaczenia komputerowemu sygnałowi wyjścia wymagany jest kontekst ludzkiej percepcji. System komputerowy może na przykład pobierać jakiś sygnał z klawiatury, przetworzyć go zgodnie z jej programem, a następnie wyświetlić na ekranie komputera słowa "Teraz możesz bezpiecznie wyłączyć komputer". Chociaż tablica pikseli dobrze to przedstawia, dla komputera jest to tylko szczególny wzorzec wyjścia dwójkowego, całkowicie zdeterminowany przez logiczne przetworzenie wejścia.

Innymi systemami formalnymi są rzeczy w rodzaju budzącej postrach algebry, i ciężkiej logiki zdaniowej (input: "Wszyscy rozsądni ludzie nienawidzą logiki zdaniowej" i "Arystoteles był rozsądnym człowiekiem", więc zgodnie z zasadami transformacji logiki zdaniowej, output musi brzmieć: "Arystoteles nienawidził logiki zdaniowej".

Szachy są kolejnym, bardziej powszechnym rodzajem systemu formalnego. W szachach, pionki są indywidualnymi symbolami, a pozycje tych pionków są łańcuchami. Gra postępuje zgodnie ze stanami przejściowymi stanu początkowego, tak jak komputer przetwarzający informację via stany przejściowe początkowego stanu wejściowego. Zasady szach są "softwarem" dyktującym, w jaki sposób następują stany przejściowe.

Przejście z jednego stanu szachów do drugiego jest dyskretne, tak samo jak operacja każdego systemu formalnego. Laufer nie robi pół ruchu, a dyskretnie "skacze" z jednej pozycji na drugą. Także, ponieważ system formalny w rodzaju szachów całkowicie polega na formie względnych sobie symboli i łańcuchów, nieistotne jest z czego zrobione są pionki. Tak naprawdę to wcale nie muszą być nawet "fizyczne", gdyż większość zawodowych szachistów potrafi rozgrywać partię jedynie w swoich głowach. Choć dużo to nie da zapalonym obserwatorom szachów, podkreśla fakt, że system formalny może być realizowany na różnego rodzaju podłożu. Faktycznie, system komputerowy może być zrobiony z blaszanych puszek i fragmentów łańcucha. Kluczowe są relacje formalne, lub wzorce symboli systemu względem siebie, bez względu na to jak mogą być ucieleśnione.

Można by nawet wziąć kilkoro ludzi i wykorzystać ich do zakodowania jakichś liczb wejściowych, które chciałoby się pomnożyć. Zgrubnie symbolizując strukturą płciową, kobiety mogłyby reprezentować dwójkową liczbę 0, a mężczyźni dwójkową liczbę 1. Po przetransformowaniu dwóch liczb wejściowych na specyficzny ciąg dwójkowy mężczyzn i kobiet, można by pomnożyć dwie liczby wejściowe kanałując kolejkę przez kilka bramek logicznych działających w postaci pary przyjaciół (zamiast powiedzieć dwójkowym ludziom z kolejki by poszli się rozmnożyć...). Można by następnie wziąć kolejkę wyjściową (nowy wzorzec) i zinterpretować zakodowaną liczbę wynikową, która będzie odpowiadać mnożeniu dwóch pierwotnych liczb, jeśli ustawisz system właściwie. Racja, prosty kalkulator może wykonać tę robotę z o wiele mniejszym kłopotem oraz efektywniej, lecz chodzi o to, że kalkulator działa na tej samej zasadzie, tylko w tym wypadku do wyrażenia dwójkowej informacji wykorzystuje krzemowe przełączniki on/off. Dlatego systemy formalne w rodzaju komputerów nie są powiązane z żadną szczególną konkretyzacją.

Systemy formalne i język

Zanim spoczęliśmy na pojęciu systemów formalnych utrzymywałem, że Wszechświat nie tylko stworzony jest z informacji, lecz że informacja ta porusza się lub przepływa w sposób językopodobny. Twierdziłem, że elementy w systemach informacyjnych tak jak DNA oddają informacyjną zawartość w odpowiedzi na określony kontekst, jak gdyby naturalne dialogi były rozwijalne. Osiągnęliśmy teraz punkt, w którym bez względu na sposób możemy zdefiniować język, jako formalny, i stąd informacyjny, system. Pozwólcie zacytować pisarza Paul'a Young'a, autora "The Nature of Information", który napisał tak:

"Wszystkie języki są uformowane zależnie. W języku mówionym, manipuluje się dowolnie wybranymi symbolami jako jednostkami, które mogą być włączone lub jedynie waaranżowane w określone związki stosownie do określonych ról. Jest to postać (relacje), czy to semantyczna, syntaktyczna, doznaniowa, czy konceptualna, elementów języka, z którego umysł generuje znaczenie, a nie materia, z której są skonstruowane; same fizyczne symbole nie posiadają lingwistycznego znaczenia ..... Nie jest to ani masa ani energetyczna właściwość liter, słów, zdań, i tak dalej, czy to wyrażanych ustami, piórem i atramentem, rylcem i woskiem, czy wydrukiem komputerowym zawierającym informację w języku, lecz ich określona forma lub rozmieszczenie."

Wykonałem jednak jeden teoretyczny skok dalej. Young wspomina o tak zwanej "materii z której są one skonstruowane" w odniesieniu do symboli języka. "Materia" ta, według mnie, sama skomponowana jest z językopodobnych elementów wewnątrz takiego czy innego systemu formalnego. Co implikuje, że istnieje tylko informacja; Wszechświat zbudowany jest na formalnych systemach informacyjnych, jak choćby fizyka, chemia, biologia, a wszystkie są w sobie zawarte, tworząc zintegrowane kontinuum informacyjne. Są systemami formalnymi, ponieważ jest to forma (np. deseń lub architektura) elementów, czy to będących cząstkami, atomami, cząsteczkami, czy słowami, i ich formalnymi relacjami względem siebie, co określa rolę, znaczenie i późniejszą akcję tych elementów.

Językopodobny system cząsteczek przedstawia jeden z najbardziej podstawowych substratów informacyjnych Wszechświata. System ten zradza językopodobny system elementów atomowych. Z kolei ten system daje początek językopodobnemu systemowi chemii, który sam prowadzi do językopodobnego systemu DNA. I tak dalej, aż do konkretyzacji językowego systemu świadomości w naszych mózgach biologicznych. Każdy z tych językopodobnych systemów informacji używa do wyrażenia się swego własnego rodzaju logiki, mianowicie logiki fizyki, chemicznej logiki, molekularnej i genetycznej logiki i w końcu logiki umysłu lub psycho-logiki. Każda postać logiki daje początek architektonicznej strukturze i wzorcom, które na siebie oddziaływują co prowadzi do większej ilości wzorców, z których niektóre produkują, lub zaczynają urzeczywistniać nowe systemy logiki. Deskartes się mylił; dualistyczny problem umysł/ciało jest iluzją. Systemy formalne składające się z językopodobnej informacji w przebiegu ustanawiają rzeczywistość. Informacja w przebiegu jest wszędzie i wszystkim.

Jakaś wewnętrzna informacja: czy jesteśmy sygnałem wyjściowym?

Jeśli powyższe rozumowanie jest poprawne, wtedy Wszechświat, w sensie rzeczywistym jest trwającym obliczeniem, w którym ciągle wzruszana i przetwarzana jest jego informacyjna zawartość, tak by dostarczyć nowych form/wzorców informacji. W każdej pojedynczej chwili Wszechświat jest w określonym stanie lub formie. Stan ten przetwarzany jest zgodnie z "zasadami Wszechświata" i formowany jest kolejny stan uniwersalny. I tak dalej, od chwili domniemanego wielkiego wybuchu do teraz. Stąd cały Wszechświat może być traktowany jako postępujący stan przejściowego obliczenia, rodzaj meta-formalnego systemu nieustannie wyrażającego swą naturę potencjalną. I co gorsza jesteśmy wewnątrz obliczenia. Lub tak to wygląda.

Czy takie przypuszczenie jest do obrony? Czy naprawdę moglibyśmy być zamknięci w olbrzymim obliczeniu, jakbyśmy byli niczym więcej jak podprogramowymi więźniami, zmierzającymi w czasie ku jakiemuś wielkiemu algorytmicznemu tańcowi? Zgodnie z naszym wypadem na naturę informacji i obliczenia, taka sugestia mogłaby się okazać spektakularną możliwością, aczkolwiek nieco klaustrofobiczną, i oburzająco niedorzeczną zarazem. Tak przywykliśmy do myślenia o komputerach jak o fajnych białych pudełkach stojących na biurkach, że zapomnieliśmy, iż są one systemami formalnymi, które można w zasadzie zawrzeć w czymkolwiek. Lecz jeśli weźmiemy ten fakt pod uwagę, i jeśli będziemy również pamiętać, że komputery mogą przetwarzać wszelkiego rodzaju informację dochodząc nawet do symulowania rzeczy takich jak pogoda, to możemy łatwo się skusić na pomysł wszechświata obliczającego. Może jedynie uciekam się do stosowania wygodnej metafory zapożyczonej z naszej technologicznej kultury? Jeśli tak, to metafora ta może być użyteczna, ostatecznie, jako że jest doczesna, jej wykorzystanie będzie ograniczone, póki nie będzie dostępna kolejna, bardziej użyteczna metafora.

Zważywszy na to, że prawdą jest mówienie, iż metafory często były zapożyczane z najnowszych technologicznych rozwiązań w celu wsparcia pewnego nowego przypuszczenia, odwróciłbym dyskusję. Utrzymuję, że zasada obliczania informacyjnego odzwierciedla aktualny sposób (lub przynajmniej jeden ze sposobów) w jaki działa sama Natura. To co osiągnęliśmy podczas rewolucji komputera cyfrowego jest imitowaniem Natury. Zaczęliśmy zdawać sobie sprawę, że nazwą tej gry Wszechświata jest informacja (wszystko jest informacją) i jej przetwarzaniem zgodnie z określonymi zasadami.

Faktycznie, trzeba tylko rozważyć fakt, że DNA, sama podstawa życia, samo stanowi formę cyfrowej informacji, można zacząć podejrzewać, że w jakiś fundamentalny sposób Natura jest obliczeniowa. Są cztery nukleotydy, które tworzą całe i wszystkie DNA - guanina, cytozyna, adenina i tymina - i ponieważ każdy jeden element DNA musi być jedną z tych czterech możliwości to wyraźnie system ten jest cyfrowy.

Jeśli ta cyfrowa właściwość DNA nie była wystarczająco uderzająca, faktem jest również, że aktywność neuronalnego odpalania musi być oparta na prostych cyfrowych zasadach, gdyż neurony albo odpalają, albo nie. Wzorce neuronalnego odpalania różnią się w zależności od tego, które neurony są odpalane, a które nie są odpalane (jak również od częstości odpalania). Tak też podobnie systemy nerwowe (do których zalicza się mózg) wykorzystują w gruncie rzeczy cyfrową formę przetwarzania informacji. Gdy myślimy o sobie jak o pionierskich wynalazcach i technologicznych geniuszach, pod względem technologii cyfrowej i cyfrowego obliczania Natura nas w tym zaiste przebija. Najwyraźniej Era Informacji jest znacznie starsza niż sobie wyobrażamy.

Stany przejściowe

Jeśli wciąż nie jesteście przekonani, że informacyjność jest podstawową tkaniną Wszechświata lub, jeśli wciąż bardziej wolicie bezpieczne i uspokajające poczucie "twardej namacalnej materii", pozwólcie, że wprowadzę trochę wsparcia dla scenariusza Wszechświata jako obliczenia. Pochodzi ono od znakomitego (i bogatego, gdyż został nagrodzony dużą sumą pieniędzy przez pewne teologiczne organizacje) filozofa nauki Paula Davies'a. Davies jest głównie profesorem fizyki teoretycznej, jest jednym z tych rzadkich typów naukowca, który ośmiela się zadać naprawdę onieśmielające pytania o fundamentalną naturę rzeczywistości. Stara się również odpowiadać na te pytania.

W swojej książce "Umysł Boga" (The Mind of God) (termin zapożyczony z końca książki fizyka Stephena Hawking'a "Krótka historia czasu" - Brief History of Time), Davies harował ciężko by dotrzeć do serca rzeczywistości. Podczas omawiania zdolności komputerowych symulacji do naśladowania aspektów świata rzeczywistego, Davies nieuchronnie zapytał, a jeśli sam Wszechświat jest obliczeniowy:

"Porównajcie aktywność komputera z naturalnym systemem fizycznym - na przykład, z planetą biegnącą wokół słońca. Stan systemu w dowolnej chwili może być określony przez podanie pozycji i prędkości planety. Są to dane wejściowe. Istotne liczby mogą być podane w arytmetyce dwójkowej, jako zmienne bitowe jedynek i zer. W trochę późniejszym czasie planeta będzie miała nową pozycję i prędkość, które mogą być opisane przez kolejną zmienną bitową: są to dane wyjściowe. Planecie udało się przekształcić jedną zmienną bitową w inną, i dlatego w tym sensie jest komputerem."

W tym tonie, Davies omówił różne stany w systemie molekuł gazowych. Do określenia prędkości i pozycji wszystkich molekuł gazu w jednej chwili może być wykorzystana niewiarygodnie długa sekwencja dwójkowa. Po przeminięciu ustalonej ilości czasu byłby osiągany nowy stan, który również określany byłby zmienną bitową. W ten sposób informacja wejściowa została skonwertowana przez Naturę w informację wyjściową, i jest to wyraźnie proces obliczeniowy.

Jest to dokładne, ponieważ różne aspekty świata mogą być kodowane do postaci dwójkowej, którą komputery mogą modelować różnymi aspektami rzeczywistości. Oczywiście komputery nie są zdolne dokładnie symulować świata rzeczywistego, gdyż wymagałoby to obliczenia obejmującego wszystkie istotne informacje w układzie do wymodelowania. Każda niedokładność początkowej konfiguracji danych wejściowych na ogół wzrasta wykładniczo w miarę postępu symulacji (jeśli symulowany układ jest nieliniowy). Jest to tak zwany efekt motyla, w którym stan przejścia układu jest bardzo wrażliwy na warunki początkowe (być może uderzające skrzydła jakiegoś archaicznego motyla doprowadziły do nieprzewidzianego huraganu, który przetoczył się nad U.K. w 1987 - jeśli tak, dni tego nikczemnego motyla są z pewnością policzone!).

Zmień stan początkowy obliczenia w minimalny sposób, a zmiana nieuchronnie wpłynie narastająco na rozwój obliczenia, tak bardzo, że stan końcowy może być radykalnie inny. Jest to powód, dla którego symulacje komputerowe pogody nie będą dokładne dalej niż na kilka dni, i dlaczego powinniśmy być litościwi przy ocenie mylnych synoptyków. Po prostu niemożliwe jest wprowadzenie wszystkich informacji o obecnym stanie pogody. Tylko sam rzeczywisty układ pogodowy zawiera wszystkie istotne informacje. W tym sensie Wszechświat jest swym własnym najlepszym obliczeniem. Wszystko co robią meteorolodzy to symulacja pogody najdokładniej jak się da na podstawie takiej ilości informacji wejściowej jaką mogą uzyskać. Komputery jedynie modelują różne aspekty świata, nie mogą odtworzyć ich w 100%, gdyż wymagałoby to wprowadzenia wszystkich istotnych informacji. Stworzone przez człowieka komputery i obliczenia są z pewnością sprytne, jedynie świat rzeczywisty jest o wiele sprytniejszy i o wiele bogatszy w informację. A częścią jego danych wyjściowych jesteśmy my, świadomi ludzie.

Oryginalne oprogramowanie

Jeśli pójdziemy za pojęciem Wszechświata jako przynajmniej swego rodzaju całości, będącej obliczeniem w toku, z pewnością zapytamy, co dokładnie rządzi stanem przejścia Wszechświata z jednej chwili do drugiej? Innymi słowy, czym są zasady, które kontrolują ten bezkresny informacyjny system przetwarzania? Przecież musi istnieć jakaś prawowita kontrola nad postępem tego Uniwersalistycznego Obliczenia, którego jesteśmy świadkami, porządek oraz spójne wzorce w każdej skali rzeczywistości, od prostych komórek do galaktyk spiralnych. Jaka jest więc podstawa metagramatyki lub meta-software'u zarządzającego procesem rzeczywistości?

Mogłoby się okazać, że to fundamentalne prawa fizyki reprezentują ten Uniwersalistyczny program. Stanowi to zasadnicze oprogramowanie kierujące zachodzącym obliczaniem Wszechświata. Nie można zaprzeczyć temu, że w całym Wszechświecie panują cztery fundamentalne prawa fizyki (jak grawitacja oraz silne i słabe oddziaływania atomowe) zapewniając podstawę, na której rozgrywają się wydarzenia kosmologiczne. Jednakże te prawa fizyki - stanowiące być może niebywałe wyjaśnienie kontekstowe - utworzyły nowe systemy informacyjne w rodzaju fizyki elementarnej, chemii, genetyki, biologii oraz umysłu, etc, które zarysowałem w poprzednim rozdziale, a które w tym rozdziale opisałem jako informacyjne systemy formalne. Te informacyjne systemy zezwoliły sobie na pojawienie się nowych praw. Jest to również niezaprzeczalne. Systemy formalne w rodzaju genetyki, oraz języka angielskiego nie mogą być w żaden sposób całkowicie zredukowane do fizyki. Ani świadomość nie może być zredukowana do fizyki. Mimo to fizyka oraz fundamentalne prawa rządzące fizyką "pobudziły" te kolejne systemy do wyłonienia.

Prawa są zasadniczo gramatyko podobne, ponieważ rządzą sposobem przepływu informacji oraz zintegrowują się w różnych językopodobnych systemach informacyjnych. Dlatego, kiedy w tym Uniwersalistycznym Obliczeniu powstały nowe formy/wzorce/struktury informacji, zdały się pojawić nowe prawa kontrolujące relacje między tymi nowatorskimi formami np. powstały nowe gramatyki. Jest to ważny element, który trzeba wziąć pod uwagę gdy rozmawiamy o prawach fizyki, dla kogoś może być podejrzane, że samo prawo fizyczne wystarczy za przyczynę, powiedzmy, ewolucji życia. Raczej jest tak, że to prawa fizyki umożliwiły pojawienie się nowych praw jak tylko zaistniały nowe formy informacji. W tym sensie, prawa fizyki są początkowe, można powiedzieć, że są fundamentalną gramatyką, lub fundamentalnym wzorem, który wspomógł wszystko czego dotyczy. Przypomina to nieco rolę oktawy w muzyce. Oktawa definiuje muzykę gdyż zawiera wszystkie nuty durowe i określa wibracyjne wzajemności między tymi nutami. Gdy określono podstawowy system oktawy, to cała muzyka, wszystkie te kompozycje i melodie, które lubimy, mogły być tworzone z tego prostego systemu. Ta sama zasada dotyczy oczywiście szachów. Po stworzeniu tych prostych reguł, może być z nich wygenerowana każda partia szachów, czy to klasyczna, epicka czy żenująca.

Czy rzeczywistość jest trochę podejrzana?

Prawa fizyki, takie jakimi są, wymagają początkowego stanu wejścia, w którym się objawiają. Ten stan początkowy zdaje się być warunkami początkowymi w czasie domniemywanego wielkiego wybuchu, wielu kosmologów twierdzi, że warunki te musiały być bardzo specyficzne aby Wszechświat ewoluował w sposób, w jaki to zrobił. Stajemy tu w obliczu niezgłębionej tajemnicy. Dlaczego ten konkretny zbiór warunków początkowych i dlaczego te prawa fizyki?

W większości swoich książek Paul Davies zawsze zdaje się wnioskować, że Wszechświat wydaje się być "nieco podejrzany", lub że z pewnością "coś dzieje się za sceną". Davies odmawia akceptacji tego, że prawa fizyki oraz warunki początkowe po prostu się wydarzyły by istnieć w taki sposób. Wydaje się to "zbyt piękne by było prawdziwe", zwłaszcza odkąd istniejemy by o tym spekulować. Można albo zaakceptować te fundamentalne właściwości Natury jako niewyjaśnialne "zwykłe fakty", albo próbować wyjaśnić je w jakiś metafizyczny sposób.

Ponieważ ponownie wkraczamy na niezwykłe terytorium, szybko zreasumujmy. Próbowaliśmy zrozumieć rzeczywistość jako trwające obliczenie, w którym cała informacja Wszechświata jest nieustannie przetwarzana przez niezliczone stany przejść. Ten informacyjny proces doprowadził do powstania galaktyk, gwiazd, planet, życia, Homo sapiens, świadomości, a w końcu świadomej refleksji o naturze galaktyk, gwiazd, planet, życia, .... etc. Sama egzystencja takiego uwarunkowania jest wystarczająco niesłychana. Lecz wywnioskowaliśmy również, że takie interesujące i twórcze dane są całkowicie zależne od praw fizyki oraz początkowych warunków wejścia, i że są one w jakiś sposób wyjątkowe; przynajmniej w znaczeniu, że utworzyły trwałe formy informacji takie jak ty i ja.

Jeśli ten sposób rozumowania sugeruje już w jakiś sposób obecność Boga, to jest tak, ponieważ nasze słownictwo jest poważnie ograniczone gdy przychodzi do omówienia tego rodzaju zagadnień. Jest to względnie nowy obszar myślenia, dopiero w ostatniej dekadzie lub coś koło tego naukowcy zaczęli poważnie zmagać się z pytaniem, dlaczego rzeczy są jakimi są, dlaczego Wszechświat zdaje się być nieco podejrzany. Są to uzasadnione pytania, choć poważnie wykraczają poza ograniczony zakres nauki.

Wierzę, że nauka, w której nierozerwalnie utknęliśmy w tym Uniwersalistycznym Obliczeniu, dokądkolwiek prowadzi, to z pewnością w naszym interesie leży skonfrontowanie tego stanu wydarzeń. Faktycznie powinniśmy domagać się bycia oświeconymi odnośnie tego co się tu naprawdę dzieje. Z drugiej strony jest mało prawdopodobne by marsze i demonstracje, w których trzymane wysoko banery głoszą hasło JAKIE JEST SEDNO TEGO UNIWERSALISTYCZNEGO OBLICZENIA W KTÓRYM WSZYSCY JESTEŚMY?, dały odpowiedzi. Istotnie, jak wyjaśniłem, naturalne enteogeny oraz ich zdolność do rozbudzania transcendentalnych form poznania są być może najlepszymi dostępnymi narzędziami na załatwianie takich pytań o rzeczywistość. Stwórz odpowiedni rodzaj biochemicznej alchemii, doprowadź na miejsce odpowiedni rodzaj naturalnych składników, a informacja zda się dogodnie zorganizować we wzorce głębokiego zrozumienia. Metoda, być może dzięki której, Natura rozwiązuje rozumienie siebie poprzez wehikuł świadomości.

Jednak przed kontynuacją tworzenia swego rodzaju konkluzji z naszego informacyjno/obliczeniowego oglądu rzeczy, przydatne będzie szczegółowsze przedstawienie, w jaki sposób obliczeniowe przetwarzanie informacji zgodne z kilkoma bardzo prostymi zasadami może mimo tego zaowocować zorganizowanymi formami i strukturami. W tym rozdziale chciałbym szczególnie powitać niezwykły świat automatu komórkowego. Nie jest to tak nudne jak brzmi, a ponieważ system ten jest prosty do pojęcia, dobrze nada się do naszego obliczeniowo/informacyjnego modelu.

Gra w życie

Automat komórkowy jest systemem obliczeniowo informacyjnym zdolnym wykształcić życiopodobne zjawisko, dlatego jest modelem, który oddaje, przynajmniej częściowo życio stwórczą zdolność Natury. O dziwo, badania tych systemów mają korzenie w nowatorskim grzybie meksykańskim, tylko że tym razem grzyb ten jest złośliwą chmurą grzybową bomby atomowej. Bomba wodorowa została stworzona w laboratoriach wojskowych Los Alamos w Nowym Meksyku jako część amerykańskiego Projektu Manhattan. Faktycznie to w odpowiedzi na ostrzegawcze słowa samego Einstein'a USA pierwotnie rozpoczęły próby rozbicia atomu do celów zbrojeniowych. W 1939 Einstein, szukający potem w USA azylu, napisał do prezydenta Roosevelt'a o Niemieckich rozległych i żarliwych poszukiwaniach uranu. Dla Einstein'a było nazbyt wyraźne, że implikacje jego równania E=MC2 doprowadzały do swego ostatecznie wybuchowego końca i dlatego dobrze by było aby USA miało aktualne informacje o tym niepokojącym rozwoju wypadków. Na mocy ostrzeżenia Einstein'a USA pobudziło się do wynalezienia bomby atomowej nim podołali temu Niemcy i tak narodził się Projekt Manhattan.

Było to dokładnie w tym czasie, wczesne lata 1940, w którym po raz pierwszy pokazały się wynalezione właśnie wtedy komputery. Jeden z nich trafnie nazwany MANIAC (Mathematical Analyser, Numerical Integrator, And Computer - Matematyczny Analizator, Numeryczny Integrator, i (a) Komputer) wykorzystywany był przy Projekcie Manhattan do przyspieszenia obliczeń potrzebnych do wyprodukowania w pełni działającej bomby atomowej. W sierpniu 1945 dwa takie urządzenia zostały "skutecznie" zdetonowane nad Japonią.

MANIAC był nadzorowany w Los Alamos przez matematyka John'a von Neumann'a. Choć Von Neumann był matematycznym mistrzem, jego stanowisko etyczne było trochę wątpliwe. Nie tylko on był niezwykle głośnym orędownikiem całkowitego zniszczenia atomowego Rosji nim rozwinie nuklearny potencjał, i nie tylko on czuł, że bezpiecznie było przeprowadzić i z bliska obserwować próby eksplozji nuklearnych (zmarł później na raka kości spowodowanego prawdopodobnie uświadczaniem wybuchów nuklearnych na atolu Bikini), obmyślał nawet plany ufarbowania czap polarnych w celu ich rozpuszczenia.

Mimo tych radosnych osobliwości, to Von Neumann był pierwszym, który na zwalistych komputerach Los Alamos zaczął badać obliczeniowe właściwości automatu komórkowego. Von Neumann zawsze był zafascynowany pomysłem samoreplikujących maszyn, choć wierzył, że ostatecznie nie było to możliwe tylko przy użyciu lamp próżniowych, tranzystorów i tym podobnych. Jednakże, wykorzystując będące pod ręką nowe komputery, Von Neumann mógł implementować program, w którym symulowane formy życia potrafiły się replikować. Program ten był pierwszym automatem komórkowym. To że samoreplikujące się, wygenerowane komputerowo byty nie były zbudowane z ciała czy części maszyn nie ma znaczenia, gdyż określała je ich logiczna i organizacyjna struktura. Było to jedno z pierwszych dogłębnych zrozumień symulacyjnej mocy komputerów. Mogły tworzyć przekonujące formy życia.

Pracę Von Neumann'a całkiem wskrzesił matematyk Cambridge John Conway, który w 1970, wynalazł automat komórkowy nazwany Gra w Życie. Gra jest wbrew pozorom prosta mimo to potrafi wygenerować nieskończoną ilość złożoności i wariacji. Odzwierciedla to również obliczeniową właściwość samego życia biologicznego.

Gra w Życie jest nawiązaniem do automatu komórkowego, ponieważ przebiega wewnątrz szachownicopodobnej sieci komórek i ponieważ program zarządzający sposobem, w jaki toczy się gra jest całkowicie automatyczny. Gra w Życie polega tylko na trzech zasadach, które raz za razem stosowane są względem aktualnego stanu komórek w sieci. Komórki są albo zajmowane albo nie, co oznacza, że system przechowuje wartości binarne. Komórki są cyfrowe, włączone lub wyłączone, żywe lub martwe. Są to trzy żałośnie proste zasady:

1. Jeśli zajmowana komórka ma dokładnie trzech zajętych sąsiadów to pozostaje zajęta.
2. Komórka pozostaje nie zmieniona (zajęta lub nie) jeśli dokładnie dwie sąsiadujące komórki są zajęte.
3. We wszystkich innych przypadkach komórka staje się lub pozostaje pusta.

Wejście stanowi początkowa konfiguracja włączonych/wyłączonych komórek, po czym stosowane są te trzy pozornie bezsensowne zasady. Wyjście tego procesu zrodzi nową konfigurację włączonych/wyłączonych komórek. Zasady przykładane są wielokrotnie, setki lub nawet tysiące razy. Rezultaty mogą być dość spektakularne. Nieco różne konfiguracje startowe nie tylko dają szalenie różne wyjścia, ale formują różne wzory, które przemijają w czasie gry. Jeśli kolejne stany automatu komórkowego szybko przedstawi się na ekranie komputera, to można zobaczyć film Życie w czasie rozwoju. Wyłaniają się wzory, przemieszczają w około, kolidują, mutują, a niektóre potrafią się nawet powielić.

W 1971 poprzez relację na stronach Scientific American Gra w Życie Conway'a przyciągnęła uwagę mediów (wciąż można ją znaleźć, często jako komputerowy wygaszacz ekranu). Różne obiekty Życia zdobyły nazwy. Narodziły się wahadłowce, ule, oraz flotylle. Statki, łodzie, barki, oraz bloki były chętnie obserwowane i dokumentowane, gdy meandrowały po dwuwymiarowej równinie Życia.

Genopodobny deseń ze zdolnością do kopiowania, który czasem wyłaniał się z pierwotnej zupy Życia nazwany został "szybowiec". Obserwowano kolidujące ze sobą szybowce formujące w rezultacie "działo szybowców" strzelające kolejnymi szybowcami jakby były jego potomstwem. Odkryto nawet, że działa szybowców mogą być ustawione w taki sposób, by ustanowić wirtualny komputer! Conway dowiódł, że procesje szybowców zdolne były kodować liczby dwójkowe i że bramki logiczne można formować tworząc kolidujących ze sobą w odpowiedni sposób strumień szybowców. Wynik jest zadziwiający. Ten komputer z Życia może reprezentować sobą jeszcze jeden komputer, i tak dalej w nieskończoność. Proces cyfrowej informacji wewnątrz procesu wewnątrz procesu....

Co początkowo było tak fascynujące w życiopodobnych wzorach, które ewoluowały w Grze w Życie to ich pochodzenie. Z początkowej prostoty rodziła się złożoność. Co więcej, automat komórkowy, czy to zagrany na komputerze, szachownicy, czy na papierze milimetrowym był wyraźnie obliczeniowy. Informacja była przetwarzana przez grę poprzez stany przejść. Wynikało z tego nieuniknienie, że samo życie może przedstawiać podobny system przetwarzania informacji. Jeśli tak, to Wszechświat zdecydowanie najbardziej mógłby być rozumiany w terminach obliczeniowych.

W 1984 Stephen Wolfram z Instytutu Badań Zaawansowanych w Princeton tak podsumował w Scientific American obliczeniowe implikacje automatu komórkowego:

"Przypuszczalnie prawdą jest, że każdy proces fizyczny może być opisany jako algorytm (skondensowany zestaw zasad obliczeniowych), w związku z czym każdy proces fizyczny może być przedstawiony jako proces obliczeniowy... Podobieństwo między procesem fizycznym i obliczeniowym w automacie komórkowym jest szczególnie wyraźne. Automat komórkowy może być uważany za model systemu fizycznego, lecz także jako system obliczeniowy ściśle analogiczny do zwyczajnego komputera cyfrowego. W czasie ewolucji automatu komórkowego przetwarzana jest informacja: wartości komórek są modyfikowane zgodnie z określonymi zasadami. Podobnie cyfry przechowywane w pamięci komputera cyfrowego są modyfikowane przez reguły wbudowane w centralną jednostkę przetwarzającą komputera."

Z powrotem docieramy do scenariuszu Wszechświata-jako-obliczenia. Toczący się system obliczeniowy, Gra w Życie doskonale demonstruje, w jaki sposób początkowe warunki i pewne proste zasady stanów przejść mogą dać początek zorganizowanej złożoności oraz kształtującemu się zjawisku samoreplikacji.

Prawdziwa obliczeniowa gra w życie, w której się urodziliśmy, podobnie zależy od dobrze zdefiniowanego stanu początkowego w pewnym odległym momencie w przeszłości oraz zestawu zasad, w tym przypadku zasady będą prawami fizyki i stałymi Natury, oddziałującymi na obecny stan wszechświata. Widzimy, że automat komórkowy Gra w Życie jest toczącym się obliczeniem, w którym formalny stan informacyjny zmienia się w miarę postępu obliczenia. Widzimy również, że pewne wzorce informacyjne lub formy powstające w tym obliczeniu są niezwykle podobne do form żywych, szczególnie te ze zdolnością replikowania. Teraz, jeśli cały ten system ma być rozumiany w terminach obliczeniowych/informacyjnych, to wyraźnie cały Wszechświat można potraktować w ten sposób. Jedyna różnica to, że jesteśmy wewnątrz Uniwersalistycznego Obliczenia, tak jak szybowce są wewnątrz automatu komórkowego.

Dyskretne spojrzenie w czasie

Jednak argument ten wciąż nie jest niezbity. Automat komórkowy, i w rzeczy samej każde obliczanie przebiegające w komputerze wprowadza dyskretne kroki. Jeśli wszechświat jest trwającym obliczeniem, to ściśle mówiąc, powinien przetwarzać w dyskretnych stanach przejść, niejako klatka po klatce. Matematyk Martin Gardiner, który przedstawił pierwotnie Grę w Życie czytelnikom Scientific American, był jednym z pierwszych do spekulacji na ten temat. Napisał:

"Istnieje nawet możliwość, że sama czasoprzestrzeń jest ziarnista, skomponowana z dyskretnych jednostek, i że Wszechświat .... jest automatem komórkowym uruchomionym na ogromnym komputerze."

Innymi słowy, jeśli Wszechświat jest obliczeniem, przypuszczalnie istnieje najmniejsza jednostka czasu (czas jest ziarnisty), który nie może być dalej dzielony. Taka hipotetycznie najmniejsza jednostka czasu znana jest jako chronon. Chronon jest momentem absolutnym, w którym Wszechświat jest w stanie szczególnym. Stan ten następnie przechodzi przez dyskretny "skok" by utworzyć następny chronon zgodnie z jakimiś prawami obowiązującymi na takim stanie, prawie jak ruch elektronów rzekomo przeskakujących dyskretnie z jednej orbity na drugą. Wierzy się, że nie ma stanów pośrednich między kolejnymi "skokami".

Kogoś może teraz kusić pytanie, czemu doświadczamy płynnego czasu. Nie jest to niespodzianką, mówienie o nieciągłym czasie to jak mówienie o kolejnych klatkach filmu. Jeśli klatki puszczane są wystarczająco szybko iluzja ciągłości staje się oczywista. Taka iluzja ciągłości pojawia się również w Grze w Życie. Stany przejść automatu Życia mogą być tak szybko przetwarzane przez komputer, że dają początek wzorom, które zdają się pływać na ekranie komputera, wszerz dwuwymiarowego pola gry. Tak naprawdę wszystkie komputery wyświetlają ruch w nieciągłych etapach, nawet w najbardziej zaawansowanych programach. Dla przykładu, gry komputerowe mogą wyglądać jakby płynęły gładko, lecz w rzeczywistości przebiegają w szybkich skokach stanu przejściowego (w obecnych czasach, fakt obliczeniowej "skakalności" jest problemem rozważanym przez inżynierów rzeczywistości wirtualnej zmagających się z przyspieszeniem swych skomputeryzowanych pokazów grafiki VR, by sprawić, że ich koniecznie złożone, wirtualne światy popłyną gładko jak świat rzeczywisty.).

Dlatego "iluzja" form płynących, zdających się tworzyć Wszechświat musi być związana z obecnością w obliczeniu stabilnych wzorców, które przetrwają od jednego momentu do następnego. Jeśliby wziąć zdjęcie wycinka rzeczywistości, niejako jeden chronon, to nie dałoby się właściwie dostrzec żadnych wzorów, wzory które obserwujemy, jak planety i ludzie, są raczej wzorzystymi strukturami, które wyłaniają się na zwielokrotnionej serii takich wycinków. Podobnie założyłbym, że świadomość wydaje się przepływać płynnie, ponieważ jest informacyjnym wzorcem, który trwa na kolejnych klatkach ziarnistego czasu.

Podjęto próby ilościowego określenia hipotetycznego chrononu. Dla jego wartości przyjęto, że jest to najkrótsza możliwa długość dzielona przez prędkość światła. Z oczywistych powodów, przyjmę tę definicję na słowo. Zresztą, oddaje to, to co czasami nazywane jest "czasem Planck'a", i może reprezentować nieuchwytny chronon. Intuicyjnie wydaje się, że musi istnieć czas nieciągły, inaczej sekunda dzieliłaby się na nieskończoność momentów. Jeśli tak, to trudno w ogóle sobie wyobrazić jak zdaje się płynąć czas. Echo tego "czasowego dylematu" odnajdujemy w cząstce fizycznej. Czy istnieją jakieś najmniejsze bity, lub czy skala i rozmiar ciągną się bez końca? Ponieważ z czasem, sensowniej jest myśleć o najmniejszej jednostce materii/informacji oraz najmniejszej jednostce czasu. Sprawa pozostaje jednakże otwarta, choć wątpliwym jest by można było zbudować jakiś instrument pomiarowy do obserwacji nieciągłych ruchów w czasie. Można ewentualnie wciąż utrzymywać obliczeniowy pogląd na Wszechświat z czasem niedyskretnym. Jest to zadanie, któremu może podołać ktoś inny.

Co sprawiło, że nasz wszechświat jest szczęśliwym zbiegiem okoliczności?

Przyjmując ponownie, że rzeczywistość jest naprawdę rodzajem toczącego się obliczenia, w którym wszędzie przetwarzana jest językopodobna informacja, oraz w którym moment "teraz" jest krawędzią wiodącą obliczenia, możemy powrócić do kwestii jej oprogramowania, to jest, praw fizyki określających, w jaki sposób przebiega to Uniwersalistyczne Obliczenie. Jak powiedziałem, natura Wszechświata jest całkowicie związana z określonymi, konkretnymi prawami fizyki oraz warunkami wejściowymi panującymi na początku czasu. Tylko teraz jak ważne lub przypadkowe są te dwa ustawienia zmiennych?

W Grze w Życie specjalnie były opracowane trzy zasady lub prawa Conway'a zapewniające, że wraz z postępem gry będą pojawiać się długotrwałe i interesujące formy informacji. Te trzy zasady zostały wybrane z właściwie nieskończonej ilości możliwych zasad. Faktycznie, dużo czasu zajęło Conway'owi odkrycie tych trzech reguł. Jeśli po prostu weźmiesz jakieś stare reguły i zastosujesz je do gry to nie wydarzy się nic specjalnie interesującego. A jeśli pojawi się cokolwiek interesującego najprawdopodobniej tylko zniknie wkrótce potem. Jest tak, ponieważ zasady Życia Conway'a były tak definitywne, precyzyjne i ograniczające, że jego gra się rozpoczęła i ostatecznie mogła wydać życiopodobne formy. Ponadto, by osiągnąć naprawdę interesujące wyniki (jak pojawienie się wirtualnego komputera), trzeba by skonstruować stan początkowy, ustawić wszystko jak gdyby zawczasu, żeby system rozwinął się w sposób, w jaki chcesz. Conway był wyraźnie Bogiem Gry w Życie, albo przynajmniej jego inteligencja. Szybowiec spieszący po równinie Życia mógłby robić coś wiele gorszego niż wielbić wielkiego i świętego Conway'a z Cambridge jako swego stwórcę.

Więc co z prawami fizyki oraz warunkami wstępnymi rzeczywistej gry w życie? Jak bardzo muszą być precyzyjne byśmy mogli tu teraz być i się nad nimi zastanawiać? Jest to nieco trudne do ustalenia gdyż znamy tylko ten Wszechświat. Nie możemy sprawdzić innych Wszechświatów z nieco odmiennymi prawami i stanami początkowymi by zobaczyć czy również one wnoszą życie i świadomość. Jednakże, wielu naukowców wywnioskowało, że dla świadomego życia, które wiemy, że się wykształciło, ówczesne prawa fizyki oraz warunki początkowe musiały być dokładnie takie jakie były. Rzeczywiście, wygląda na to, że istnieje wiele "kosmicznych koincydencji", które "sprzysięgły" się wywołać życie.

Davies na przykład, tak wypowiedział się na temat łącznych efektów wodoru, subatomowych neutrin, oraz prawa fizycznego i ich wpływie na pojawienie się życia organicznego:

"Szczególnie uderzające jest to jak procesy, które występują w skali mikroskopijnej - powiedzmy w fizyce nuklearnej - zdają się dostrojone do wytworzenia różnych interesujących efektów w o wiele większej skali .... wiemy, że siły grawitacji połączone z termodynamicznymi i mechanicznymi właściwościami wodoru gazowego są takie by utworzyć wielką ilość gazowych kul. Te gazowe kule są wystarczająco duże by wywołać reakcje łańcuchowe, lecz nie tak duże by gwałtownie kolapsować w czarne dziury. W ten sposób narodziły się gwiazdy."

Davies opisuje, w jaki sposób niektóre gwiazdy ostatecznie eksplodują i jak pozostałości takich supernowych formują podstawę dla planet takich jak Ziemia. W rzeczywistości, każdy ciężki atom w naszych ciałach musiał przejść przez wiele takich cyklów supernowej, nim zakończył jako integralna część życia lądowego. Siła eksplodującej gwiazdy pochodzi częściowo z obecności neutrin, które Davies nazywał "bytami duchowymi". Wywnioskował:

"Cykle życia gwiazd stanowią tylko jeden przykład pomysłowego i pozornie zaaranżowanego sposobu, w jaki splatają się wielkoskalowe i małoskalowe aspekty fizyki by utworzyć złożoną różnorodność w naturze."

Innymi słowy, długi i złożony łańcuch stanów przejść Uniwersalistycznego Obliczenia, który ostatecznie wydał życie i świadomość, był dokładnie określony przez sposób, w jaki rozwinął się uniwersalny dialog. Odpowiedni zestaw gramatycznych zasad/fizycznych praw, które ostatecznie wygenerowałyby życie i świadomość na pozór był "ustawiony" na samym początku czasu. Gdy prawa fizyki oraz początkowy stan wejścia zostały określone, doprowadziło to ostatecznie do ułatwienia ewolucji planet oraz ludzi zrobionych z pyłu gwiezdnego. Nawet srogi Pan Sceptyk musi przyznać, że był to nieco fortunny zbieg wydarzeń. Trzeba być chyba martwym by przynajmniej trochę nie zachwycić się na tym etapie naszą świadomą egzystencją w tym Uniwersalistycznym Obliczeniu.

Rozważ również tak zwane stałe Natury, jak masa elektronu oraz stała grawitacyjna Newton'a. Ich wartość jest traktowana całkowicie dokładnie i determinują, w jaki sposób sprawuje się język fizyki. Stałe te również zdają się być dostrojone, pozwalając wyłonić się życiu organicznemu. Jeśli ich wartość byłaby o ułamek inna, to życie, jakie znamy mogłoby nie istnieć. By wyjaśnić to zjawisko pewni naukowcy wprowadzili coś, co nazwali silną zasadą antropiczną. Zasada ta utrzymuje, że fundamentalne stałe Natury mają wartość dokładnie, jaką mają by umożliwić rozwój życia i świadomości gdzieś i kiedyś we Wszechświecie. Brzmi to jak projekt. Rzecz jasna, inni naukowcy wzdychają na takie mowy, woląc szukać mniej zadziwiającego wyjaśnienia.

"Przyjazna życiu" natura Natury jest postrzegana gdzie indziej. Pierwiastek węgiel, który jest tak decydujący dla życia na Ziemi, wytwarzany jest wewnątrz gwiazd w czasie nadzwyczajnych serii jak nazwał je Davies "szczęśliwych trafów". Dzieje się po prostu tak, że wewnątrz gwiazd, w związku ze szczęśliwymi efektami kwantowymi faworyzowane jest wystąpienie normalnie rzadkich, bardzo szybkich kolizji trzech jąder helu. W końcu węgiel, który w wyniku tego powstaje wysadzany jest w przestrzeń, gdy gwiazdy przechodzą w supernowe. Jako że węgiel jest podstawą wszelkiej chemii organicznej, naprawdę możemy podziękować naszym "szczęśliwym gwiazdom" za ich biologicznie konstruktywną obecność tu na Ziemi.

I nie zapomnijmy starej dobrej H2O. Woda jest niezbędna dla życia. Różne unikatowe fizyczne i chemiczne właściwości wody jak jej rola w fotosyntezie, w transporcie składników odżywczych, w osmotycznych procesach komórek, w redukcji ciepła poprzez parowanie potu, w pobudzeniu organicznej kreatywności pierwotnej zupy, i tak dalej, czynią wodę formą płynnej informacji fundamentalnej dla życia.

Nawet ekspansja Wszechświata musi być ograniczona tak by dać wystarczającą ilość czasu na uformowanie się galaktyk, planet, i życia. Jeśli ekspansja Wszechświata była by zbyt szybka to galaktyki nie mogłyby się ukształtować, a jeśli ekspansja byłaby zbyt wolna to wszechświat rekolapsowałby nim zaszłoby cokolwiek interesującego. Zgodnie z pewnymi obliczeniami, jeśli prędkość ekspansji w pierwszej sekundzie wielkiego wybuchu byłaby zaledwie o trylionową mniejsza, to Wszechświat mógłby kolapsować w ciągu 50 milionów lat, w tym czasie temperatura pozostawałaby powyżej 10,000 stopni, wyraźnie stan niezdatny do wydania życia jakim je znamy.

To zaledwie garstka z niezliczonych przykładów pokazujących jak precyzyjnie dostrojony jest Wszechświat żeby powołać życie organiczne. Sytuacja ta przypomina precyzyjne warunki (dokładnie trzy zasady) potrzebne w Grze w Życie, aby automat komórkowy wydał drobiazgowo zorganizowane formy. W obu wypadkach, w świecie rzeczywistym i świecie modelowym, jasne jest, że aby zapewnić wyewoluowanie zorganizowanych form potrzebne są określone prawa podstawowe wraz z określonymi stałymi podstawowymi oraz precyzyjnymi warunkami wejściowymi.

Czekaj, tylko ten przeklęty chronon!

Możemy tu zaprotestować i utrzymywać, że życie wykorzystało jedynie warunki, które stały się przeważające. W takim wypadku życie jedynie skorzysta z jakichś będących w ofercie "szans", gdzie "szans" jest stosownym słowem. Dlatego życie może odzwierciedlać to co w zasadniczo niezaaranżowanym Uniwersalistycznym Obliczeniu może być osiągnięte. Lecz skąd możemy być pewni, że życie i świadomość mogły ewoluować we Wszechświecie "starego rodzaju"? Czy można po prostu rzucić kostką by określić, powiedzmy, matematyczną naturę praw fizyki, po czym wciąż oczekiwać życia i świadomości na pewnym etapie wynikłej rzeczywistości? Czy można pomyśleć jakąś liczbę między jeden a milion, dodać pięć, losowo przesunąć przecinek dziesiętny, desygnować tę liczbę jako wartość stałej, po czym wciąż oczekiwać, że kolejny wszechświat spisze się na medal?

Niemożliwe wydaje się udowodnienie ponad wszelką wątpliwość, że proces ewolucyjny, w którym ostatecznie uformowała się świadomość musi zawierać nasz konkretny typ Wszechświata z jego szczególnymi warunkami początkowymi, prawami fizyki, stałymi i tak dalej. A przecież to proste wyobrazić sobie głupie i bardzo zabawne Wszechświaty, w których nic ciekawego się nie dzieje. Puszczając wodze wyobraźni, możemy zobrazować Wszechświaty, w których prawa fizyki przerywają formowanie złożonych struktur, lub w których stałe Natury zmuszają Wszechświat by uformował się w nijaki zlepek zastałego banału. Bardziej chaotycznie, możemy wyobrazić sobie wszechświaty z odrobiną lub w ogóle bez prawa i porządku. Lub nawet absurdalniej, możemy wyobrazić sobie Wszechświat, w którym życie zapoczątkowuje tylko po to, by wkrótce potem zostało nieuchronnie zniszczone przez jakąś nieodwołalną zasadę prawa fizycznego. Istnieją zyliony i niezliczone tryliony potencjalnie nudnych, pozbawionych życia Wszechświatów, tak jak istnieją zyliony i niezliczone tryliony potencjalnie nieproduktywnych automatów komórkowych. Więc czemu nasze Uniwersalistyczne Obliczenie jest tak bardzo, bardzo interesujące? I dlaczego my?

Jednym z "fast food'owych" rozwiązań jest założenie, że Wszechświat powiększa się od wielkiego wybuchu po to tylko, by na późniejszym etapie ostatecznie skurczyć się w "wielkim chrupnięciu". Z wielkiego chrupnięcia ewoluuje nowy Wszechświat i cykl jest kontynuowany, tylko tym razem kolejny Wszechświat ma nieco inne prawa i warunki początkowe. Domniemywa się, że ta "pulsacja Wszechświata" trwa wiecznie bez jakiegokolwiek powodu - nieskończony łańcuch Wszechświatów bez końca i bez początku. Jeden z nich, nasz, akurat jest jednym ze znaczących pośród dosłownej nieskończoności tych nudnych. Do groma, przecież dla naszej rzeczywistości nie ma to znaczenia...

Podobnym do tego scenariuszem jest teoria arcyprzebiegłych Wszechświatów Wielokrotnych propagowana przez niepokojącą ilość fizyków kwantowych. Uważają oni, że Wszechświat dzieli się gdy tylko zachodzi wydarzenie kwantowe, w którym możliwy jest więcej niż jeden rezultat. Zdarza się to więcej niż często. Dlatego Wszechświat wiecznie rozgałęzia się w nieskończoną ilość Wszechświatów. Znowu po prostu jesteśmy w jednym z bardziej interesujących.

Odwołując się do niektórych kosmologów istnieje wreszcie teoria "Wszechświata rodzącego". Ten imaginacyjnie płodny scenariusz uważa czarne dziury za dające początek nowym Wszechświatom z nieco odmiennymi prawami i stałymi, z których jeden ... cóż, znacie już wynik.

Czy powyższe propozycje bronią się w wyjaśnianiu naszego bardzo specjalnego Wszechświata? Po zastanowieniu, te koncepcje "chcesz po swojemu, to masz" ("you want it your way, you got it" slogan fast foodu - przyp. tłum.) są trochę absurdalne, ponieważ musi w nich być, z definicji, nie tylko nieskończoność Wszechświatów lecz nieskończoność takich jak nasz własny, różniący się być może jedynie pewnymi drobnymi detalami jak, powiedzmy, twoje nazwisko. W jednym z tych nieskończonych Wszechświatów, lub być może w 582, wszyscy moi czytelnicy będą się nazywać Pan lub Pani Banan. Lecz ponieważ przenigdy nie zaobserwujemy lub nie doświadczymy tych innych Wszechświatów (oprócz w Star Trek lub Twilight Zone) to jaki jest sens powoływać je na ziemi? Innymi słowy, czy mówienie o tym, czego w żaden sposób nie da się zweryfikować jest tak naprawdę uzasadnione? Myślę, że nie.

Popularna zasada Brzytwy Occam'a (być może teraz powinniśmy nazywać ją Laserem Occam'a) utrzymuje, że zawsze powinno trzymać się najprostszej możliwej teorii ilekroć trzeba wybierać spośród teorii konkurencyjnych. W dzisiejszych czasach założenie to osiągnęło w nauce rodzaj uświęconego statusu. Jeśli je tu wprowadzimy to zobaczymy, że nie może być bardziej rażącego odstępstwa od stosowania brzytwy Occam'a niż wnioskowanie, że autentyczna nieskończoność nieobserwowalnego Wszechświata istnieje. I wciąż nawet jeśli wybrałeś jeden ze scenariuszy Wszechświata Wielokrotnego, to dalej nie wyjaśnia to dlaczego na pierwszym miejscu istnieje łańcuch nieskończony!!! To co w zasadzie ukazują wszystkie te imaginacyjne scenariusze Wszechświata Wielokrotnego to, że fizycy i kosmologowie są w dogłębnie i mam tu na myśli dogłębnie głębokiej wodzie, gdy przychodzi wyjaśnić "przyczynę" naszego w większości kreatywnego Wszechświata.

Ewentualnie, niektórzy ludzie na obecność życia i świadomości we Wszechświecie wzruszają po prostu ramionami, chętnie słuchając Beatles'ów i po prostu niech tak będzie, niech tak będzie (let it be, let it be). Jeśli tylko obiad stoi na stole a w TV leci dobry film, kogo obchodzi czemu proces rzeczywistości jest taki zorganizowany i zintegrowany. A co do agnostyków kwestionujących, że można posiąść wiedzę o ostatecznej naturze Wszechświata, chyba że zbadali wszystkie możliwe podejścia do tajemnicy, to są po prostu apatyczni, chętnie wzruszając i wzruszając ramionami na proste niewyjaśnialne fakty. Niestety, nie mamy tu czasu dla takich wzruszaczy.

Zdarza mi się myśleć, że jest to trochę wykręt intelektualny odrzucający misternie dostrojony software napędzający nasz Wszechświat jako nic więcej jak zwykły fakt do bezmyślnego przełknięcia i zapomnienia. Zdradza to również dociekliwego i śmiałego ducha naszego gatunku. Nie chodzi o to, że w pierwszej kolejności powinien istnieć Wszechświat (dlaczego nie nicość absolutna - wygląda o wiele prościej), i nie chodzi o to, że taki Wszechświat powinien przetrwać tak długo. Dlaczego coś co istnieje ma być tak cholernie skomplikowane i osiągnąć stan, w którym może się skontemplować poprzez umysł Homo sapiens? Dlaczego my sami jesteśmy tak bardzo dostrojeni do tajemnicy?

Ostatecznie, wybór znaczenia, jakie przywiązuje się do naszego Wszechświata jest osobisty. Można jedynie rozważyć fakty dotyczące rzeczywistości, jakby zasady gry, a następnie interpretować je w świetle kontemplacji. Również czyjeś wyjątkowe doświadczenia życiowe nadadzą kształt wnioskom o naturze rzeczywistości. Jeśli masz w zwyczaju dostrzegać i podziwiać piękno w Naturze gdziekolwiek nie spojrzysz, to możesz być niezadowolony ze zwykłych rzeczowych wyjaśnień. To co starałem się podkreślić to przepastnie fantastyczna natura Natury ponieważ rzeczywistość zasługuje przynajmniej na to. Co do mnie, trzymam z Davies'em. Zdecydowanie coś podejrzanego dzieje się zarówno wokół jak i w nas. Co więcej ta podejrzaność jest bardzo subtelna i zadziwiająca. I jest źródłem zachwytu.

Pod koniec "Umysłu Boga" (The Mind of God), Davies nadstawia karku i sugeruje, że ostatecznego znaczenia rzeczywistości nie można posiąść tylko przez racjonalne i logiczne myślenie. Są to odważne słowa pochodzące od szanowanego naukowca broniącego się nagradzaną reputacją (chociaż ma w zapasie pieniądze). I Davies wie, że odwołanie się do innych form myślenia dla ustalenia odpowiedzi "dlaczego" Wszechświat, jest co najmniej kontrowersyjne. Pisze:

"Pomimo że wiele metafizycznych i teistycznych teorii zdaje się naciągana lub dziecinna, oczywiście nie są bardziej absurdalne niż wiara, że wszechświat istnieje w takiej formie bez powodu. Zdaje się przynajmniej wart spróbowania stworzenia metafizycznej teorii, która zmniejszy pewne przypadkowości świata. Lecz koniec końców racjonalne wyjaśnienie dla świata w sensie zamkniętego i kompletnego systemu prawd logicznych jest prawie na pewno niemożliwe... Jeśli chcemy wysunąć się poza, musimy przyjąć pojęcie 'rozumienia' inne od racjonalnego wyjaśniania. Być może drogą do takiego rozumienia jest ścieżka mistyczna."

Nie kończy się eksploracja umysłu Boga Davies'a. Cokolwiek wywnioskujemy o misternym dostrojeniu Uniwersalistycznego Obliczenia, w którym się znajdujemy, zawsze znajdzie się pewien czynnik, którego nie można uchwycić naszym normalnym pojmowaniem, gdyż czynnik ten jest bez przyczyny. Jeśli staniemy za niezdarnym i zapewne szalonym scenariuszem Wszechświata Wielokrotnego będziemy musieli przyznać, że nieskończone mnóstwo Wszechświatów nie było niczym spowodowane, że po prostu są, były, i zawsze będą. I jeśli, tak jak ja, optujesz tylko za tym jednym niezwykłym Wszechświatem, wciąż pozostaje kwestia wstępnej konfiguracji, co również oznacza pewien czynnik bez przyczyny. Innymi słowy, zawsze musiało być wieczne "coś" co istniało. Łańcuch przyczynowoskutkowy nie może rozciągać się w przeszłość bez końca. Ostatecznie będziemy musieli powołać coś, czego nie da wyjaśnić się terminami czegoś innego. Nie da się uniknąć tej niepokojącej, lecz delikatnie unerwionej konkluzji.

Powrót do szamańskiej mądrości

Jeśli chcemy odpowiedzi na te w większości trudne pytania musimy uzbroić się w nowe formy świadomości. Nasze normalne ramy myślowe nie są w stanie sprostać formom rozumienia dotyczącego pojęcia wieczności i temu podobnych. W wyjaśnianiu żywej tajemnicy egzystencji musimy ponownie stawić tu czoło potencjalnej mocy enteogennych sprzymierzeńców Natury. Wiedza zdobyta w czasie doświadczenia enteogenicznego, jak i odkrywcze wglądy zyskane poprzez superświadomą percepcję świata, przedstawiają zapewne, nawiązując do Davies'a, najprostszą drogę na dostąpienie informacji związanej z "dlaczego" rzeczywistość. O ile wiem, Davies nie wzorował się na epistemologicznych zaletach środków wizjonerskich, gdyż wyraźnie stwierdza, że nigdy nie miał doświadczenia mistycznego. Dlatego naukowcy o otwartych umysłach jak on dobrze by zrobili badając naturalne enteogeny w rodzaju psilocybiny, gdyż jej tajemnicze efekty są tu i teraz i nie są ograniczone stronicami nabożnej literatury mistycznej.

Substancje enteogenne mogą dostarczyć nowych, poszerzonych stanów świadomości, i to dokładnie w taki sposób, że można doznać przebłysku odpowiedzi na zagadkę rzeczywistości. Oczywiście jeśli zadowala cię prosty scenariusz boga, w którym wszechmogący byt jedynie siedzi i studiuje swą kreację to gratuluję. Jednak wielu z nas będzie chciało dalej ścigać tajemnicę, w nadziei osiągnięcia jakiegoś głębszego wglądu w naturę rzeczywistości. Enteogeny mogą być bez wątpienia wykorzystane do tej pogoni.

Jak wyjaśniła pierwsza część tej książki, enteogeny w rodzaju psilocybiny są tam gdzie ich miejsce w poszukiwaniu ostatecznego znaczenia tego Uniwersalistycznego Obliczenia, w które jesteśmy tak gruntownie wpisani. Enteogeny natury działają, tak jak działa matematyka. I właśnie, ponieważ działają, i ponieważ pozwalają skonfrontować liczne prawdy, to wywołują na Zachodzie strach i nieufność. Jak oświadczył McKenna, większość ruchu new-age na przykład - ruch poświęcony rzekomo wykuwaniu duchowej świadomości - jest odejściem od Gajańskich enteogenów:

"Ludzie kochają się w podróżowaniu. Ludzie kochają szukać odpowiedzi. Jeśli zasugerować, że czas szukania się skończył i że obowiązkiem jest teraz stanąć przed odpowiedzią, jest to większym wyzwaniem! Każdy może zamiatać wokół ashramu przez dziesiątki lat winszując sobie podążania za Babą do oświecenia. Wzięcie psychodelików wymaga odwagi - prawdziwej odwagi. Twój brzuch się zaciska, dłonie wilgotnieją, ponieważ zdajesz sobie sprawę, że to jest realne - że to będzie działać. Nie w 12 lat, nie w 20 lat, lecz w godzinę! Co widzę w całym tym duchowym przedsięwzięciu to wielka ilość osób wspierających się w ten czy inny sposób na podstawie swego niepowodzenia. Czy kiedykolwiek uda im się odnieść sukces, przedsięwzięcia te powinny być wysadzone z interesu. Lecz nikt się z tym nie śpieszy."

Być może nieco surowa ocena, lecz sedno uchwycone. Jesteśmy tak pogrążeni w hipnotycznym uroku naszej materialnej kultury, że nie nawykliśmy do form percepcji i koncepcji, w których nasze normalne ramy odniesienia nikną w zapomnieniu. W unerwionym i inspiracyjnym blasku neoszamańskiego doświadczenia indukowanego psilocybiną okazujemy się nagle przeniesieni do duchowo naładowanej sfery, gdzie rozwiewają się metafizyczne i teologiczne teorie, dając zamiast tego możliwość bezpośredniego postrzegania Inności, Umysłu Gajańskiego, który trzyma jakkolwiek klucze do celu życia i świadomości.

Wraz ze stopniowym pojawianiem się informacji dotyczących szamańskiego doświadczenia na bazie enteogenów, mamy wznoszoną platformę, na której można stanąć w celu zwiększenia rozumienia natury rzeczywistości i świadomości. Dokładnie jak twierdził Newton, by stanąć na barkach gigantów, aby dostrzec wyraźniej naturę Wszechświata wokół siebie, osiągnęliśmy teraz punkt w naszej kulturze, w którym możemy na nowo odpalić ducha szamańskiego, znikającego obecnie z lasów deszczowych Amazonki i wykorzystać go do oznakowania szlaku ku głębinom Tajemnicy. Środki enteogenne, szczególnie w rodzaju grzybów rodzimych ziemiom europejskim i amerykańskim, mogą dostarczyć wiedzy inaczej niedostępnej poprzez tradycyjne sposoby naszej percepcji i koncepcji. W tym tkwi ich potencjalna zaleta. Póki nie podejmiemy opcji enteogenów Natury, nasze rozumienie rzeczywistości pozostanie niekompletne.

Zobaczyliśmy, w jaki sposób Wszechświat jest swego rodzaju wyrażeniem zbudowanym na integracji informacji, że przetwarzana informacja jest wszędzie, i zobaczyliśmy jak sama świadomość jest rodzajem "subtelniejszej" formy informacji wynikającej z bogactwa informacyjnych relacji zbiegających się w neuronalnej architekturze mózgu. Dlatego jesteśmy jakby grającymi częściami w uniwersalnej grze w szachy, częściami których funkcja, rola i znaczenie określone są stosowanie do naszego pozycyjnego związku względem wszystkiego innego. A w naszej próbie pojęcia tej obliczeniowej gry osiągnęliśmy punkt, w którym zachwycamy się fundamentalnym softwarem, którego zasady rządzą polem gry.

Jeśli, co wydaje się wysoce prawdopodobne, indukujące wzorzec główne własności Wszechświata nie są przypadkowe, to możemy dostrzec pewną wolę lub intencję złożoną w samym sercu Natury. Możemy chcieć uścisnąć rękę Naturze i powiedzieć "niezła robota" lub "dobra gra". Posłużyłem się tu odrobiną humoru gdyż sytuacja, w której się teraz znajdujemy jest nieco dziwaczna. To, czego naprawdę potrzebujemy, to wydostać się jakoś na zewnątrz Uniwersalistycznego Obliczenie by zobaczyć gdzie, jeśli gdziekolwiek, jest usytuowane. Jako że szybki przepływ informacyjnej integracji zdaje się być skupiony na naszej planecie, to musi być pewnie skierowany ku jakiemuś punktowi kulminacyjnemu. Czym więc jest końcowy sygnał wyjściowy konkretnie tej ewoluującej części Uniwersalistycznego Obliczenia? Czym na Ziemi jest sens? W co zostaliśmy wpisani? Jaki wzorzec musi jeszcze wyewoluować lub zostać rozwiązany?

Wspólna wizja

Zanim przejdziemy do ostatecznego spojrzenia na konsekwencje doświadczenia neoszamańskiego dla zrozumienia "znaczenia tego wszystkiego", pozwólcie podsumować w formie barwnej, wizualnej metafory uderzające do głowy pomysły, nakreślone w kilku ostatnich rozdziałach. Metafora ta obejmuje wszystko, co ma znaczenie w tym obliczeniowo/informacyjnym paradygmacie, pozwalając ująć wszystko na raz, w jednym wielkim wyobrażeniu. Tak więc, zrelaksuj się i przygotuj oko swego umysłu gdyż przedstawię eksperyment myślowy, Rzekę Życia (nawiasem mówiąc, doszedłem do tej metafory niezależnie od biologa ewolucyjnego Richarda Dawkinsa, który w swojej książce "Rzeka genów" - River out of Eden - stosuje nieco podobną metaforę).

Wyobraź sobie duże jezioro stojącej wody. Jest to próżnia informacyjna, obdarzona jedynie zdolnością i potencją. Wszystkie miriady cząsteczek wody, brak jakichkolwiek form, nic interesującego, brak dialogopodobnego przepływu informacji lub czegokolwiek. Jednak to stan początkowy; jezioro bezkształtnej wody istnieje. Ty i ja kreatywnie je wyobrażamy/kształtujemy.

Teraz weź monstrualny patyk i zacznij wzbudzać jezioro. Akcja mieszania odpowiada prawu lub regule lub intencyjnemu oddziaływaniu na stan wody w jeziorze. Już akcja mieszania zaczyna stwarzać prądy, fałdy i wiry turbulencji. Jeśli kontynuujesz mieszanie jeziora, z wody wyłania się coraz więcej tych form i deseni. Zauważ, że formujące się zmarszczki, desenie, oraz fale przepływające po i pod powierzchnią jeziora wszystkie są fasetami jednego całościowego bytu - całego jeziora. Żadna część wody nie jest odizolowana, raczej istnieje tylko jeden wirujący i przelewający się płynny system. Jest to nieustanne i nieograniczone informacyjne "coś" jeziora, co zostało przekształcone ze stanu bezcechowego do stanu in-formowanego poprzez akcję mieszania (reguły lub prawa działające na wodę). Jeśli nie potrafisz wyobrazić sobie wody w jeziorze jako wewnętrznie połączonego kontinuum to przeskaluj jezioro do wanny wody. Gdy rozchlapiesz wodę w wannie, jasnym jest, że jest to tylko jedna chlupocząca płynna całość, żadna część nie jest odizolowana.

Jeśli będziemy mieszać jezioro w określony sposób, to może się wyłonić więcej złożonych deseni. Zezwólmy również odsączyć wodę z jeziora pozwalając jej wypłynąć i uformować rzekę, której krawędź wiodąca zawiera najbardziej samoorganizujące wzorce wytwarzane dotychczas w wodzie. Może formować skłębione wiry, co trwa wiecznie. Możemy faktycznie wyobrazić sobie te formy spotykające się ze sobą na spienionym czele napływającej rzeki. Mogą być jakoś zdolne do powielania się stosownie do precyzyjnego sposobu, w jaki poczyniliśmy mieszanie. Mamy więc teraz płynącą rzekę zawierającą replikujące wzorce płynnej informacji niosącej sprecyzowaną językopodobną relację względem siebie. Gdy takie formy się spotkają, wywiązuje się rodzaj dialogu, w którym formy się informują tworząc jeszcze bardziej różnorodne wzorce.

Możemy do praw właściwych naszemu mieszaniu włączyć pewne nowe prawa w formie dokładnie ukształtowanych skał, ponad którymi przepływa rzeka (pokrewne zmiennym). Skały te w dalszej kolejności określą, jakiego rodzaju formy powstaną w wodzie. W miarę przepływania rzeki po sprokurowanych skałach, mogą zaistnieć różnego rodzaju wygenerowane wiry, tak że wyłonią się nowe formy, nawet bardziej złożone od swych poprzedników. W miarę zwiększenia ilości form, podobnie zwiększy się również ilość relacji między nimi. I nadal wszystkie pozostają częścią tej samej, wodnej, zintegrowanej, treści informacyjnej. To co jeden wzorzec uczyni w jakiejś części rzeki będzie ostatecznie odczute wszędzie indziej, gdyż istnieje tylko pojedynczy, wewnętrznie połączony system, w którym wszystkie te wydarzenia powstają.

Niech upłynie długi okres czasu. Jeśli spojrzymy teraz na krawędź wiodącą rzeki możemy przekonać się, że wzorce, które wyłoniły się w wyniku precyzyjnego mieszania i precyzyjnie wyrzeźbionych skał, wyewoluowały, by być naprawdę jak żywe. Formy posiadające specyficzną i długotrwałą rolę w stosunku do reszty wody są organizmo podobne. Nie ważne, że składają się tylko z wody, ważna jest ich złożona forma/struktura oraz ich formalne relacje względem reszty wody.

Dochodzimy teraz do punktu kulminacyjnego naszej metafory. Wyobraź sobie rzekę kaskadującą po jakimś skalistym klifie jako wodospad. Uważnie i w zwolnionym tempie przyjrzyj się rozpryskom czołowym, krawędzi czołowej kreatywnego napływu wody. Złożone ludzkopodobne formy życia wyłoniły teraz reprezentanta najbardziej wyewoluowanych wzorców przepływającej informacji. W tych informacyjnych stworzeniach może się ostatecznie uformować sama świadomość, będąca kolejnym wzorcem zrodzonym z informacyjnego płynu, aczkolwiek w bardzo rozwinięty sposób zależny od olbrzymiego asortymentu informacyjnych relacji na niej się skupiających.

Historia spienia się do życia na powierzchni skał, miasta wpływają i wypływają z istnienia, kultury przychodzą i odchodzą w złożonych rozpryskach emanowanych z potoku wody. A na samej krawędzi napływu widzimy informacyjne byty takie jak my. I owszem, takie świadome istnienia mogą się nawet zastanawiać nad naturą otaczającej rzeczy, i wnioskować, że to wszystko to jedna zintegrowana, konfluencyjna substancja - rodzaj płynnej informacji w przebiegu.

Ważne by pamiętać, że ostatecznie świadoma właściwość płynnego przepływu informacji została określona precyzyjnym sposobem, w jaki zamieszaliśmy wodę oraz precyzyjną formą skał, po których rzeka przepłynęła. Nie było to przypadkowe, przepływ został raczej celowo zorganizowany i zintegrowany w taki sposób, by ostatecznie wytworzyć samą świadomość, najbardziej rozwinięty wzorzec informacyjny. Tym sposobem, rzeka informacji doszła do poznania siebie i swego pochodzenia. Rzeka dosłownie zbudziła się do swej prawdziwej natury.

Być może więc, rzeczywista rzeka życia organicznego, która nas zrodziła osiągnęła już swój cel ostateczny, ponieważ to my jesteśmy środkiem, poprzez który Natura stała się samoświadoma. Czy to oznacza, że powinniśmy się teraz wygodnie rozsiąść, ponieważ wszystko jest ukończone? Czy tego rodzaju cel samoświadomej Natury już osiągnęliśmy. Z pewnością nie. Do tego musi być trzeba czegoś więcej. Mógłbym przypuszczać, że "klimaks" rzeczywistości musi się jeszcze ujawnić, przynajmniej w naszych rodzimych stronach. Ostatecznie, złożone programy komputerowe często wydają końcowy urobek, wynik zależący od tego, czego użytkownik oczekiwał po programie. W powyższej analogii rzeki, mogłoby to oznaczać, że może istnieć jakiś końcowy stan kulminacyjny wyłaniający się w dolnej części wodospadu, stan woli bycia.

Ponieważ informacyjno integracyjne procesy przejawiane przez naszą kulturę w obliczu zmieniających się technologii i skomputeryzowanych systemów telekomunikacyjnych nie ukazują oznak malenia i zdają się przyspieszać w niesłychanym tempie, i z uwagi na rodzaj informacji dostępowanej w czasie doznania enteogenicznego, uważam że przeznaczony nam sygnał wyjściowy Uniwersalistycznego Obliczenia w kategoriach naszej biosfery, lub Gai, jest czymś co ludzka kultura ostatecznie wprowadzi. Innymi słowy, "intencją" Natury jest obecnie ukazywanie się poprzez ewolucyjny rozwój ludzkiej kultury i ludzkiej świadomości. Jeśli tak, sugerowałoby to, że świadoma kultura ludzka z towarzyszącą jej technologią jest rodzajem przedostatniej funkcji wewnątrz pewnej części Uniwersalistycznego Obliczenia, tak jak różne organy odgrywają w rozwijającym się ciele zróżnicowane czasowo role funkcjonalne. Jest to rodzaj spekulatywnej idei podjętej w następnym rozdziale.

Rozdział 9
Zapasy z rzeczywistością

Naszym celem jest dowiedzieć się teraz więcej o naturze i intencji inteligencji czającej się pozornie za kulisami trwającego procesu rzeczywistości. Inteligencja ta zdaje się być siłą przyczynową napędzającą tworzenie stabilnych i trwałych wzorców informacji na całej przestrzeni tkanki Natury. Te wzorce informacji zdają się zachowywać według różnych układów logiki takich jak "fizyko-logika", "chemio-logika", "bio-logika" oraz "psycho-logika". W każdym przypadku, proces wzorcujący jest w pełni naturalny i prowadzi do zjawisk takich jak gwiazdy, związki molekularne, organizmy i pomysły.

Przytoczone powyżej formy logiki są obliczeniowe, językopodobne i operują wewnątrz oraz na szczególnych systemach informacji, systemach zamkniętych w sobie w rodzaju zagnieżdżonej hierarchii. Językopodobna logika fizyki oddziałuje jako substrat, w którym pojawia się językopodobna logika chemii. Z kolei językopodobna logika chemii urzeczywistnia językopodobną logikę biologii molekularnej. I tak dalej. Ostatecznie, wysoce zaawansowana bio-logika wiedzie do mózgów uosabiających wzorce informacji, które nazywamy umysłami. Świadome umysły są następnie zdolne do refleksji nad inteligencją, która z pewnością zarządza tak zdumiewająco twórczymi procesami. Wszystkie formy logiki muszą wywodzić się z jakiejś oryginalnej i fundamentalnej własności Natury, własności, którą najlepiej wyjaśnić odwołując się do nieludzko rozmyślnej inteligencji, dokładnie tej samej inteligencji, którą wyostrzają enteogeny w rodzaju psilocybiny.

Możemy śmiało nawiązać do tego donkiszotowskiego rozumowania, ale jako do będącego jednym z następstw fantastycznej hipotezy. Fantastyczna hipoteza postrzega rzeczywistość, lub Naturę, jako znaczący oraz inteligentny system w przeciwieństwie do jakiegoś bezmyślnego przypadku prowadzącego do nikąd. Według tej fantastycznej hipotezy, jesteśmy wplecieni w zorganizowany przepływ informacji, wzajemnie połączonej, w której czeka nas chwalebne i spektakularne przeznaczenie. Jeśli naturalną skłonnością Wszechświata jest sprzyjanie integracji coraz większej ilości informacji, to, jak w przypadku grawitacji w sferze "fizycznej" przyciągającej do siebie atomy i pierwiastki, wynikiem tej skłonności w sferze ludzkiej świadomości może być powołanie do życia swego rodzaju "prawdziwego rozwiązania" w rodzaju ostatecznego wzorca lądującego na miejscu.

Taka fantastyczna hipoteza została wprowadzona przeciwko przeważającej hipotezie zerowej, posępnego stanu sytuacji, w którym nasz Wszechświat jest przypadkowy, ale jednym z nieskończoności, i w którym ziemskie doznanie psilocybinowe jest niczym więcej jak pułapkowym odchyleniem odwracającym naszą uwagę od pilniejszych trosk. Przypadkiem, w którym programy emerytalne oraz gromadzenie mienia mają znaczenie jedynie w sposób tymczasowy.

Jednakże, naprawdę jasnym (czasem wręcz oczywistym) wydaje się, że Naturę przenika jakaś tajemniczo inteligentna obecność. Widzieliśmy, że życie i świadomość od samego początku miały przeznaczone wyłonić się z Uniwersalistycznego Obliczenia w wielu miejscach przestrzeni kosmosu. Ponieważ tu teraz jesteśmy i zdaliśmy sobie sprawę z zapierającej dech w piersiach sytuacji, w którą jesteśmy tak intymnie zaangażowani, możemy słusznie wymagać, by tajemnica Inności wyjawiała się nam bardziej szczegółowo. W ten sposób naszymi dochodzeniami nabraliśmy rozpędu, by doprowadzić nas do całkowicie nowego terytorium. Nie ma sensu teraz ustępować. Gdybym się zatrzymał przed zrobieniem ostatniego skoku w przestrzeń idei, to byłbym niczym więcej, jak psychedelicznym homme fatale, wycofującym założenie nim osiągnięty został klimaks godny materii naszego przedmiotu.

To że przyjęliśmy, że zrobiona z informacji Inność może się manifestować w indywidualnej psyche poprzez nośnik świętych roślin i grzybów nie jest być może takie kontrowersyjne. W efekcie ten "typ inteligencji" był rodzajem abstrakcyjnej naukowopodobnej poduszki, na której odpoczęły nasze naciągnięte umysły jak tylko zostały uznane wizjonerskie skutki środków enteogennych i ich konsekwencje. Podczas gdy nastawieni religijnie mogą być silnie zaznajomieni z taką komfortową i uspokajającą poduszką, ci z nas, którzy wystrzegają się tradycyjnej religii mogą tylko chcieć podtrzymać ideę swego rodzaju inteligencji poza i ponad Homo sapiens, jak długo idea ta może być właściwie rozwijana. Jest to szczególnie ważne, gdy nie chłonęło się osobiście numinotycznej mocy ukrytej w enteogenach organicznych.

Każdy może sugerować lub przypuszczać, że rzeczywistość natchniona jest jakąś rozmyślną inteligencją. Wielu może ją wyczuwać. Lecz zupełnie inną kwestią jest rozwinięcie pomysłu na uzgodnienie spójnych podstaw, z którymi zrozumiemy wnioskowaną inteligencję i jej możliwe cele. Faktycznie, jeśli prowadzi się takie spekulacje do ich najdalszych krańców, ryzyko herezji i wygnanie ze społeczności naukowej może jedynie wzrastać. Jednakże, ponieważ nie mam naukowej posady do obrony, brak biura, z którego mógłbym być natychmiast wyrzucony, więc wolno mi przedstawić trochę więcej "milenijnych" pomysłów, które miejmy nadzieję zwiążą wszystko, co było do tej pory, w jakąś estetycznie ujmującą całość, co jest ostatecznie tym na co wygląda rzeczywistość - zintegrowaną całością. Więc, z otwartymi umysłami, rozważmy pomysł, że Wszechświat obdarzony jest pewnego rodzaju inteligencją obliczeniową ponad i poza inteligencją naszego gatunku.

Naprzeciw opcji czy powinniśmy pójść na całość wliczając koszty przesyłki

Jeśli przyjmiemy, nawet jeśli tylko na czas trwania tego rozdziału, że nasz gatunek (lub przynajmniej świadomość) jest wyznaczonym elementem jakiegoś ogromnego układu obliczeniowego, który miał być słuszny od początku czasu, to to co nas czeka w przyszłości może być w rzeczy samej świetne. Jako że jesteśmy prawdopodobnie pierwszym gatunkiem życia ziemskiego zdolnym w pełni skonfrontować tajemnicę bytu (przynajmniej poprzez sztukę i naukę), to wydaje się prawdopodobne, że nasza świadoma rola w informacyjnej hierarchii Natury musi mieć jakieś znaczenie funkcjonalne. Jeśli niektóre radykalne idee, które będę wkrótce wprowadzał mają jakiś wpływ na tę kwestię, to nasza zbiorowa przyszłość będzie co najmniej fantastyczna. Jeśli rozważymy przez moment dramatyczny przeskok w złożoności i integracji informacyjnej, która dzieli początkowe pojawienie się bakterii jednokomórkowej (wysoce złożonej samej w sobie) trzy i pół miliarda lat temu od, powiedzmy, wyłonienia się Tokyo w jego całym bogactwie aktywności informacyjnej, to co mogło wytworzyć porównywalny przeskok w ewolucji? Jeśli Natura jest gigantyczną inteligencją przetwarzającą informację, to jakie czekają nas jeszcze niespodzianki? Jakie formy zintegrowanej informacji na nas czekają? Czy świadomość może wyewoluować na jakiś nowy poziom, potwierdzający być może jakiś nowy ogólny wzorzec zintegrowanej informacji?

Zanim będziemy mogli oceniać takie pytania, dobrze bliżej przyjrzeć się rodzajowi inteligencji, którą pojmujemy. Zgodnie z całą informacją, przez którą do tej pory przebrnęliśmy, mogę myśleć o 3 podstawowych opcjach dotyczących natury takiej inteligencji: albo że inteligencja istnieje na zewnątrz wymiarów normalnej rzeczywistości tak jak programista położony jest na zewnątrz systemu komputerowego; że inteligencja jest przedstawicielem jakiejś niezwykle zaawansowanej formy życia istniejącej gdzieś indziej we Wszechświecie; lub że Wszechświat jest organizmopodobny tak, że inteligencja istnieje w całej Naturze.

Zdaje się, że wdarły się nam bez zaproszenia szmatławe wątki tak bardzo ukochane przez pisarzy sci-fi. W obronie takiego rozwiązania, powinniśmy pamiętać w każdym razie, że rzeczywistość jest jak fikcja. To dlaczego rzeczy istnieją w sposób w jaki istnieją w tym przesmyku kosmosu jest zdecydowanie dziwne z, lub bez psilocybinetycznej spekulacji. Faktycznie, jak wskazał Einstein, nim rzeczywistość zakończyła jego doczesną egzystencję, najbardziej niezrozumiałą rzeczą o Wszechświecie zdaje się być sama jego zrozumiałość dla ludzkiego umysłu.

Sugerować, że rzeczywistość nie jest niezwykła i tajemnicza to być ofiarą hipnotycznego aspektu życia. Ponieważ jesteśmy tak uwarunkowani do rzeczywistości, generalnie jesteśmy nieświadomi faktu, że w porównaniu do większości Wszechświata, procesy integracji informacyjnej występujące tu na Ziemi są zdumiewające i w rzeczy samej fantastyczno naukowe. Faktycznie jestem przygotowany posunąć się do stwierdzenia, że nie ma "nic tak dziwnego" w trwającym procesie rzeczywistości jak ludzka historia i ludzka świadomość.

Jest tak jedynie gdyż tak przywykliśmy być samoświadomymi komponentami procesu historycznego, że nie zachwycamy się ustawicznie tym faktem. Jednak po starannej refleksji, życie i jego ewolucja do czasów ludzkich mózgów ucieleśniających świadomość jest naprawdę niezwykłe i wskazuje na fakt, że Wszechświat jest celowy, że informacja ustawicznie się prze-formowuje w niezrównany i sensowny sposób zgodnie ze zwyczajem w jaki skonfigurowana jest Natura. W każdym bądź razie, zdajemy się przyjmować mnóstwo innych o wiele bardziej radykalnych poglądów na Naturę aż bez takiego szmeru niedowierzania. Nic dziwnego, że McKenna stwierdził, że wiara w wielki wybuch, w którym całe kontinuum czasoprzestrzenne wyskoczyło z niczego reprezentuje "limitowany przypadek łatwowierności ... jeśli możesz w to uwierzyć to możesz uwierzyć w cokolwiek."

Dość. Jeśli wciąż nie dostrzegasz tej osobliwości rzeczywistości, to znajdź jakieś zdjęcia galaktyk i supernowych, zbadaj je dokładnie, a następnie wejdź do upakowanego pociągu w godzinach szczytu. Czy nie wyczuwasz tu dziwnego zwrotu rzeczywistości? Czy nie jest to odrobinę dziwne, że Wszechświat zrodził tak dziwne aranżacje informacji, które wygenerowały nas, czujących dwunożnych hominidów, pracowicie tuptających wokół powierzchni skały okrążającej gwiazdę? Nad tobą rozpościerają się miliardy mil przestrzeni i miliardy słońc. Także pod tobą i wokół ciebie. Jesteśmy dosłownie anomalią zawieszoną w gwiaździście migoczącej tajemnicy, której rozwiązanie pozostaje wstrzymane. Jeśli jakiś naukowiec lub filozof powie inaczej, może powie, że świadoma egzystencja jest jakimś nieistotnym wytworem Wszechświata o małym lub żadnym znaczeniu, to nieomal uderz go w nos, lub rzuć mu w twarz tartę z kremem, ponieważ jest z pewnością pogrążony we śnie lub jest automatem, którego opinia służy jedynie uszczelnianiu umysłów przed Tajemnicą.

Biorąc pod uwagę wielce fikcyjną jakość istnienia takim, jakim jest, nie czuję się zbyt poruszony przedstawiając możliwą naturę inteligentnej Inności bardziej szczegółowo. W ostatecznym rozrachunku, jest to nie mniej szalone niż rozwodzenie się nad hipotezą zerową, która utrzymuje, że cała ta "nadzwyczajność" jest bez powodu. W rzeczy samej, sugerowanie, że wszystko istnieje bez ładu i składu zapewne jest szalone. Można nawet podejrzewać, że taka bezmyślna interpretacja życia i świadomości wynika z opętanej przez ego psychiki zdecydowanej opisywać siebie, i wyłącznie siebie, w zakresie wysokiej inteligencji.

Powrót do gonitwy. Wspomniane wyżej trzy opcje dotyczące Inności, które powinniśmy szczegółowo omówić, w ten czy inny sposób zostały zbadane przez zmarłego pisarza sci-fi Philip'a K.Dick'a, który wykorzystał fikcję jako bezkresny środek wyrazu, w który wkłada kilka zdecydowanie mistycznych pomysłów na to, co według niego jest prawdziwą naturą rzeczywistości. Poprzez spojrzenie na niektóre ze znaczących scenariuszy powieściowych, które stworzył, będziemy mogli wyraźniej wykryć realność przynajmniej jednej z przedstawionych nam opcji.

Czy psychedeliczni szamani śnią o Valis?

Dla większości ludzi, P.K.Dick znany jest z filmów Łowca androidów (Blade Runner) oraz Pamięć absolutna (Total Recall), które zostały oparte na jego dziełach, ten pierwszy film był mu dedykowany przez reżysera Ridley'a Scott'a. To, co jest mniej znane to fakt, że P.K.Dick był trochę współczesnym mistykiem, człowiekiem, który spędził ostatnią dekadę lub więcej swego życia starając się dojść do porozumienia z serią doznań wizjonerskich (nie związanych z psychedelikami), które przydarzyły mu się we wczesnych latach 1970. W doznaniach tych, P.K.Dick czuł jakby komunikowała się z nim jakaś bezkresna kosmiczna inteligencja, jakby na linii było bóstwo i ujawniało tajną informację. Taki był wpływ tych teofanii, że postanowił wcielić ich treść tematyczną do wielu powieści oraz ośmio tysięczno stronicowej egzegezy. Ku konsternacji swych rówieśników P.K.Dick zaczął być nierzadko opętywany ideami "boskiej inwazji" i temu podobnych, jego ostatnie książki poświadczają o jego nasilonym zainteresowaniu teologią i filozofią teistyczną.

Od jego śmierci spekulowano, że P.K.Dick cierpiał na tak zwaną padaczkę płata skroniowego - zaburzenie mózgu mogące prowadzić do doznania halucynacyjnego - i że to wyjaśnia jego kontakty mistyczne. Jednakże, odkładając na bok kontrowersyjność tego twierdzenia, nie dotyczy to palącej kwestii natychmiastowego doznania mistycznego. Etykietowanie doznania w celu jego wyjaśnienia to unikanie realności doświadczenia mistycznego, które jakkolwiek powinno się wywiązać. Faktycznie, jak zauważył Huxley w Drzwiach, nie powinniśmy być zdziwieni gdyby okazało się, że niezwykła aktywność neuronowa towarzysząca doznaniu mistycznemu istniała od zawsze, ponieważ, jak widzieliśmy, zmodyfikowane wzorce odpalania neuronowego związane są z poszerzonymi formami świadomości. Odmienione formy świadomości wymagają odmienionych procesów mózgowych, a taka zmiana w stanie mózgu może być osiągnięta na wiele różnych sposobów, czy to poprzez grzyby psilocybinowe, endogenne DMT, jogę, medytację, post, lub spontaniczne zaburzenia epileptyczne. Dlatego doznanie mistyczne nie łatwo usunąć z etykietą.

Nawet przed swymi wizjonerskimi doznaniami, P.K.Dick długo walczył by odkryć prawdziwą naturę rzeczywistości. Była to jego ulubiona fascynacja. W mowie, którą wygłosił w późnych latach 1970, przyznał, że przez wszystkie lata rozmyślał nad pytaniem "czym jest rzeczywistość?", zrozumiał nic ponadto jak wnioskując, że rzeczywistość jest tym co pozostanie, nawet jeśli przestaniesz w to wierzyć. Wprawdzie cienka definicja, mimo to wskazuje, że prawdziwą naturę rzeczywistości nie tak łatwo zdefiniować.

P.K.Dick żonglował niezliczoną ilością wyjaśnień dla swych doznań mistycznych. Niektóre dotyczyły Boga typu Judeochrześcijańskiego, inne obejmowały Logos przedstawiony w pewnych ewangeliach gnostyckich (są to "alternatywne" ewangelie wykopane w Nag Hammadi w Egipcie w 1945), podczas gdy inne optowały nawet za zaawansowaną pozaziemską inteligencją. W każdym przypadku, Dick był pewien, że "skontaktował" się z jakąś formą zaawansowanej nieziemskiej inteligencjo-Inności.

Jedna z jego bardziej trwałych teorii dotyczyła VALIS, co jest akronimem dla Niezmierny Aktywny Żyjący Układ Inteligencji (Vast Active Living Intelligence System), pogląd który dokładnie zgadza się z naszą inteligentną Innością. Zgodnie z P.K.Dick'iem w tej na wpół autobiograficznej powieści o tym samym tytule, VALIS było ukrytą istotą o bezkresnej mocy i wrażliwości, infiltrującą naszą rzeczywistość poprzez nawiązywanie kontaktów z niektórymi osobami. Objawienia takie były doświadczane jako teofania. Dla naszych celów, kluczowe jest to, że VALIS było zasadniczo na zewnątrz naszego wymiaru, lecz potrafiło przenikać nasz świat. Nasuwa się pytanie o realność tego, że w innym wymiarze istnieje ponadprzeciętna inteligencja ze zdolnością wkraczania w nasz wymiar. Oto jedna z naszych fantazyjnych opcji dotycząca Inności.

Aby w pełni pojąć co sugerował Dick rozważ fabułę jego uznanej powieści Ubik. W historii tej, główna grupa postaci na początku opowieści poważnie wylatuje w powietrze, a następnie jest umieszczana w swego rodzaju zbiorowej maszynie letargowej, która podtrzymuje działanie ich pewnych procesów mózgowych. W ten sposób, postaci korzystają z tego co Dick nazywa "półżyciem". Co więcej, zbiorowa natura ich półżyć gwarantuje, że doznają symulowanej rzeczywistości, rzeczywistości tak realnej, że półżyciowcy nie zdają sobie sprawy, że nie są już dłużej w "realnym świecie". To znaczy, że nie zdają sobie sprawy, że tak naprawdę są podłączeni do półżyciowej jednostki Moratorium Ukochanych Współbraci. W rzeczy samej, błędnie sądzą, że przetrwali eksplozję z jedynie kilkoma zadrapaniami.

Nasze zainteresowanie rośnie, gdy widzimy co dzieje się, gdy ktoś z zewnątrz ich symulowanego systemu rzeczywistości usiłuje się z nimi porozumieć (przez standardowe słuchawki oczywiście). W pewnym momencie opowieści, z bohaterem Joe Chip'em, nieświadomym, że istnieje teraz w pseudorzeczywistości, kontaktuje się ktoś z "zewnątrz". Łączność ta jest doświadczana przez Chipa w jego symulowanej rzeczywistości jako przedziwne pasmo synchronicznych wydarzeń. Na przykład, zaczyna wszędzie odnajdywać ważne wiadomości - nagryzmolone na lustrach umywalni i pojawiające się na nalepkach książeczek zapałek oraz na fragmentach śmieci. Osobiste wiadomości zaczynają nawet przerywać programy telewizyjne. Krótko mówiąc, komunikator zakłócił świat Chip'a w taki sposób, że wiadomość raczej rozpowszechniała się w różnych mediach, pojawiając się w najbardziej nieprawdopodobnych miejscach, niż jako potężny gromki głos pochodzący z nieba.

Myślę, że był to tego rodzaju przebiegły pomysł, którego P.K.Dick używał zwykle przy wielu fikcyjnych okazjach, oddający jego poglądy na naturę VALIS. VALIS było "zewnętrzną" inteligencją zdolną przenikać nasz świat ujawniając się poprzez doznanie mistyczne i poprzez nieprawdopodobne zestawienie sensownie powiązanych wydarzeń. Czy możemy ewentualnie wykorzystać to pojęcie i nanieść je na mapę naszego pomysłu Inności?

Jeśli byśmy to zrobili, to byłoby to równoznaczne z sugerowaniem, że "programista" Uniwersalistycznego Obliczenia jest w stanie "wskoczyć" w program, osiągając to do pewnego stopnia w celu wpłynięcia na przejściowy stan obliczenia. Lub być może ten transcendentny wpływ może być jedynie odczuwany w psychice, w tym przypadku wszystkie teofanie przedstawiałyby manifestacje Inności przenikającej naszą rzeczywistość.

Lecz co oznacza bycie na zewnątrz systemu, na zewnątrz procesu Uniwersalistycznego Obliczenia? Czy może istnieć zewnętrze? Można sobie wyobrazić, że w przyszłości będziemy zdolni stworzyć swego rodzaju sztuczną, skomputeryzowaną rzeczywistość, może symulowany wszechświat lub wyszukany świat Rzeczywistości Wirtualnej, w który można wkroczyć na lata jeśli nie na całe życie. I pomimo faktu, że względem tak symulowanej rzeczywistości istotnie zaistnieje zewnętrze, nie możemy powiedzieć z całą pewnością, że istnieje zewnętrze dla naszej obecnej rzeczywistości. Jeśli przyjmiemy pomysł wymiaru na zewnątrz naszego świata, to napotkamy stary nieskończony regres otchłani rozpaczy, "zewnętrza" można by z pewnością kontynuować nieskończenie. Innymi słowy, jeśli inteligentna Inność istnieje na zewnątrz naszej rzeczywistości, to co leży na zewnątrz niej?

To właśnie te, zdające się nie do pokonania dylematy, skłaniają mnie do myślenia, że rozwiązania Inności nie da się znaleźć odwołując się do opcji "zewnętrza systemu". Natomiast z pewnością bardziej prawdopodobnie, Inność można znaleźć mocno wplecioną wraz z nami samymi w Uniwersalistyczne Obliczenie. Jeśli ponownie ograniczymy się do tego jednego Wszechświata, wtedy przynajmniej nasz model teoretyczny będzie nieco wymuszony i skrępowany, i będzie bardziej podlegał pojedynczemu wyjaśnieniu holistycznemu. Nie zaprzecza to istnienia VALIS P.K.Dick'a, raczej umieszcza VALIS w naszej rzeczywistości. Gdzieś.

Zaawansowana PozaZiemska

Czy Inność mogłaby być połączona z wysoce zaawansowaną inteligencją pozaziemską? Nie wiem jak ty, ale ja mam silną awersją do rozmów o przedwczesnych cywilizacjach PZ (PZ=ET, PozaZiemski=ExtraTerrestrial, przyp.tłum.). Być może jest to po części spowodowane częstymi, niedorzecznymi przedstawieniami obcych, wyobrażanych w filmach sci-fi (pomimo inteligentnego filmu "Kontakt" opartego na powieści zmarłego Carl'a Sagan'a). Tak czy inaczej, pomysł, że wysoce zaawansowane formy życia istnieją gdzieś we Wszechświecie jest daleki od niedopuszczalnej idei. Jak pokrótce zauważyłem we wcześniejszym rozdziale, NASA wydała miliony dolarów finansując SETI, poszukiwanie inteligencji PZ.

Takie zastosowanie określenia inteligencji jest interesujące. Nie jest to szukanie życia PZ, sztuki PZ, lub nieruchomości PZ, lecz poszukiwanie inteligentnych sygnałów komunikatywnych jakiejś innej inteligencji, oddalonej od naszej. Założenie jest takie, że inteligencja jest zjawiskiem uniwersalnym, zdolnością do życia jeśli wolisz, które gdziekolwiek się nadarzy będzie podobnej natury. Ponadto, przypuszcza się, że taka inteligencja, jak nasza własna, ma silne pragnienie zakomunikowania swej obecności na przestrzeni bezkresnych głębi kosmosu w celu szukania kolejnej takiej inteligencji. To dlatego program SETI wysyła sygnały radiowe niosące formuły matematyczne (w rodzaju formuł chemicznych i liczb atomowych), które przypuszcza się mają uniwersalne znaczenie, które może być docenione przez jakąś zaawansowaną inteligencję PZ. Jeśli Ziemia wykryłaby takie sygnały z jakiegoś innego systemu gwiezdnego mogłoby to wskazywać na podobnie myślące do nas istoty. Niestety, takie sygnały nie zostały dotychczas wykryte.

Nasze hipotezy o inteligencji PZ zdeterminują, w jaki sposób zabierzemy się do ustanowienia łączności międzygwiezdnej. Ponieważ znamy tylko ludzką inteligencję i ludzkie myślenie, w żadnym wypadku nie jest pewne, że obca inteligencja powinna być dokładnie taka jak nasza. Jeśli inteligencja jest zdolnością - co więcej zdolnością do okazywania celowego zachowania i celowego tworzenia rzeczy z jakimś celem w umyśle - to jeśli inteligencja ewoluuje, to mogą również ewoluować intencje inteligencji. Jeśli gdzieś we wszechświecie istnieje jedna lub więcej inteligencji zaawansowanej cywilizacji PZ, mogły wyewoluować w sposób dla nas nie do pojęcia, tak bardzo, że moglibyśmy nie dostrzec jej obecności mogącej być już z nami. Ewentualnie, taka inteligencja, mogłaby być tak daleko, że praktycznie niemożliwym jest nawiązanie skutecznej łączności. Choć ocenia się, że we Wszechświecie istnieją miliony planet potencjalnie sprzyjających procesom życiowym, większość znajduje się w odległości wielu milionów lat świetlnych. Inteligencja z jednej z tych planet powinna wysłać "standardową" wiadomość na falach radiowych, która z czasem może zostać odebrana gdzie indziej lub może wygasnąć.

Jeśli odłożymy na bok pomysł audycji radiowych, wciąż można stworzyć inne rodzaje komunikacji wliczających radykalnie odmienne sposoby. Ponownie zerknę tu na naszego starego kumpla Terence'a McKennę, który zasugerował różne obce scenariusze wyjaśniające doznanie psilocybinowe. Zanim przedłożę wam jego idee, powinienem podkreślić, że McKenna lubi oscylować w swych psychedelicznych spekulacjach. Z jednej strony konsekwentnie naciskał na zorientowane na Gaję przyziemne wyjaśnienie Inności (któremu zaradzę później), podczas gdy przy innych okazjach odwoływał się do pomysłu obcej inteligencji, leżącej w sercu wizjonerskiego stanu. Zachęcił do rozważenia tak skrajnej spekulacji z uwagi na równie skrajną naturę neoszamańskiej fenomenologii. Rozumiem to i całkowicie wspieram jego twierdzenie, że Inność często zdaje się wyraźnie obca w naturze, choć jestem mniej entuzjastyczny odnośnie przypisywania tej obcej właściwości wizji do faktycznej obecności PZ.

W "Prawdziwych halucynacjach" (True Hallucinations), McKenna spekuluje, że w odległej przeszłości naszą planetę mogły odwiedzić sondy obcych i wstrzyknąć "geny nasienne" w panującą ekologię. Te "geny nasienne" są porcjami DNA roślin, które kodują alkaloidy tryptaminowe takie jak psilocybina i DMT. Obce geny byłyby następnie roznoszone w ziemskim potoku ewolucyjnych wydarzeń póki nie zostałyby napotkane przez gatunek otwarty na informację transmitowaną z tych sond. Precyzyjna łączność emitowana z obcych sond będzie zależeć od inteligencji gatunku, który napotka "załadowane" rośliny.

Pierwszym punktem tej kontrowersyjnej propozycji jest to, że automatyczne sondy międzygwiezdne o zdolności transmitowania informacji nie są nowym lub rażącym pomysłem. Wielu naukowców SETI, myśląc o łączności PZ oraz głównym problemie odległości galaktycznej, wywnioskowało, że jednym z rozwiązań mogłoby być zaprojektowanie samoreplikujących sond, zdolnych do powielania się w stopniu wykładniczym podczas swej podróży przez galaktykę. Poprzez taką replikację na przestrzeni eonów czasu, sieć sond zajęłaby ostatecznie całe galaktyki. Jest to intrygujący pomysł mający swe źródło w pracy Von Neumann'a, który, jeśli sobie przypomnisz, dowiódł, że można w zasadzie zaprojektować samoreplikujące maszyny. Jeśli takie maszyny mogłyby być wybudowane przez zaawansowaną technologię, to mogłyby zaoferować sposób ostatecznego nawiązania kontaktu z innymi formami życia w odległych układach gwiezdnych.

McKenna pchnął ten pomysł krok dalej i uzasadnił, że gdy tego rodzaju sondy Von Neumann'a zlokalizują planety posiadające życie, to nie nadają dwójkowych sygnałów radiowych lub sygnału "Jak się macie?", lecz przeprowadzają o wiele subtelniejszą, długofalową formę komunikacji. Z punktu widzenia McKenn'y, sondy skonstruowały specyficzne geny przewodzące wiadomości, których sygnały stają się aktywne w doznaniu enteogennym wynikającym z przyswojenia owych roślin i grzybów przenoszących obce geny. W tej końcowej analizie, McKenna twierdzi, że gdy gatunek taki jak nasz własny osiągnie pewien punkt w swym rozwoju kulturowym, wtedy sondy dostarczą informacji o tym jak ukończyć kontakt.

No dobrze, są to naprawdę smakowite twierdzenia. Wyczuwam w nich również ducha P.K.Dick'a, gdyż w książce VALIS pradawny satelita PZ (połączony jakoś z "zewnętrznym" VALIS) okrąża Ziemię odpalając wybiórczo informację do ludzkich mózgów. W swej istocie nie ma nic złego z takimi scenariuszami obcych sond. Przeciwnie, służą przypomnieniu, że równie dobrze to obce zaawansowane cywilizacje mogą mieć do dyspozycji radykalne technologie - ostatecznie, sami przyznajemy, że są one obce i zaawansowane - i że może ponownie powinniśmy się zastanowić jak zabrać się do wysyłania i poszukiwania sygnałów.

Największy problem, jaki mam z takim scenariuszem PZ to, że zawodzi przy wyjaśnieniu znaczenia Uniwersalistycznego Oprogramowania, które jak już wiemy, związane jest z naszym istnieniem i wszystkimi formami informacyjnego wzornictwa. Ponadto, pozostajemy bez wyjaśnienia skąd taki obcy gatunek sam się wziął. Nie jest również jasne dlaczego obca inteligencja chciałaby wykorzystywać geny nasienne do nawiązania łączności. Choć potencjalnie są długotrwałe, ciągle pozostają raczej chaotyczną i zupełnie nieprzewidywalną metodą przekazywania informacji i sprowadzają bardzo poważne ryzyko całkowitego niepowodzenia spowodowanego wymarciem roślin. Jeśli taka inteligencja PZ byłaby faktycznie zdolna do zbudowania wyrafinowanych sond Von Neumann'a, by przeczesywać nimi Wszechświat, to z pewnością gdy sondy znalazłyby inteligencję wartą skontaktowania zastosowałyby raczej jakiś bezpośredni i niedwuznaczny sposób komunikacji, niż konieczność budowy genów "na miarę". I ponownie pojawia się problem wieku tych sond i odległości od ich nadawców. Jeśli taka inteligencja byłaby milion lat świetlnych stąd, to czy naprawdę realne jest by mógł być nawiązany użyteczny kontakt? Póki nie zostanie opracowana technologia szybsza od światła (co natychmiast wprowadza paradoksy) to jakakolwiek nadzieja międzygwiezdnej łączności na dystansach jakie znamy jest prawie daremna. A jeśli PZ posiada telepatię lub tego rodzaju zaawansowaną zdolność, to dlaczego w pierwszej kolejności kłopotać się nieporęcznymi sondami?

Przy innych okazjach, McKenna przyznaje, że obcy jest tylko Innością w jednej z jej wielu symbolicznych postaci, i myślę, że jest to bardziej prawdopodobny argument. Jak wspominałem wcześniej, głównym symbolem, typowym dla późnego wieku 20 jest obcy lub zaawansowana PZ. Być może jest to jedna z "ulubionych" metafor Inności wyrażająca jej naturę. Jeśli tak jest, to możemy obyć się bez wszystkich poglądów na cywilizacje PZ oddalone miliony lat świetlnych stąd i skoncentrować się na naszej finalnej opcji, mianowicie, że Inność jest w jakiś sposób wbudowana w rzeczywistość jak my i że jej inteligencja nie jest daleko, ale wokół nas. Poniżej znajduje się wstęp do możliwości ostatecznej.

Czy proces rzeczywistości jest inteligentny?

Jednym z naukowców, który uważa, że Wszechświat jest domem bezkresnej i wysoce rozwiniętej inteligencji jest niekonwencjonalny astronom brytyjski Sir Fred Hoyle. Jednakże inteligencja pojmowana przez Hoyle'a i przedstawiona w jego interesującej książce "Inteligentny Wszechświat" (The Inteligent Universe) nie należy do jakiegoś gatunku PZ istniejącego gdzieś indziej, ani nie odwołuje się do Boga, gdyż Hoyle jest w sercu ateistą. Hoyle uważa raczej, że istnieje poprzedzająca nas inteligencja niewszechmogąca, która pomogła stworzyć życie na Ziemi. Pozwólcie wyjaśnić.

Hoyle zasugerował, że życie nie zaczęło się we wrzawie gęstych pierwotnych oceanów Ziemi jak jest powszechnie akceptowane. Hoyle argumentuje zamiast tego, że przedżyciowe cząsteczki i proste mikroorganizmy istnieją w całym Wszechświecie wśród międzygwiezdnych chmur pyłowych oraz we wnętrzu komet i meteorów. Przekonanie to opiera na znanym fakcie, że komety zawierają tę samą proporcję węgla, wodoru, tlenu, oraz azotu co ziemska biosfera i dlatego zdolne są do zrodzenia powielających się prymitywnych mikroorganizmów. Poprzez "podwózkę", mikroorganizmy te zostają rozwiane na planety leżące na drodze ich kometowych gospodarzy. Ponieważ Ziemia, a co więcej każde ciało planetarne jest nieustannie bombardowane takimi kosmicznymi ciałami, jest tylko kwestią czasu nim mikroorganizmy i cząsteczki, które przetrwają swą podróż znajdą się w zrównoważonym środowisku, w którym wyewoluują dalej. Hoyle uważa, że tak zaczęło się życie na Ziemi - od zasiania przez proste formy życia i cząstki uformowane w międzygwiezdnych chmurach pyłowych i w kometach całego Wszechświata.

By podtrzymać swą teorię, Hoyle wskazał, że wewnątrz kilku różnych fragmentów meteorytów, które wydobyto na Ziemi odnaleziono to, co wydaje się być skostniałymi mikroorganizmami. Ponadto, jest również tak, że wiele mikroorganizmów rozwinęło tak twardą warstwę ochronną, że zdolne są wytrzymać intensywne dawki promieniowania (odnaleziono nawet pewne bakterie ochoczo żyjące wewnątrz reaktorów atomowych!). Taka forma ochrony jest niezbędnym wymogiem, który mikroorganizmy powinny wykształcić w przestrzeni międzygwiezdnej, lecz jest niewytłumaczalną adaptacją względem warunków na Ziemi. Stwierdzono również, że mikroorganizmy istnieją do wysokości 45 mil nad powierzchnią ziemi, co jest zgodne z teorią, że Ziemia jest nieustannie bombardowana przez kosmiczne szczątki niosące życie.

Hoyle idzie dalej. Nie tylko twierdzi, że życie pochodzi z kosmosu, lecz że proces ewolucyjny na naszej planecie istnieje, ponieważ został "ukierunkowany" przez nieustanne przybywanie takich mikroorganizmów. Przez ustawiczną "inwazję" mikroorganizmów, Hoyle wskazuje, że niektóre zdolne są dołączać własne DNA do organizmów napotykanych gospodarzy, tak jak wirusy funkcjonujące poprzez włączanie własnego DNA w genom gospodarza. Przy ustawicznym przybywaniu wirusopodobnych mikroorganizmów międzygwiezdnych, choć niektóre mogą być szkodliwe (pomyśl o wirusie HIV lub wirusach grypy), niektóre mogłyby z pewnością odnieść korzyści z tego, że ich DNA skutecznie przyłącza się do DNA kompatybilnego organizmu gospodarza (pomyśl o mitochondriach, wytwarzających energię w komórkach zwierzęcych, o których myśli się, że były kiedyś wolno żyjącymi organizmami bakteryjnymi, a które wykształciły związek symbiotyczny z komórkami zwierzęcymi). W ten sposób coraz więcej informacji genetycznej może być wprowadzone z niekończącego się w zasadzie źródła DNA docierającego do Ziemi z kosmosu.

Na tym Hoyle nie kończy. Przy wyjaśnianiu "monstrualnych" serii kosmicznych koincydencji, które ułatwiły powstanie życia organicznego, Hoyle sugeruje, że mikroorganizmy w chmurach międzygwiezdnych wywierają również wpływ na powstawanie gwiazd i planet (za pomocą procesów fizycznych). Innymi słowy, uniwersalne procesy, które obserwujemy są wynikiem aktywnej inteligencji, która usiłuje przetrwać we Wszechświecie, którego prawa fizyki się zmieniają. Pisze:

"... oczywiste koincydencje, które pozwalają istnieć życiu na bazie węgla w naszej i w innych galaktykach może okazać się tymczasowo możliwe we Wszechświecie gdzie zastosowanie praw fizycznych cały czas się zmienia. Ten punkt widzenia sugeruje....że w przyszłości Wszechświat może rozwinąć się tak, że życie na bazie węgla będzie niemożliwe, co z kolei sugeruje, że w całym wszechświecie inteligencja walczy o przetrwanie naprzeciw zmieniających się praw fizyki, i że historia życia na Ziemi musi być jedynie drobną potyczką w zawodach."

Czy mamy w związku z tym wierzyć, że Uniwersalne Oprogramowanie zmienia się stopniowo i że w jakiejś odległej przeszłości potężna inteligencja skonstruowała rzeczy tak by w przyszłości życie na bazie węgla mogło eksploatować nowo obowiązujące Uniwersalne warunki? W rzeczy samej Hoyle prosi byśmy tak sądzili. Swoje myśli podsumowuje w następującym osobliwie przemożnym zdaniu, w którym tak oto stwierdza o naszym gatunku:

"Jesteśmy inteligencją, która poprzedza nas w jej nowej materialnej reprezentacji - lub raczej, jesteśmy ponownym pojawieniem się tej inteligencji, najnowsze ucieleśnienie jej walki o przetrwanie."

Gdy po raz pierwszy napotkałem radykalną teorię "panspermii" Hoyle'a, byłem naturalnie zakłopotany. Krótko po tym, gdy wciąż kręciło mi się w głowie, przypadkowo pojawił się pewien nowy dowód naukowy, który zdawał się wspierać przynajmniej część jego teorii. "Wiadomość z ostatniej chwili" w New Scientist oznajmiała, że w kosmosie zostały wykryte "molekuły życia". Wszystkowidzący amerykańscy radio astronomowie dostrzegli glicynę - aminokwas, oraz potencjalny element budulcowy życia organicznego - w gęstej chmurze pyłu międzygwiezdnego w pobliżu centrum naszej galaktyki, tak jak przewidziałby Hoyle. Kilka lat później w 1997, została przeanalizowana kometa Hale-Bopp'a, gdy przelatywała w pobliżu Ziemi i przekonano się, że ona także zawiera cząsteczki, z których zbudowane są aminokwasy. Dlatego nie możemy wykluczyć całej teorii Hoyle'a, i musimy bliżej rozważyć jego twierdzenia.

Istotnym aspektem propozycji Hoyle'a jest to, że jest to z całą pewnością okazałe, i jak ma to miejsce stosowane, zdrowe połączenie nauki i prawie mistycznej spekulacji. Próbuje ono wyjaśnić przypadkową naturę Wszechświata poprzez uzasadnienie, że początkowa, znaczna obecność mikroorganizmów wpływa jakoś na tworzenie gwiazd i planet. Wszystko zostało zaprojektowane przez jakąś poprzednią inteligencję. Jednakże, nie wyjaśnia to gdzie lub jak pojawiła się ta poprzednia inteligencja. W rzeczywistości, Hoyle odwołuje się do tak zwanej teorii stanu stałego Wszechświata, którą sam pomógł rozwinąć w późnych latach 1940 jako alternatywę scenariusza wielkiego wybuchu (w rzeczywistości to Hoyle ukuł początkowo termin "wielki wybuch" w celu lekkiego potraktowania takiej teorii eksplozji z niczego). Alternatywna teoria stanu stałego utrzymuje, że nie było żadnego wielkiego wybuchu (tylko "małe huknięcia"), i że wszechświat istnieje bez końca. Wewnątrz tego wiecznego wszechświata inteligencja wiecznie się modyfikowała w celu przetrwania subtelnie zmieniających się praw fizyki. Hoyle wnioskuje nawet, że impuls religijny naszego gatunku powstał ponieważ narodziliśmy się z instynktem, który prowadzi nas do "pamiętania" naszego pochodzenia, instynktem wpisanym w nasze DNA przez poprzedzającą nas inteligencję.

Wszystko to wydaje się bardzo staranne oraz schludne, i jestem pewien, że istnieje jakieś ziarno prawdy w teorii Hoyle'a "wiekuistej inteligencji". Jednakże elementem, którego brak jest rola i skutek środków enteogennych, oczywiście chyba że również one zostały skonstruowane przez poprzedzającą nas inteligencję. Jeśli tak, wtedy teoria Hoyle'a może nam z powodzeniem zaoferować najwyższą prawdę o rzeczywistości. Wówczas znowu, musimy zaakceptować, że Wszechświat istnieje wiecznie z zastrzeżeniem, że prawa fizyki ustawicznie się zmieniają i zmuszają inteligencję do ponownego odtwarzania się. Moim zdaniem, nie jest to estetycznie "czyste" rozwiązanie. Jak już powiedziałem, w jaki sposób inteligencja w pierwszym momencie rozwinęła taką wytworność i moc twórczą? Oraz jak i dlaczego Uniwersalistyczne oprogramowanie powinno się zmieniać? Jeśli zmieniało się ustawicznie, wtedy Wszechświatowi może grozić na pewnym etapie ryzyko całkowitej utraty istnienia w wyniku "destruktywnych" praw fizyki. A Hoyle nie ukazał przekonująco, w jaki sposób mikroorganizmy są w stanie zaplanować tworzenie gwiazd i planet, ani jak poradziły sobie ze śmiertelnym uderzeniem scenariusza wielkiego wybuchu akceptowanego obecnie przez większość kosmologów.

Jak widzieliśmy, wydaje się bardziej prawdopodobne, że wszystkie kosmiczne zbiegi okoliczności, konieczne do powstania życia i świadomości zostały wpisane we Wszechświat w jego początkowym stanie w czasie wielkiego wybuchu. Jeśli tak jest, to ponownie zostajemy z tym jedynym znamiennym Uniwersalistycznym Obliczeniem nastawionym na początku. Albo, ujmując to w inny sposób, zostajemy z Naturą, systemem, w którym dążenie by zawsze i wszędzie wcielać jego informację odzwierciedla pewną inteligentną lub intencjonalną jakość systemu.

Nadal jednak "inteligentny Wszechświat" Hoyle'a jest z pewnością jednym z najbardziej przekonujących scenariuszy, na które się jak dotąd natknąłem, który stara się wyjaśnić tajemnicę rzeczywistości zasadniczo pod względem naukowym, nawet mimo niepowodzenia w szczegółowym lokowaniu odmiennych stanów świadomości. Myślę, że pewne pomysły Hoyle'a można wykorzystać i je przerobić. Preludium do opcji ostatecznej jest zakończone. I tak, uzbrojeni w fantastyczną hipotezę przedstawioną na początku tego rozdziału, jesteśmy już prawie gotowi, by skupić się na tym, co uważam za najbardziej prawdopodobne i najbardziej błyskotliwe konsekwencje.

Przypominając umysł gajański

Przy wielu okazjach wspominałem o Inności jako Umyśle Gajańskim, określeniu ukutym przez McKennę, oddającym organiczny charakter planetarny flory enteogenicznej i wizji, które często wywołuje. Święte rośliny i grzyby wydają się starannie rozmieszczonymi "kodami dostępu", które pozwalają różnym zestawom relacji informacyjnych łączyć się w mózgu, tak by czyjeś rozumienie w kontekście reszty natury zyskało wyższy szczebel. W ten sposób, jak gdyby dostrajając się do przesłoniętych skądinąd "wyższych częstotliwości" Natury, można ujrzeć tajemniczą i umyślną obecność Inności. Czy możemy więc usytuować Inność tutaj na Ziemi, wplecioną jakoś w żywą tkankę biosfery z jej dżunglami, oceanami, oraz elektronicznymi miastami?

Kontemplując ewolucję

Tak naprawdę dostrajanie Wszechświata następuje poprzez proces ewolucyjny, który dominuje na powierzchni Ziemi niezależnie od tego czy proces ten pierwotnie rozpoczął się na Ziemi czy w kosmosie (możemy przyznać, że Hoyle może mieć rację w swej teorii panspermii). Tak czy owak, ewolucja organiczna może być postrzegana jako proces zyskujący informację, gdyż życie wzrosło od prostoty do zdumiewającej złożoności, od względnie prostego uporządkowania organicznej informacji do uporządkowania wysoce zorganizowanego, a wszystko przez fakt, że Uniwersalistyczne Oprogramowanie jest dostrojone tak by umożliwić ewolucję życia na bazie węgla przynajmniej gdzieś we Wszechświecie. Ewolucja ta jest zasadniczo procesem zyskującym informację, co za tym idzie jest ważnym pojęciem do zapamiętania, gdyż zdobywanie informacji jest silnie powiązane z inteligentnymi systemami i stąd argumentuję, że Gaja, lub biosfera, jest po prostu takim inteligentnym systemem.

W najszerszym tego słowa znaczeniu, aktualnie proces ewolucyjny jest przekazywany za pośrednictwem ludzkiej kultury. Informacja/wiedza nabyta przez naszych poprzedników może być gromadzona w książkach, folklorze, muzyce, tańcu, sieciach komputerowych, języku mówionym, etc, a to nagromadzenie informacji - wzrost zbawiennej mądrości jeśli wolisz - może być bezpośrednio przekazywane każdemu kolejnemu pokoleniu. W ten sposób dokładna informacja o świecie wzrasta w miarę malejącej niewiadomej, taki informacyjny przyrost, pozwalający naszemu gatunkowi dominować i rozumieć planetę w mgnieniu oka w porównaniu do skądinąd wolnego tempa ewolucyjnego (biologicznego) rozwoju poprzedzającego nasz gatunek.

Wraz z błyskawiczną ewolucją skomputeryzowanej telekomunikacji służącej do podłączenia Ziemskiego zasobu informacji, Gaja zdaje się podłączać do bioelektronicznego superorganizmu. Nasze ciała mogą więcej nie ewoluować, lecz nasza kultura i nasza technologia tak, zwłaszcza nasza technologia łączności cyfrowej. Tak jak neurony w naszych mózgach zdolne są przekazywać sobie informację ze zdumiewającą prędkością, tak jesteśmy teraz w stanie elektronicznie "synapsować" ze sobą poprzez cały glob.

Prowadzi mnie to do przekonania, iż twierdzenie, że ludzki mózg jest najbardziej złożonym organem, jaki znamy jest w rzeczywistości błędne i że to biosferyczny system gajański w swej wewnętrznie połączonej całości jest o wiele bardziej skomplikowany i zintegrowany niż pojedynczy ludzki mózg. Musi tak być. Mózg nie może być zrozumiany poprawnie póki pod uwagę nie zostanie wzięty kontekst, w jakim istnieje. Kontekst ten jest otoczeniem z jego bezkresną siecią językopodobnych relacji. Nic nie pozostaje w izolacji wewnątrz środowiska. Wszystkie organizmy wywodzą swe znaczenie i swą funkcję stosownie do roli, jaką odgrywają w całym systemie gajańskim. Tak więc to Gaja jest niewyobrażalnie bardziej złożona niż części z jakich się składa.

Ponieważ ludzki mózg jest wystarczająco złożony by uosabiać intencjonalną inteligencją i ponieważ większość jego aktywności odpaleniowej może być rozumiana jedynie w świetle jego intencjonalnej inteligencji, w analogiczny sposób uważam, że możliwe jest, że sama ewolucja reprezentuje istniejącą intencję inteligencji rozpowszechnioną jakoś w całej biosferze, lub przynajmniej skoncentrowaną w biosferze (lub jakiejkolwiek biosferze, jeśli o to chodzi). Innymi słowy, trochę jak zasugerował Hoyle, ewolucyjny proces, który zdominował powierzchnię Ziemi jest zogniskowanym przejawem pewnego rodzaju inteligencji.

Nie można zaprzeczyć realności selekcji naturalnej w procesie ewolucji. Bynajmniej. Przecież argumentowanie przeciw selekcji naturalnej (proces, na mocy którego pewne genetyczne wariacje i mutacje uprzywilejowane są ze względu na ich zdolność do ostatecznego utworzenia większej ilości potomstwa) to popełnienie być może kardynalnego grzechu przeciw naukom o życiu. Nie odważyłbym się zażenować w ten sposób. Nie, to co wnioskuję to, że "naturalny" komponent selekcji naturalnej reprezentuje inteligencję naturalną (niniejszym Inteligencję Naturalną) w przeciwieństwie do, powiedzmy, ludzkiej inteligencji.

Jeśli selektywnie hodujemy psy lub koty, przeprowadzamy proces sztucznej selekcji, zgodnie z którym wybieramy te cechy zwierzęcia, które chcemy wzmocnić. Dlatego w przypadku hodowli selektywnej to ludzka inteligencja zarządza procesem. W systemie gajańskim w całości, naturalna selekcja zarządza procesami ewolucji na dłuższych odcinkach czasu niż te, które wymagane są przy sztucznej selekcji. Zważywszy na rozumowanie, że Natura jest zasadniczo niema, przypadkowa i bezcelowa, uważam, że w całości możemy postrzegać ją jako będącą postacią aktywnej inteligencji, choć o rzędzie wielkości znacznie przewyższającym ten, który przejawiany jest przez nasz gatunek. A przez "Naturę w jej całości", rozumiem, że powinniśmy postrzegać biosferę jako złożone kontinuum, wewnątrz którego indywidualne organizmy są w płynnym połączeniu ze sobą i z otoczeniem. Wpływy mijają na wszelkie sposoby. Istnieje tylko jeden połączony system, w którym występuje ewolucja. Pamiętasz naszą metaforę Rzeki Życia, gdzie wszelkie formy wody były częścią spójnej połączonej całości? Tak możemy myśleć teraz o Gai; jak o reprezentującej pojedynczy inteligentny układ, w którym informacja zintegrowana jest w coraz to większych wzorcach złożoności. Ponadto, selekcja Naturalna może być interpretowana jako Naturalna Inteligencja przy pracy, całkiem dosłownie, odpowiedź Natury na swą własną znamienną konfigurację kontekstową.

Natura jest ekspertem w nadawaniu sobie sensu

Jeśli Gaja reprezentuje inteligencję będącą przy pracy, innymi słowy, inteligentną reakcję Natury na jej własną zrozumiałość, wówczas być może wyjaśnia to sprzyjające okoliczności środowiskowe, które ustawicznie służą wywoływaniu zmiany ewolucyjnej. Gdy niewielkie nowe umiejętności, niewielkie fizyczne wahania lub niewielkie zdolności zachowaniowe wyrażone zostaną poprzez losowe mutacje/wariacje, wówczas właściwy, istotny aspekt Natury sprawi, że ułamek tych wariacji zostanie wyselekcjonowany na drodze korzyści reprodukcyjnych (naturalnie istotny aspekt Natury zapewnia również wyłonienie DNA, od którego zależy życie i jego ewolucja). Kluczowym słowem jest tutaj "zapewnia", oznacza to, że Natura jest dosłownie zdeterminowana by wyrażać życie i jego ewolucję. Co z kolei oznacza, że żyjące środowisko, jako kontekst, zawsze służy nadawaniu sensu pewnym wariantom, a zatem wykształca sensowne zmiany wewnątrz każdej puli genowej. Ponieważ Natura reprezentuje znaczący i uporządkowany system kontekstowy (jest skonfigurowana inteligentnie) zatem wydarzenia ewolucyjne mogą się rozwijać w odpowiedzi na ten kontekst znaczeniowy. Co więcej, samo drzewo życia wykiełkowało zgodnie z tym znamiennie przewidzianym kontekstem.

Znaczenie kontekstu

Aby w pełni rozgryźć bardzo istotne pojęcie inteligentnego kontekstu rozważ tę oklepaną historię małpy przy maszynie do pisania. Wyobraźmy sobie tę małpę gorączkowo piszącą na oślep przez wieki wieków, tworzącą przez większość czasu brednie. W końcu widzimy jak, przez czysty przypadek, małpie udało się napisać jakiś Shakespeare'owski sonet lub przynajmniej konkretną sentencję (w takim wypadku każdy wyszczerzony uśmiech małpy staje się nagle trafny).

Z nonsensów plecącej małpy zupełnie nie zyskujemy znaczenia. Bynajmniej. Po pierwsze, mamy dwa układy znaczeniowe od których zaczynamy, tj. małpę oraz maszynę do pisania. Po drugie, i co ważniejsze, kontekstem nadającym znaczenie pisanym odzewom małpy jest ludzka psychika. Nie oznacza to, że otrzymujemy znaczenie z niczego, lecz że znaczenie obecne było a priori w układzie małpa/maszyna/my-jako-obserwator. To właśnie to znaczenie a priori - w formie inteligentnego i cierpliwego obserwatora - służy uwydatnieniu tego niewielkiego ułamka zapisanej reakcji małpy, który ma sens. Jeśli nie ma kontekstu znaczeniowego otaczającego małpę i jej pisaną wytwórczość (tj. brak obecności inteligentnego obserwatora), wówczas nie będzie zrodzone żadne znaczenie i stąd nic z tego, co zapisze małpa nigdy nie będzie miało żadnego sensu.

To samo obowiązuje oczywiście dla ewolucji. Jeśli Natura nie byłaby już sensownie skonfigurowanym systemem, jeśli Natura nie byłaby wysoce zorganizowana pod względem swych praw i swych prawowitych logicznych relacji, wówczas organizmy i struktury wypisane dużymi literami DNA nie miałyby żadnego sensu. To, że ustanawiają tak zdrowy rozsądek i to, że coraz więcej i więcej sensu może być stanowione poprzez ewolucję organiczną, ukazuje inteligentny kontekst dostarczany a priori przez Naturę. Jeśli czytelnik może to zrozumieć, wtedy ewidentne staje się pojęcie Naturalnej Inteligencji - najinteligentniejszej własności Natury - i zmienia się wszystko, co uznajemy za oczywiste.

Ponieważ bardziej rozwinięte formy życia są generalnie bardziej zorganizowane w swej strukturze, i ponieważ DNA podobnie zwiększa ich informacyjną zawartość w miarę rozwoju życia w złożoności, wówczas środowisko Wszechświata wraz ze środowiskiem biosfery mogą być postrzegane jako sensowne i kontekstowe bodźce, które kierują ewolucję do tworzenia coraz większej ilości zorganizowanych i zintegrowanych form. To musiało się zdarzyć. Natura jest przepojona znaczeniem i jest zakodowana tak by nadawać sobie sens. Sens ten manifestuje się w organizmach wykutych przez ewolucję i w ewolucyjnym natarciu na coraz większą złożoność i integrację informacyjną.

Świadomość środowiskowa

Chciałbym zauważyć, że nie sugeruję, iż liczebność form życiowych, jaką postrzegamy w Naturze musiała powstać poprzez ewolucję jakby każdy pojedynczy gatunek był zaprogramowany do wyłonienia. Raczej jest tak, że bardziej zintegrowane formy życia wyłoniły się ze względu na przyrodzoną właściwość Natury. Ta przyrodzona właściwość Natury (tj. Naturalna Inteligencja) jest jej nieustającą zdolnością kontekstową do wybieranie bardziej zorganizowanych form biologicznych, fakt, który jest niestety uznawany za pewnik przez większość myślicieli ewolucyjnych. Innymi słowy, zazwyczaj nie jest po prostu zauważane jak dużą rolę odgrywa Natura/środowisko w procesie ewolucyjnym. Nie musiało tak z pewnością być, gdyż możemy wyobrazić sobie stan wydarzeń, w którym Natura nie sprzyja ustawicznie ewolucji złożoności - w ten sam sposób, w jaki możemy wyobrazić sobie małpę piszącą przez wieczność na maszynie do pisania przenigdy nie napisawszy niczego z sensem, ponieważ nie ma dostępnego kontekstu, który uwydatniłby jakikolwiek sens.

Wydaje się jednak, że Natura zorganizowana jest w sposób, który domaga się dosłownie by pojawił się rzeczywisty rodzaj samo stymulacji, w którym informacja - w tym wypadku w formie genotypów - kontynuuje organizowanie się stosownie do nieustannego kontekstowego sprzężenia zwrotnego z otoczenia, tj. łączny system oddziaływujących na siebie organizmów i otoczenia oddziałuje na siebie sprzężeniem zwrotnym i wywołuje jeszcze więcej ewolucyjnego postępu. W ten sposób nowe organizmy mogą ustawicznie ewoluować, ponieważ naturalne środowisko, które je otacza jest w stanie działać jako kontekst, który uwydatnia ich dostrzegalną strukturę. Organizmy mogą być selektywnie rozwijane poprzez nadawanie sensu w świetle wrażliwości Natury. Punktem do zapamiętania jest to, że by uzyskać dalsze formy sensu i znaczenia wymagane są wyraźnie sens i znaczenie takiego czy innego rodzaju. Jedynie znaczenie może zrodzić znaczenie, jedynie inteligencja może zrodzić inteligencję. Ponownie, oznacza to, że Natura jest pełna a priori wrażliwości i sensowności (niektóre z tych właściwości zostały omówione w poprzednich rozdziałach, gdzie zostały określone jako Uniwersalistyczne Oprogramowanie).

Weźmy kolejny przykład, jeśli pomyślimy o niezwykle gwałtownej ewolucji ludzkiego mózgu, wówczas każdy stopniowy wzrost rozmiaru (otrzymywany przypuszczalnie poprzez mutację/wariację) musiał napotkać wiele specyficznych faktów środowiskowych, które natychmiast uwydatniły te nieznaczne wzrosty zdolności tak, że została osiągnięta przewaga reprodukcyjna. Dlatego każda mutacja w rozmiarze mózgu hominidów posilała się kontekstowym zestawem warunków środowiskowych tak, by jej nowa zdolność miała przewagę nad hominidami z mózgami niezmutowanymi. Innymi słowy, Natura była zdolna nadawać sens, lub uwydatniać wrażliwość tych mutacyjnych/wariacyjnych zmian w mózgu hominida. Jeśli tak nie było wówczas trudno sobie wyobrazić, dlaczego tak wiele małych zmian w rozmiarze mózgu zostało tak gwałtownie wybrane przez środowisko.

Można założyć, że ten rodzaj zdolności mózgowej, jaką my ludzie posiadamy jest bardzo uporządkowanym przystosowaniem do życia w świecie. W istocie, jeśli coraz więcej wyrafinowanych metod nadawania sensu będzie surowcem i dziełem doboru naturalnego, wówczas świadomość i język będą zdolnościami, które niemal z pewnością musiały gdzieś i jakoś wyewoluować, gdyż są one zdolnościami, które pozwalają stworzyć ze środowiska zdrowy rozsądek na zasadzie chwila za chwilą. A jedyny powód, z którego były w stanie wyewoluować świadomość i język, jedyny sposób w jaki zdolne są nadawać sens, istnieje, ponieważ Natura jest już sensowna i może być stanowiona z sensem. Najbardziej jest to widoczne podczas myślenia o języku. Rzeczowniki, przymiotniki oraz czasowniki istnieją w Naturze - na przykład stare liście opadają z gracją na ziemię. Język jaki posiadamy odzwierciedla jedynie logiczną, lingwistyczną właściwość Natury. Oznacza to, w istocie, że Natura jest, i była, zawsze sensowna, sensowność ta, lub Naturalna Inteligencja, nastaje by odbić się niejako w organizmach pod równie inteligentnym "kątem" bio-logiczny.

To do czego naprawdę zmierzam, to że ewolucja musi być rozumiana jako pojedynczy system zaprogramowanej inteligencji, która sprzęga się zwrotnie ze sobą, stymulując się do postępującego działania i postępującej syntezy znaczenia. Trochę jak zagniatanie ciasta na chleb. Ciasto odpowiada DNA i organizmom, akcja zagniatania, kontekstowemu wpływowi środowiska lub Natury na napędzanie ewolucji. Poprzez ewolucję, znaczenie wyrażane jest w języku DNA, który precyzyjnie buduje te struktury, organy oraz zachowania, które mają sens przy "zagniataniu" kontekstu Natury (jak płuca, wątroba, struktura kostna, wrażliwość na światło, błony półprzepuszczalne, etc). Dla ewolucji decydujące są nie tylko różnice genomu i mutacje genetyczne, lecz kluczową rolę musi odgrywać również inteligentna konfiguracja Natury - jeśli nie rolę główną - we wspieraniu korzystnego potencjału niewielkiego ułamka mutantów/odmian, których odmienione geny nie są szkodliwe. Ostatecznie, układy nerwowe i mózgi obdarzone świadomością miały przeznaczone wyłonić się gdzieś na linii ewolucyjnej. Linii tej i naszemu gatunkowi Homo sapiens zdarzyło się być linią naczelną.

Ukryta informacja, ukryty cel

Zatem w efekcie, środowisko jest po prostu w takiej mierze procesem ewolucyjnym w jakiej są aktywizowane organizmy. Oznacza to, że Gaja jest samostymulującym się systemem informacyjnym zdolnym ustanawiać wysoce zintegrowane formy informacji (organizmy), ponieważ cała informacja potrzebna dla tego procesu została wpisana w poprzednie stany systemu gajańskiego. Ponownie, jeśli myślimy o Gai w kategoriach systemu przetwarzającego informację, wówczas został on wyraźnie nastawiony na zadziwiająco twórczą wydajność, która wyłoniła się na przestrzeni czasu. Z perspektywy czasu, zdajemy sobie sprawę, że każda istota wokół nas i każdy organ lub zdolność zachowaniowa, o której staramy się myśleć, została wpisana lub wkodowana w pradawnych warunki Ziemi. Każda forma życia, wliczając świadomego Homo sapiens, była ukryta w organicznej chemii Ziemi (lub w chemii międzygwiezdnej), tak jak organy budujące ciała ukryte są w DNA płodnej komórki jajowej. I tak jak kompletnie funkcjonująca ludzka istota jest ukryta w języku ludzkiego genomu, taki też jest proces, zwany ewolucją, wpisany jako immanentna zdolność, w cały zakres warunków tu na Ziemi w odległej przeszłości. A samo wyłonienie ziemskich warunków było wpisane w cały Wszechświat. Tak oto Natura zakodowana jest praktycznie przy pomocy wszelkiej niezbędnej informacji by wzbudzić życie, jego ewolucję, i późniejsze wyłonienie się świadomości w pewnej postaci. Taki wysublimowany stan wydarzeń może być rozumiany jako odzwierciedlający wrodzoną i inteligentną zdolność Natury, mianowicie jako Naturalną Inteligencję. Dlatego Naturalna Inteligencja może być zdefiniowana formalnie jako kontekstualno pochodna właściwość Natury, która jest najwyraźniej wyrażona poprzez ewolucję i organizmy, które ewolucja wytwarza.

Czysta moc Naturalnej Inteligencji

Jak długo Natura ustanowiona jest tak, by występowały ustawiczne mutacje i zmiany w replikacji DNA, i jak długo ułamek mutacji jest preferowany przez pewne konfiguracje okoliczności w pewnym czasie, tak długo jest to wszystkim co jest naprawdę ważne. Przypomina to wyczerpującą próbę poszukiwania rozwiązania problemu, metoda awaryjna w końcu gwarantująca działanie. Chociaż wypróbowywane są wszystkie możliwości, jedynie jedna lub kilka zyska grunt.

W rzeczywistości, może to być samo sedno selekcji naturalnej i ewolucji. Pewność, że takie dogłębne sposoby podejścia do poszukiwania zawsze działają i zawsze wydają wyniki jest przejawiona w popularnonaukowych algorytmach genetycznych. Lubiane przez braterstwo Sztucznego Życia i Sztucznej inteligencji, algorytmy genetyczne są procedurami obliczeniowymi wykorzystywanymi do opracowywania zręcznych programów, których ludzie nie spodziewają się sami napisać i zaprojektować. Zaczynasz z bogactwem programów próbnych (zmiennych binarnych) napisanych by ustanowić pewien wynik, uruchamiasz je na komputerze w swego rodzaju zarządzanych programowo próbach, w których ich powodzenie może być mierzone podług pewnych kryteriów, po czym reprodukujesz z najbardziej udanego z programów. Powtarzane miliony razy na szybkim komputerze, algorytmy genetyczne owocują w końcu bardzo zręcznymi programami, programami, które dosłownie skupiły się na nadawaniu sensu swemu skonfigurowanemu wcześniej środowisku obliczeniowemu. W wirtualnym środowisku zainstalowanym w komputerze, tak długo jak istnieje jakiś sens do nadania, algorytmy genetyczne zapewnią, że rozwiną się programy zdolne odzwierciedlić ten sens.

Lekcją takiej dogłębnej opcji poszukiwania dla budowania inteligentnych struktur jest to, że ewolucja działa. Reprezentuje prosty imponujący proces zdolny do plonowania, a w końcu, zmyślne rzeczy (w rzeczywistości, ewolucja nie jest dogłębna w sensie absolutnym, gdyż buduje się na każdym sukcesie, poruszając się krok za krokiem w kierunku bardziej rozwiniętych form). Jednakże, najważniejsza lekcja jest taka: Jedyny sposób w jaki mogą zajść takie zdarzenia ewolucyjne - czy to w komputerze czy w biosferze - to wtedy gdy cały system jest na początku nasycony znaczeniem i wrażliwością. To dokładnie ten oczywisty wpływ kontekstowy, pozwala wybrać sensowne zjawisko. To oczywiście, ta bardzo oczywistościowa właściwość kontekstowa Natury tak zaintrygowała Einstein'a.

Wówczas życie i jego autokatalityczna ewolucja, mogą być postrzegane jako przejaw ogromnej inteligencji, która chcąc nie chcąc, wzniosła formy zintegrowanej informacji do poziomu, który widzimy dzisiaj w otaczającym nas świecie. Aby tak się stało, stale wymagane są czynniki wywołujące mutację (mutageny w rodzaju promieniowania kosmicznego, które są "przydatne" w dłuższej perspektywie) jak również dogodnie plastyczny DNA, a także postrzegalne środowisko zdolne do ustawicznego gwarantowania, że drobna część mutacji, które powstaną będą wspierane ze względu na ich umiejętność dopasowania do sensownego kontekstu, który je otacza. Jeszcze raz, najszczęśliwsze jest to, że Uniwersalistyczne Obliczenie spełnia wszystkie te wymagania. Mimo że te przypadkowe czynniki twórcze są powszechnie uważane za nie warte namysłu "brutalne fakty" Natury, mogą być również interpretowane jako dowody na obecność Naturalnej Inteligencji w całej kontekstowej tkance wszechświata.

Inteligentny rozwijalny potencjał

To, że pewna forma wysoce zorganizowanego życia na bazie węgla była zawsze gotowa wyłonić się ze Wszechświata jest faktem niezwykłym, którego nie widziałem udokumentowanego bardziej szczegółowo nigdzie indziej (jednakże kompleksowy naukowiec Stuart Kauffman z Santa Fe, którego książka z 1995 roku "At Home in the Universe" nad podziw uwydatnia samoorganizujący się i niosący życie potencjał chemii molekularnej, potencjał, który wyjaśniłbym powołując się na Naturalną Inteligencję).

Poczyniłem raz uwagę filozofowi uniwersyteckiemu o tym immanentnym aspekcie życia.
"Popatrz", Powiedziałem żarliwie. "Oto ten kwas nukleinowy, gdy połączyć w cyfrowe łańcuchy, sprawia, że formują się precyzyjne aminokwasy. A to sprawia, że formują się precyzyjne białka. A białka łączą się by uformować w pełni funkcjonalne organy, bardziej złożone niż komputery. Dlaczego tak jest? Skąd pochodzi ta zadziwiająca językowa zdolność Natury, ta niezwykła obliczeniowa precyzja? Dlaczego Natura obdarzona jest taką utajoną kreatywną magią?"

Tak więc, ten akademicki jegomość trochę to przemyślał, oświadczając, że rzeczy, które ludzie wymyślają tak samo są utajone w "materii" jak życie, i że się tym nie zachwycamy. Nie byłem wtedy w stanie zareplikować na jego nierozważne lekceważenie. Jednakże teraz, jasnym zdaje się, że jego imponująca pensja była w tym momencie niezasłużona, ponieważ większość naszych wynalazków oparta jest na zasadach już wyrażonych przez Naturalną Inteligencję. Samoloty były poprzedzone naturalnym lotem ptaków. Elektroniczna łączność była poprzedzona naturalną elektrochemiczną łącznością występującą w układach nerwowych. Technologia sonaru była poprzedzona naturalną echolokacją nietoperzy. Technologia energii słonecznej była poprzedzona naturalną fotosyntezą. Generatory mocy atomowej były poprzedzone gwiazdami. Komputery przetwarzające informację były poprzedzone naturalnymi układami przetwarzającymi informację, z których zbudowany jest Wszechświat. W rzeczywistości, gdyby natura nie zapewniła nam powyższych przykładów, wówczas może nigdy nie zostalibyśmy skłonieni do wynalezienia naszych technologicznych odpowiedników (z pewnością nikt nigdy nie pojąłby latania gdyby nie było namacalnej obecności ptaków lub owadów latających). Naturalna Inteligencja nie tylko nauczyła nas wszystkiego, co wiemy, sam proces ewolucyjny jest manifestacją tej inteligencji przy pracy. To czego jesteśmy świadkami tu na ziemi, jest wobec tego powstającą zdolnością konstrukcyjną Natury, procesem całkowicie zdeterminowanym przez sposób w jaki skonfigurowana jest kontekstowo Natura. Ewolucja życia jest bez dwóch zdań niezwykłą obietnicą wplecioną w Naturę i, z czasem, przez Naturę rozplanowaną i dostarczoną.

Czy jesteśmy inteligentniejsi niż Natura

Pomimo powyższego rozumowania, pojęcie, iż Natura reprezentuje samoreagującą inteligencję pracującą na ogromnych skalach czasu jest pomysłem, który przez wielu z was, jestem pewien, będzie prawdopodobnie trudny do przełknięcia (chyba że przełknięty z dawką psilocybiny!). Powiedzmy jednak, że stwierdzenie, iż ewolucja nie jest inteligentnym procesem jest ocenieniem procesu, który doprowadził do powstania tego twierdzenia jako mniej inteligentnego niż sami jesteśmy. Innymi słowy, ponad trzy i pół miliardoletni proces ewolucyjny poradził sobie z utworzeniem świadomej ludzkiej inteligencji (zdolność ludzkiej kory), która następnie zaprzecza, że ten ewolucyjny proces sam jest inteligentny. Pomyśl o tym. Czy nieinteligentny proces naprawdę skutkuje dogłębną inteligencją? Czy genetyczny algorytm rozpuszczony w wirtualnym środowisku dostarczy porządnych programów bez wcześniejszego zapewnienia, że wirtualne środowisko będzie specyficznie zaprojektowane by to ułatwić? Lub, czy jedna z gier Życia Conway'a mogłaby zrodzić wirtualny komputer zdolny do przedstawienia sztucznej inteligencji bez jej uprzedniego nastawienia w inteligentny sposób? Czy naprawdę możemy wyjaśnić całość i wszystko bez uciekania się do powoływania inteligentnych kontekstów?

Najwyraźniej neodarwiniści twierdzą, że proces ewolucyjny nie jest inteligentny. Mimo że życie jest niewątpliwie bardziej złożone, zorganizowane, zintegrowane, i "naturalniej inteligentne" niż możemy to ewentualnie pojąć. W rzeczywistości, wytworzyło nasz gatunek, który może docenić ten fakt. Nauka, zwłaszcza biologiczna i genetyczna, wciąż stara się ogarnąć wyszukaną złożoność układów żyjących, i oddaje to hołd inteligencji, która zarówno wywołała życie, i przyrodzona jest wszystkim żywym organizmom od bakterii do borsuków i myszołowów. Dobór naturalny niewątpliwie się dzieje, lecz to jak zinterpretujemy znaczenie "naturalnego" nie koniecznie jest przesądzoną konkluzją. Sugerowanie, że dobór naturalny jest manifestem metodologicznej intencji Naturalnej Inteligencji jest zaledwie nowym sposobem ujęcia i ocenienia rzeczywistości ewolucji w świetle rozważań kontekstowych.

Czy skradliśmy chwałę Natury?

Odkrycia naukowe czy to w biologii, chemii, neuropsychologii czy fizyce niezmiennie wskazują na inteligencję Natury. W rzeczy samej, na odkrywaniu zrozumiałości procesu rzeczywistości zbudowany jest cały gmach nauki. Każdy dział nauki uniwersyteckiej w każdym mieście świata zawdzięcza swe istnienie inteligencji Natury - inteligencji, którą nauka zaledwie odzwierciedla. Prawie każdy badacz naukowy, prawie każdy doktorant, żegluje po morzu przystępnej wiedzy stanowionej przez Naturę. Czy to podziwianie genetyka, długich na milę, replikujących się, zwartych nici DNA, oczarowanie botanika orchideami naśladującymi pszczołę, czy entomologa zafascynowanego koloniami mrówek kultywujących grzyby - wszystkie są wplątane w magię tkaną miliardy lat przez Naturalną Inteligencję.

Podobnie, prawie każda dostępna książka naukowa zawdzięcza swe istnienie zrozumiałości Natury. Dlatego nauka jest rozumiana jako próba odzwierciedlenia lub odbicia inteligencji Natury w formie słownej. A jednak niezależnie od tego, jaki aspekt Natury staramy się zbadać, czy będzie to misterna struktura pojedynczej komórki, skomplikowany chwytacz muchołówki, lub wrażliwy mechanizm równowagi ucha wewnętrznego, nauka jest zawsze zobowiązana do wytłumaczenia takich zjawisk będących niczym więcej jak końcowymi produktami naturalnego lecz bezcelowego procesu, procesu, który okazuje się być niezwykle konstruktywny, i który po prostu dzieje się na skutek kontekstowych praw Natury, będących po prostu z rodzaju umożliwiającego rozwój interesujących wydarzeń ewolucyjnych w pewnym czasie i w pewnym miejscu. Rzeczy po prostu zdarzają się w ten sposób. I szczęśliwą rzeczą jest również to, że jeśli Natura nie posiadałaby zrozumiałych i sensownych kontekstowych właściwości, wówczas naukowcy byli by bez pracy i bez życia.

Jednak nie ma znaczenia to, co nauka napotyka w swych poszukiwaniach, bez względu na to jak inteligentne jest jakieś zwierzę, roślina, lub proces biologiczny, zawsze może zostać zredukowane do "zwykłego" aspektu selekcji naturalnej, gdzie "naturalny" oznacza jedynie "sposób w jaki dzieją się rzeczy". Gdybyśmy odkryli, powiedzmy, jakąś nową roślinę, która wydaje masywny owoc, z którego wystrzela organiczna maszyna latająca wraz z kierownicą i wygodnym siedzeniem, wówczas stałyby się prawdopodobnie dwie rzeczy. Po pierwsze, naukowcy natychmiast wyjaśniliby maszynę terminami "zwykłej" selekcji naturalnej, wnioskując, że taki owoc był potencjalnie korzystną adaptacją. I po drugie, maszyny zostałyby zajęte przez ludzi i wykorzystane aż po rękojeść bez zastanowienia co do natury procesu, który do nich doprowadził. W krótkim czasie, zarówno naukowcy jak i zwykła społeczność całkowicie by się przyzwyczaili do tego nowego użytecznego tworu Natury. Stałby się jeszcze jednym "zwykłym" wydarzeniem świata naturalnego.

Wyobrażony powyżej stan rzeczy parodiuje często niefrasobliwą postawę społeczności naukowej względem procesów kreatywnych demonstrowanych przez świat naturalny. Wszystkie organizmy, nie ważne jak złożone, nie ważne jak dopracowane i wyrafinowane, nie ważne jak dobrze przystosowane, są "jedynie" produktami ślepego procesu, który zdaje się jedynie wytwarzać inteligentne i stabilne struktury na przestrzeni rozległych okresów czasu. Mózgi z pewnością przeprowadzają inteligentnie napędzane procesy, ale nie Natura jak nam powiedziano. Lecz, jak stale wskazuję, dobór naturalny rzeczywiście jest procesem, i jako że jest najbardziej wydajnym i skutecznym procesem pozyskującym informację, jaki znamy, to może być interpretowany jako będący przejawem inteligencji.

Być może to Natura powinna być nagradzana nagrodami Nobla a nie naukowcy, którzy odkrywają mechanizmy i ścieżki jej inteligencji. Jeśli naukowiec zaczyna szczegółową dyskusję o podwójnej spirali struktury DNA, wówczas możemy być zaskoczeni jej lub jego uchwyceniem przedmiotu sprawy. Powiedzielibyśmy, że ona lub on jest kimś bardzo inteligentnym, kto rozumie zawiłości DNA, zasługując być może na znakomity szacunek i podziw. Mimo że on lub ona w rzeczywistości zaledwie odzwierciedla inteligencję Natury. Tak więc to odkrycia nauki powinny być opisywane z hojnym zraszaniem popularnym przymiotnikiem "zwykły", a nie faktyczne procesy, które nauka dokumentuje. Natura jest najinteligentniejsza, i to my "zaledwie" odzwierciedlamy ten fakt.

Podobnie, strasznie grube podręczniki wyszczególniają fizyczne i matematyczne procesy leżące u podstaw zjawisk kosmologicznych takich jak formowanie gwiazd i supernowych. Ponownie, zgrabne równania i tak dalej, które dokładnie określają te zjawiska, są w rzeczywistości napisane przez Naturę. Rozważ również tekst w książce oprawionej w skórę traktującej o wysoce zorganizowanej mikrostrukturze papieru i skóry - zintegrowanych i matematycznie dokładnych atomowych konfiguracji węgla i innych składników organicznych, z których składa się skóra i papier. Potrzebowałbyś pewnie wysoce wyrafinowanej inteligencji by naprawdę zrozumieć taką książkę. Lecz oczywiście sama książka (dokładnie papier i skóra) bardziej reprezentuje skonstruowane inteligentnie jednostki informacji niż tekst, który zawiera. Nauka służy jedynie do odzwierciedlenia inteligentnych struktur będących już "tam" w rzeczywistości.

Żywy dowód na Naturalną Inteligencję znajduje się wszędzie wokół i wewnątrz nas. Nasze ciała są z niej uprzędzone. Tekst znajdujący się w książce biologicznej wyszczególniający fantastyczną "mądrość wewnętrzną" skonstruowaną biologicznie, powiedzmy, systemu odpornościowego, jest zaledwie odzwierciedleniem systemu formalnego, który zwiemy biologią w formalnym systemie słów. Obie formy są zrozumiałe. A cechą charakterystyczną układów inteligentnych jest właśnie ich zrozumiałość. Co oznacza, że zarówno układy biologiczne i ich ewolucja mogą być uważane za przejaw Naturalnej Inteligencji. Dlatego, hubrystyczny program SETI z NASA, w którym w przestrzeń kosmiczną wysyłany jest informacyjny lament, wskazuje na wyraźny brak bliższego przyjrzenia się samemu życiu organicznemu, gdyż to Gaja i Natura w swej całkowitości są wysoce zaawansowaną inteligencją, której zlokalizowaniem jesteśmy gorąco zainteresowani.

Ach, lecz czy natura może przejść test IQ?

Jeśli trudno jest zaakceptować, że Natura jest inteligentna wówczas być może przedstawia to zbyt ograniczony punkt widzenia na to czym jest to co ustanawia inteligencję. Nie daj się oszukać myśleniem, że inteligencja jest czymś do zmierzenia wyłącznie przez testy IQ. Są to jedynie inwencje psychologów przeznaczone do wyznaczenia specyficznych aspektów inteligencji. W najściślejszym tego słowa znaczeniu, inteligencja oznacza zdolność do rozumienia. Lecz definicja taka oznacza również zdolność do wzrostu informacji tak, że zmniejszana jest niewiadoma. Jeśli stosujesz inteligencję możesz rozpracowywać rzeczy i zwiększać swój wewnętrzny stan wiedzy/informacji. Procesy inteligentne sprzyjają integracji większej ilości informacji. Rozważ następujące określenie inteligencji przez neurofilozofa P.M.Churchland'a:

"System posiada inteligencję tylko w przypadku gdy użytkuje informację, którą już zawiera, i przepływa przez niego energia (obejmuje to przepływ energii przez jego narządy zmysłów), w taki sposób by zwiększyć informację jaką zawiera. Taki system może się uczyć, i zdaje się to centralnym elementem inteligencji."

Jak stale utrzymuję, ewolucja jest dokładnie procesem zyskującym informację i może być to uważane za postać naturalnej nauki. Gdy w Gai narasta informacja, zmniejsza się niewiadoma, wynikiem są specyficzne organizmy ze specyficznymi zdolnościami i specyficznymi relacjami względem środowiska. Naturalna Inteligencja nauczyła wyrażać się poprzez język DNA, nauczyła się wykorzystywać energię słoneczną poprzez fotosyntezę, nauczyła się latać dzięki skrzydłom, nauczyła się oddychać, spać, śnić, myśleć, komunikować, rozmnażać, przetwarzać, i tak dalej. Dlatego ewolucja żywych organizmów przedstawia proces naturalnego uczenia wpisany w DNA, i wyłaniający się w odpowiedzi na kontekst środowiskowy służący wywołaniu uczenia. Ostatecznie, mogłoby się okazać, że w interesie Natury jest nadać sobie sens, ludzka kora mózgowa reprezentuje szczególnie udaną i skoncentrowaną metodę takiego działania.

Naturalna Inteligencja jest wszędzie

Mimo, że Naturalna Inteligencja staje się oczywista wszędzie gdzie spojrzymy w normalnym świecie, współczesna wersja Homo sapiens zdaje się tego nie zauważać. Jeśli, powiedzmy, odważymy się pójść na pustynię i natkniemy się na jakąś dziwną terkoczącą maszynę napędzaną energią słoneczną, która przerabia piasek na płytki obwodów drukowanych, tak że może się, powiedzmy powielać, wówczas z pewnością zauważymy i wywnioskujemy, że maszyna została zaprojektowana przez inteligencję. Jeśli jednak natkniemy się później na wytrzymały kaktus po cichu przetwarzający światło słoneczne na użyteczną energię i ostatecznie wyrafinowane organy reprodukcyjne, które inteligentnie angażują owady do przenoszenia ich pyłku, wówczas natychmiast wnioskujemy, że jest "jedynie" projektem doboru naturalnego a nie inteligencji. Bez wątpienia moglibyśmy prawdopodobnie przejść nad kaktusem i powrócić do pozornie bardziej interesującej artefaktycznej maszyny. Do dziś, nauka uparcie odmawia utożsamienia procesu selekcji naturalnej z inteligentnym przetwarzaniem informacji, pomimo faktu, że najbardziej złożonymi rzeczami jakie znamy są żywe organizmy.

Przypomnijmy Mr Von Neumann'a. Był uznawany za bardzo inteligentnego człowieka, ukazał między innymi, że można w zasadzie zbudować samoreplikujące maszyny. Sam Von Neumann był maszyną replikującą, aczkolwiek organicznego rodzaju. Dlaczego jego powinno się uznawać za inteligentnego, a procesu, który go wytworzył już nie? Biorąc pod uwagę fakt, że tak jak my, Von Neumann był zbudowany z miliardów komórek ściśle wplecionych w zorkiestrowany triumf inżynierii organicznej, stanowisko dla Naturalnej Inteligencji staje się jeszcze bardziej widoczne. Nic co zrobił Von Neumann nie mogło dorównywać geniuszowi samej ewolucji. Jedynie ludzkie ego może temu zaprzeczyć. A przecież samo ludzkie ego jest w jakiś sposób zależne od istnienia ludzkiej kory. A wiemy już jak znakomicie zaprojektowana jest kora.

Rozważmy również odrobinę dokładniej fotosyntezę, ucieleśnioną w zielonej powłoczce okrywającej Ziemię. Bez tej zbagatelizowanej biomolekularnej magii (która nie została jeszcze odzwierciedlona technologicznie w rentownie opłacalny globalny sposób) w ogóle nie byłoby życia, ponieważ wszelkie życie opiera się na tym nadinteligentnym procesie. Mimo to łatwo uruchomić grę wyobraźni i hipotezować rzeczywistość, w której związki organiczne w żaden sposób nie mogą formować się w staranne, wykorzystujące energię organizmy negentropiczne. Gdyż życie by kwitnąć musi być jako immanentna zdolność zawarte w samej chemii organicznej, a kontekst Wszechświata jako całości musi sprzyjać wywoływaniu takiej zdolności aż po powstawanie słońc, które ostatecznie przechodzą w super nowe. W skrócie, uważam, że ważne jest dla nas by zastanawiać się, dlaczego rzeczywistość jest tak podatna na proces ewolucji, tak jak ważne jest by pytać dlaczego Wszechświat w ogóle jest zrozumiały.

Tradycyjny darwinizm nie może należycie odpowiedzieć na te pytania. Jak już wspomniano, może jedynie wzruszyć ramionami i stwierdzić z nonszalancją, że Natura po prostu się dzieje w ten sposób, że Natura ma, no cóż, szczęście lub jest fartowna - szczęście w sensie, że ostatecznie wprowadziła świadome mózgi zdolne uchwycić procesy, które doprowadziły do świadomych mózgów. Jednakże, jeśli wyobrazimy sobie ewolucję jako odzwierciedlenie Naturalnej Inteligencji, wówczas możemy podłączyć ten proces do pozostałych pomyślnych aspektów procesu rzeczywistości, który umożliwił interesującym rzeczom wydarzać się we Wszechświecie, i ostatecznie dostrzeżemy, że w głębi serca rzeczywistość jest inteligentnym procesem. Nie zapominaj, że nie sugeruję tu jakiegoś nowego procesu, sugeruję raczej, że ogólnie i w całości, Natura jest inteligentna i że inteligencja ta jest nieodłączną częścią rzeczywistości. Taki punkt, taki nowy kąt widzenia, poprzez który pojmiemy rzeczywistość, nie jest jedynie kwestią słów, służy raczej redefiniowaniu naszego miejsca w Naturze i ponownemu dostrzeżeniu wagi i znaczenia naszej świadomej egzystencji.

Nienaturalna stronniczość

Myślę, że istnieją trzy główne powody, dla których ewolucja nie jest generalnie postrzegana jako proces inteligentny. Po pierwsze, inteligencja ma często konotacje ze świadomością, a wielu z nas bez wątpienia odkryje, że trudno przypisywać Naturze świadomość. Po drugie, ewolucja następuje w dość długich okresach czasu w przeciwieństwie do stosunkowo krótkich okresów czasu, w jakich działa ludzka inteligencja. Po trzecie, jesteśmy szalenie dumnym i aroganckim gatunkiem, który lubi sobie wyobrażać, że my sami jesteśmy najmądrzejszym stworzeniem na dwóch nogach. Inteligencja należy głównie do nas, a nie do bardziej abstrakcyjnych systemów, których jesteśmy częścią (przypuszczam, że pogląd ten połączony jest z ludzkim ego, do czego nawiązywałem wcześniej).

Jednakże, inteligencja, rozumiana jako proces, nie koniecznie wymaga świadomości (przynajmniej nie tego rodzaju, jaki znamy), ani nie musi być ograniczona metodą oraz okresem w którym działa, i nie koniecznie powinna być ograniczona wyłącznie do mózgów. Jeśli inteligencja wiąże się z procesami zyskującymi informację i uczeniem się, wówczas ewolucja, wyraźnie jest Naturalną Inteligencją przy pracy. Życie, we wszelkiej swej różnorodnej organizmicznej świetności, nauczyło się żyć, dawać sobie radę, sprawować się i właściwie działać, w zasadniczo twardej rzeczywistości, choć mającej zgoła odpowiednią twardość by wzbudzić ewolucję. Jedyną realną różnicą między Naturalną Inteligencją a ludzką inteligencją jest różnica wielkości i czasu trwania efektu.

Nauki redukcyjne nie dostrzegą Naturalnej Inteligencji, ponieważ nauki redukcyjne przypatrują się bytom odosobnionym i starają się szukać wyjaśnień ich istnienia na niższych poziomach. Dojrzeć Naturalną Inteligencję to rozpatrywać większe układy, których częścią są ich składowe. Takim większym układem jest cały Wszechświat, algorytmiczne tło zapewniające niezbędne, fizyczne i chemiczne warunki konieczne do rozbudzenia cyfrowego, obliczeniowego trybu, którym jest ewolucja. Tymi niezbędnymi warunkami są rzeczy takie jak dogodne formowanie i trwała obecność słońc stanowiących "darmowy lunch", ułatwione formowanie DNA z jego odpowiednio plastyczną i lingwistyczną naturą, nieustanna obecność czynników, które dogodnie skłaniają DNA do zmieniania się i mutowania, oraz dogodny nieodłączny charakter sprzężenia ekologicznych układów w genotypach. Jeśli myślimy w terminach gajańskich wówczas wyłania się Naturalna Inteligencja. Dlatego przełomowa spuścizna Darwina zawiera się w jego odkryciu formalnego celu Naturalnej Inteligencji.

Zbyteczny lukier na Darwinowskim torcie?

Można by zaprotestować temu, że wnioskowanie, iż ewolucja reprezentuje inteligentny proces to wprowadzanie do już wystarczającej teorii zbytecznego i ordynarnego bagażu tworzącego plotki. Innymi słowy, dlaczego wysnuwać wniosek Naturalnej Inteligencji, gdy stosowanie takiej terminologii nie jest absolutnie konieczne dla naszego rozumienia mechanizmów, jakimi przebiega ewolucja? Cóż, może to prawda, choć odmawianie doprecyzowania teorii ewolucji to narzucanie ograniczenia na nasze rozumienie, zwłaszcza jeśli chcemy całościowego i ostatecznie metafizycznego ujęcia Natury. Być może, dlatego było tak wiele prób pozbycia się teorii Darwina (na przykład teoria witalizmu), nie dlatego, że jest nieprawidłowa, ale ponieważ jest w niej jakiś brakujący element pojęciowy, element który może stosowniej uchwycić i docenić zdumiewającą moc ewolucji.

Jak widzę, bez wnioskowania, że ewolucja jest inteligentna nie można dokładnie wyjaśnić dlaczego Natura zezwala i faktycznie sprzyja ewolucji. Tak jak powiedziałem, dlaczego chemia organiczna jest tak plastyczna wobec środowiska? Dlaczego pojawienie się kodującego DNA jest nieuniknione? Dlaczego pewne przeważające wpływy ustawicznie mutują geny uporządkowane w DNA? Dlaczego formy życiowe, składające się z wielokomórkowych działających organów są ukryte w chemii organicznej? Dlaczego wrażliwe wzorce świadomości nieuchronnie koncentrują się w układach nerwowych? Pytania trwają. Przypadkowo twórcze brutalne fakty narastają. Samoorganizacyjne właściwości Natury obfitują. Wszędzie dzieje się wyraźnie coś ważnego.

Nadinteligentna złożoność organizmów

Pozwólcie ponownie powtórzyć po wcześniejszym ponownym powtórzeniu: Twe własne samonaprawiające się ciało, twój przenikliwy układ wzrokowy przetwarzający te słowa, twój autonomiczny układ oddechowy i autonomiczny układ trawienny; wszystkie są o wiele wytworniejsze niż jakikolwiek zrobiony przez człowieka komputer lub istniejące obecnie oprogramowanie (zwłaszcza gdy rozważa się w jaki sposób funkcje te są wintegrowane w ciasną i stabilną jedność). Być może jesteś zaznajomiony z jakąś ostatnią częścią oprogramowania Microsoft, jakimś programem wyrażonym kilkoma megabajtami kodu komputerowego. Przyznasz z pewnością, że kod ten jest wytworny. Ale zastanów się nad 700 megabajtami cyfrowego kodu DNA wpisanego w niemal każdą z twych wielu miliardów komórek ciała, a zdasz sobie sprawę, że programy ludzkiego pochodzenia bledną w obliczu tych napisanych przez Naturę.

Odnośnie ewolucji ludzkiego organizmu i tego jak jeszcze pojmować tę nieodłączną zdumiewającą złożoność, oto co ma do powiedzenia T.S.Ray, znakomity ekspert od algorytmu genetycznego i Sztucznego Życia:

"Uznaje się powszechnie, że ewolucja jest jedynym procesem z dowiedzioną zdolnością do wytwarzania inteligencji. O wiele mniej powszechnie się uznaje, że ewolucja również posiada dowiedzioną zdolność wytwarzania analogicznego oprogramowania o wielkiej złożoności. Czyniąc życie metaforą obliczeń, pomyślmy o genomie DNA jak o programie, a o każdej komórce organizmu pomyślmy jak o procesorze (CPU). Wielki, wielokomórkowy organizm, jak organizm człowieka zawiera tryliony komórek/procesorów. Program genetyczny zawiera miliardy nukleotydów/instrukcji."

"W organizmie wielokomórkowym, komórki są zróżnicowane w wiele typów, takich jak komórki mózgowe, komórki mięśniowe, komórki wątrobowe, komórki nerkowe, etc. Wymienione typy komórek są faktycznie powszechnymi klasami rodzajów komórek, pośród których istnieje wiele podtypów. Jednakże, gdy wyszczególnimy podstawowe niepodzielne rodzaje, to co charakteryzuje rodzaj to zestaw genów, który go wyraża. Różne rodzaje komórek wyrażają różne kombinacje genów. W wielkim organizmie, będzie wielka ilość komórek większości rodzajów. Wszystkie komórki tego samego rodzaju wyrażają te same geny."

"Komórki pojedynczego rodzaju mogą być traktowane jako wykazujące paralelizm rodzaju SIMD (SIMD = single instruction multiple data - wiele danych pojedynczej instrukcji - wszystkie procesory CPU wykonują to samo na swych danych, nawet jeśli dane dla każdego są różne), ponieważ wszystkie wykonują ten sam "program" wyrażając te same geny. Komórki różnych rodzajów wykazują paralelizm MIMD, gdyż wykonują różne kody wyrażając różne geny (MIMD = multiple instruction multiple data - wiele danych wielu instrukcji - procesory CPU mogą wykonywać różne kody lecz wszystkie są zorganizowane w kierunku wspólnego celu). W ten sposób, wielkie wielokomórkowe organizmy przejawiają paralelizm na astronomiczną skalę, łącząc zarówno paralelizm SIMD oraz MIMD w pięknie zintegrowaną całość. Z tych rozważań jasno wynika, że ewolucja posiada dowiedzioną zdolność generowania niezmiernie zbliżonego oprogramowania osadzonego w 'mokrym osprzęcie'". (wetware, por. hardware, gra słów - tłum.)

Dobry argument wart zadziwienia. Choć nieco paradoksalnie, sugerowałbym, że jest tak dokładnie, ponieważ Natura jest tak bardzo, bardzo inteligentna, że tego nie przyznajemy. Procesy biologiczne, ogólnie mówiąc, są tak doskonałe w swym wykonaniu naturalnym, że nie udaje nam się zrozumieć jak dużej złożoności dotyczą (przypomnij sobie na przykład moje szczegółowe omówienie zdarzeń neuronowych). Dopiero, gdy biologii się nie uda, uświadamiamy sobie nagle jak inteligentna jest zazwyczaj w swym działaniu. Podobnie, gdyby komputery były zaprojektowane tak doskonale by ludzkość wykorzystywała je masowo przez tysiące lat bez pojedynczej awarii, by nie były potrzebne naprawy, wówczas szybko przestalibyśmy spostrzegać jak starannie zostały zaprojektowane. Całkowicie przyzwyczailibyśmy się do komputerów i brali je za pewnik bez myślenia o ich inteligentnie zaprojektowanej infrastrukturze. Jednakże, gdyby zaczęły się pojawiać awarie zdalibyśmy sobie nagle sprawę z ich zasadniczo obmyślonej funkcjonalności.

Powracając do ludzkich procesów biologicznych, są one generalnie tak znakomite, że dbają o siebie. To znaczy, że Natura jest całkiem sprawnym operatorem. Większość z nas bezbłędnie staje się dorosłymi z dzieci, mimo że w tym morfologicznym wyczynie istnieją niezliczone nieprawdopodobnie wyrafinowane kroki, i że jest to twórczy przejaw tego, co nazywam Naturalną Inteligencją - naturalnego procesu, który jako część swej wytwórczości zrodził nas, istoty obdarzone świadomością, ponadto procesu, który działa na ogromnej połaci czasu. Ale tylko dlatego, że zdobywający informację ewolucyjny proces, doprowadzający do ciebie i mnie zajął miliardy lat nie oznacza, że proces nie jest inteligentny, jak byliśmy skłonni uważać. Wnioskowanie, że wysoka inteligencja istnieje jedynie w naszym gatunku to bycie ślepym zarówno na niesamowitą Naturalną Inteligencję, która ułatwiła ewolucję jak i na Naturalną Inteligencją urzeczywistnioną we wszystkich systemach biologicznych. Ponadto, ta nieludzka inteligencja rozciąga się na całą rzeczywistość, gdyż, jak widzieliśmy, Natura zawsze gotowa była "uprawiać" ostatecznie świadome drzewo życia. Dlatego cały metakontekst Natury jest przepełniony inteligencją.

Ponownie doszliśmy do wyobrażenia Uniwersalistycznego Obliczenia (lub nawet kosmicznego nasiona), ponieważ wydaje się, że cała informacja potrzebna do skonstruowania słońc, planet, cząstek, aminokwasów, komórek, mikroorganizmów, roślin, zwierząt, oraz świadomych mózgów została wpisana w kontekstową tkankę Natury, do pewnego stopnia będąc uśpioną póki nie rozwiną się gdzieś odpowiednie warunki, w których informacja ta mogłaby być "odczytana". Jest to idea zapierająca dech w piersiach, i jeśli spowoduje małe tchnienie cudu będzie jednak niczym w porównaniu z podziwem generowanym przez enteogeny w rodzaju psilocybiny, podziwem, który jest silnie związany z konkretyzacjami naszego potencjalnego znaczenia w procesie rzeczywistości.

W ten sposób Natura jawi się jako niewiarygodnie inteligentna jak również śmiertelna, i mogę zamknąć ten rozdział trafnym Einstein'owskim cytatem, odnoszącym się tym razem do czci odczuwanej przynajmniej przez niektórych naukowców względem Wszechświata, z którym się stykamy. Einstein otwarcie zauważa, że to uczucie:

"...przybiera formę entuzjastycznego zdumienia harmonią prawa naturalnego, które ujawnia inteligencję o takiej wyższości, że w porównaniu z nią wszelkie systematyczne myślenie i działanie istot ludzkich jest całkowicie nieistotnym odzwierciedleniem."

Prawie poparłem to uczucie. Ludzkie myślenie może nie być zupełnie "nieistotnym odzwierciedleniem". Bynajmniej. W istocie, przypuszczam, że jeśli wyczuwamy Naturalną Inteligencję, uznajemy ją, czujemy, wówczas dość dosłownie przedstawia to istotne odzwierciedlenie tej inteligencji. Co sugeruje, że takie urzeczywistnione w korze odzwierciedlenie posiada pewne funkcjonalne znaczenie, do pewnego stopnia rodzaj współczynnika samorealizacji Naturalnej Inteligencji. Zagadnienia te zgłębimy w następnym rozdziale.

Rozdział 10
Neoszamańska kulminacja

Jak widzieliśmy, znakomite dostrojenie Natury najwyraźniej ukazane jest w procesie ewolucyjnym, który Natura ułatwiła tu na Ziemi. Przez ponad trzy i pół miliarda lat, nasza planeta przekształciła się z pozbawionej życia masy skał w istną metabolizującą organiczną macierz, w której niezliczone replikujące się układy mrowią się po powierzchni Ziemi, każdy układ lub organizm będący informacyjnym wyrażeniem Naturalnej Inteligencji. Dotychczas, nauce nie udało się dostrzec kontekstowo nakierowanego ruchu Naturalnej Inteligencji, tak jak ruchu wskazówki godzinowej zegarka, twierdząc zamiast tego, że ewolucja jest zasadniczo procesem bezcelowym i bezmyślnym. Lecz może to być jedynie wniosek subiektywny wyciągnięty prawdopodobnie z postrzeganego okresu, w którym działa ewolucja, okresu tak wielkiego, że inteligencja operująca na takich zakresach pozostaje prawie niewidzialna. Jeśli zamiast tego wyobrazimy sobie film o Gai w przyspieszonym tempie, w którym trzy i pół miliarda lat zbierającej informację ewolucji, zostanie skompresowane jedynie do jednej intensywnej sekundy, wówczas nowoczesna ludzka kultura elektroniczna oraz ludzka świadomość natychmiast eksplodują do istnienia, wytryskując z ziemskiego oceanu składników elementarnych. Ten fantastyczny układ samoorganizacji nie może być czysto przypadkowy. Tych, którzy nadal kpią z takich twierdzeń, mogę jedynie zapytać: jeśli wspomniana wyżej zdolność Wszechświata nie wskazuje na wielką inteligencję przy pracy wówczas jaki typ Wszechświata by wskazywał?

Bez względu na posępnych krytyków, jeśli skorzystamy z naszej metafory Rzeki Życia, napór inteligentnego procesu integracjo-informacji wyraźnie reprezentuje całkowitość życia, i twierdzę, że jest to istota rzeczywistości, istota procesu, który zrodził i zabił Einsteina i który kontroluje również nasze przeznaczenie. Ponieważ wszelka informacja potrzebna do wsparcia zlewającego się wzorcowania jest wyryta w "oprogramowaniu" Wszechświata, wówczas życie i wyłonienie świadomości może być postrzegane jako rodzaj procesu translacyjnego, na mocy którego kod informacyjny lub znaczenie tkwiące w istocie rzeczywistości jest rozmyślnie odczytywane w czasie. Gdzieś w procesie rzeczywistości musiała się uformować biosfera, ponieważ zostało to zakodowane w prawowitej kontekstowej tkance Uniwersalistycznego Obliczenia. A w takiej biosferze - których mogą być miliony we Wszechświecie - ewolucji było przeznaczone wytworzyć w pewnym momencie systemy nerwowe, oraz, ostatecznie, mózgi zdolne uosobić świadomość. Wzorce wiecznie opadają naturalnie na miejsce jak jakaś kosmiczna układanka.

W ten sposób świadomy aspekt Homo Sapiens przeanalizował się jako potężne wyrażenie najnowszej i najbardziej refleksyjnej formy informacjo-integracji wyłaniając się z języka wypowiadanego przez Naturalną Inteligencję - refleksyjnej, gdyż nasz rodzaj potrafi zastanawiać się nad tym skąd się wzięliśmy, jakby ludzka kora była biologicznie wykutym zwierciadłem zdolnym uchwycić na swej wytwornej powierzchni oblicze Naturalnej Inteligencji.

Jak przy wszystkich innych formach informacji, świadomość miała tak naprawdę powstać; była ustalona przez Uniwersalistyczne Oprogramowanie gdy tylko zaszły odpowiednie relacje kontekstowe. I tak oto tutaj stoimy, jak dotąd najwyższy gatunek hominida, wyprostowany, w chwiejnej równowadze na szczycie dżungli i na szczycie technologii, którą stworzyliśmy, nasze spojrzenie spoczęło teraz na rozszerzającym się zrozumiałym kosmosie. Każda ludzka psychika, przepojona znaczeniem Uniwersalistycznego kontekstu, w którym powstała, może się zastanawiać nad tajemnicą tego wszystkiego, nad rzeczywistością inteligentnej Inności, w której rękach wspólnie leżymy jak przekształcana glina. W jednej chwili kosmicznego czasu, z fizyki, chemii i biologii, powstała świadomość, żyjące lustro zdolne odzwierciedlać siły i procesy, które były jego źródłem. Ponieważ informacja zaczyna być zorganizowana i zintegrowana w coraz bardziej wyszukany sposób, ostatecznie cała zostanie zintegrowana a wszelka niepewność zostanie pokonana.

Przepowiadając przyszłość

Ewolucja życia na Ziemi, stopniowe wypracowanie systemu gajańskiego, oraz wyłonienie świadomej ludzkiej kultury - wszystkie zależące od inteligentnie skonfigurowanego kontekstu Natury - wyraźnie wskazują, że jesteśmy wewnątrz najbardziej interesującej i twórczej części Wszechświata. To tak, jakby jeden z najpotężniejszych prądów wewnątrz obliczeniowej Rzeki Życia opływał nas właśnie tu i właśnie teraz, skupiony w naszej nowoczesnej kulturze elektronicznej. Innymi słowy, jeśli twórcze centrum Wszechświata jest miejscem gdzie są kanałowane najbardziej złożone formy informacjo-integracji, wówczas jesteśmy z pewnością wewnątrz, lub w pobliżu środka. Lub przynajmniej jesteśmy pośród jednego z punktów skupienia Naturalnej Inteligencji. Ilość zorganizowanej wokół nas informacji w ten czy inny sposób jest tak gęsty, że można go poczuć. Aktywnie przepływająca informacja bombarduje nas na każdym kroku, jako że szuka rozwiązania. Późny wiek XX, jako doznanie zbiorowe, jest jak jakaś połyskująca żywiołowa protoplazma informacyjna emanowana przez Gaję gdyż dąży ona do osiągnięcia spójności i stabilności na jakimś wyższym poziomie organizacji.

Ci naukowcy, którzy sumiennie postulują mit, że jesteśmy zaledwie postronnymi świadkami na drobinie kurzu, dalecy od serca Wszechświata wyrządzają zjawisku życia i świadomości poważną krzywdę. O ile wiemy, w zakresie aktywności informacyjnej, istnienie ludzkości (jakieś 6 miliardów połączonych umysłów), usadowionej jak ma to miejsce w tym tysiącleciu, jest zdecydowanie bardziej skomplikowane i intrygujące niż cokolwiek innego w znanym Wszechświecie. Gaja, zawierająca w sobie wszelkie ludzkie kultury, jest z pewnością miejscem, które istnieje.

Jeśli rzeczywistość jest faktycznie gwałtowną rzeką integrowanej informacji, wówczas na pewno ma przeznaczone spotkać jakąś ostateczną zorganizowaną formę. Jeśli dotychczas moje rozumowanie było poprawne wydaje się to być nieuniknionym wnioskiem. Bo jeśli procesy życia organicznego i ludzkiej świadomości są ukrytą zdolnością wplecioną w tkankę rzeczywistości, to z pewnością musi istnieć jeszcze więcej informacji do odczytania z Uniwersalistycznego Obliczenia. Jeśli gdziekolwiek Naturalna Inteligencja jest tak rozległa jak przypuszczam, wówczas absolutnie musi istnieć jakiś końcowy punkt lub rozwiązanie dla jej kolosalnie algorytmicznych gajańskich usiłowań.

Aby nadać czytelnikowi smaku tego scenariusza dalszego-informacyjnego-odczytu, rozważ następujący eksperyment myślowy. Genetycy mówią nam, że godziwy odsetek DNA odnajdywany we wszystkich organizmach służy jakiejś jeszcze nieznanej funkcji. Na ogólnoświatową skalę, całkowita ilość tego czule nazwanego "śmieciowego DNA" musi być ogromna. Lecz co, jeśli jest to forma ukrytej informacji powstałej by przejść do działania jedynie, gdy okoliczności środowiskowe będą w określonym stanie? Co jeśli biosfera przybierze nagle kontekst, do którego to globalnie rozprowadzone DNA zostało dostrojone? Wszystko może się zdarzyć. Wszystkie organizmy mogą nagle zmutować i razem zespolić. Możliwości są nieskończone gdyż DNA jest tak zasobny w swej zdolności organizowania chemicznych i biologicznych procesów. Być może czytelnik może wymyślić jakąś alternatywną możliwość.

Proponuję taką zabawną spekulację nie dlatego, że uważam ją za prawdziwą, a dlatego, że tego rodzaju idea uwydatnia, w zasadzie, że znana nam rzeczywistość, równie dobrze może być zaszyfrowana do wytworzenia jakiegoś kulminacyjnego urobku na pewnym etapie swego ewolucyjnego postępu. Równie prawdopodobny jest pomysł, że nasza technologia komputerowa może rozplenić jakiś nowy poziom informacjo integracji - na przykład pojawienie się tak zwanej cyberprzestrzeni - rodzaju wirtualnego lub cyfrowo skomputeryzowanego wymiaru, w którym przekazywane może być działanie ludzkiej świadomości. Właściwie, jak wspomniałem w poprzednim rozdziale, poprzez wzrost telekomunikacji i technologii obliczeniowej, Ziemia zdaje się okablowywać w zintegrowaną sieć cyfrową, bio-elektroniczny byt, w którym powszechnie rozpowszechnione układy informacyjne w rodzaju ludzkiej psychiki mogą się praktycznie natychmiast ze sobą komunikować przez cały glob. Magiczna technologia, podobna do komunikacyjnej aktywności synapsującego mózgu neuronowego, wyraźnie rozwija się w zawrotnym tempie, a wraz z rozwojem transglobalnych sieci komputerowych w rodzaju Internetu, wydaje się zapewnione ostateczne pojawienie się jakiegoś rodzaju "namacalnego" cyberprzestrzennego wymiaru. W rzeczy samej, sądząc po pojawiającym się obecnie w mediach niesłychanym wzroście spekulacyjnych dokumentaliów o niedalekiej przyszłości systemów obliczeniowych, wydaje się, że w pełni interaktywna cyberprzestrzeń takiego czy innego rodzaju jest niemal w zasięgu ręki.

Jedyne, co obecnie unaocznia to powszechne, uderzające wróżenie, to jak dobitnie zbliża się do nas przyszłość. To tak, jakbyśmy coraz szybciej poruszali się w kierunku jakiegoś nowego technologicznego przełomu obejmującego informacjo integrację, która przeobrazi naszą kulturę, przeobrażenie nie tylko nieuniknione, lecz przeobrażenie, którego cień wisi już nad nami, pobudzając nas do proroczego myślenia. Gdyż, kiedy indziej w naszej historii miały miejsce tak skoncentrowane przypuszczenia odnośnie bardzo bliskiej przyszłości? Bardziej do rzeczy, jeśli jakiś niewyobrażalny, w pełni zintegrowany stan miałby być osiągnięty w najbliższej przyszłości, czy to za pośrednictwem telekomunikacji komputerowej czy jakiegoś innego medium instrumentacyjnego, wówczas wyraźnie, Natura zawsze była zakodowana na taki wynik końcowy. Może można to uznać za wynik ostateczny Uniwersalistycznego Obliczenia, przedstawiający przetłumaczone odrodzenie Inności, zakwitnięcie Gai, planetarny stan końcowy, który Natura w jakiś sposób zaprogramowała by go osiągnąć.

Większość z nas jest jednak zadowolona dając się prawie biernie ciągnąć po obliczeniowej Rzece Życia. Budujemy solidne tratwy z dóbr materialnych i statusów społecznych. Otaczamy się rzeczami, które nasza kultura zaszczepia wartością, i które utrzymują nas na powierzchni. A przecież nasze tratwy, nie ważne jak solidnie skonstruowane, i nie ważne ile bogactw zawierają, zostaną ostatecznie zniszczone, zjedzone przez proces, którym są porywane. Czas przydzielony naszemu DNA jest skończony, jesteśmy cyfrowo zaprogramowani przez Naturalną Inteligencję, by zestarzeć się i umrzeć, z taką samą pewnością, jak jesteśmy zbudowani by wzrastać przez okres dojrzewania i rozmnażania. Jesteśmy informacyjnymi wzorcami, które wirują w uporządkowanym istnieniu wewnątrz Uniwersalistycznego Obliczenia, jedynie by się rozpłynąć w mgnieniu kosmicznego oka. Dobry powód, dla którego powinniśmy uważniej zastanowić się, dokąd skierowana jest rzeka, gdyż wtedy można dostrzec naszą właściwą rolę w tym integracyjnym przepływie.

W pobliżu końca rzeki

Nasza wiedza zbiorowa jako świadomego gatunku jadącego na czubku inteligentnej fali, przedstawia rodzaj narastającej pewności o Wszechświecie. Jako, że ta pewność lub informacja w dalszym ciągu narasta, stopniowo zdajemy sobie sprawę, dlaczego dokładnie wyewoluowaliśmy. Inteligencja Natury - całej Natury od Uniwersalistycznego oprogramowania do Gai - staje się, zatem w pełni odzwierciedlana poprzez ludzką świadomość i trzymana jest w systemach wiedzy naszej kultury. Sugeruje to rodzaj narodzin. Obliczeniowym działaniem przeprowadzającym Uniwersalistyczne Obliczanie jest inteligencja, Inność, i znajduje się w trakcie "ściągania" się (od download) w ludzką kulturę, szczególnie w ludzką świadomość, tak jak gąsienica "pobiera" się do postaci motyla. Dlatego inteligencja Inności jest poprzez proces ewolucji odbywającą się metamorfozą. Tak jak informacjo integracja wciąż nawarstwia się w Gai, tak też system gajański informowany jest przez inteligencję, która go skonstruowała. Jeśli tak jest, wówczas celem życia musi być faktycznie ucieleśnienie nowej formy Inności.

Taka możliwość jest wyraźnie podobna z natury do spekulacji Fred'a Hoyle'a. Jednakże, nie wierzę, że Naturalna Inteligencja sama zstąpiła z jakiejś wcześniejszej formy inteligencji. Podejrzewam, że całe Uniwersalistyczne Obliczenie - Natura i wszelka jej informacja - jest manifestacją intencji, lub woli, Inności. To znaczy, że Inność, lub Naturalna Inteligencja, jest tym co przeprowadza obliczenie, tym co "utrzymuje rzeczywistość w umyśle". Obecnie po 15 lub więcej miliardach lat rzeczywistości, w której został zrealizowany znakomity plan intencji Inności, wyłoniła się świadomość mogąca przyswajać Inność.

To tak, jakby informacja, tak jak energia, nie mogła być zniszczona, a informacyjna zawartość rzeczywistości, która pozostaje stała, przekształcała się z chwili na chwilę. Jeśli pomyślimy o programie komputerowym zdolnym pobrać jako dane wejściowe jakiś tekst, a następnie wydać go w formie nowego języka, lub płynnie przemorfować jeden obraz w drugi, wówczas podobnie, otaczający nas proces rzeczywistości można postrzegać jako 15-to miliardoletnie tłumaczenie Inności z jednej językopodobnej postaci w inną, leżącą w przyszłości. W ten sposób sama natura Natury (Uniwersalistyczne Oprogramowanie) była od początku zasobna w zorganizowaną informację, i informacja ta jest do odczytu, lub do przetłumaczenia, lub przekształcenia, poprzez proces ewolucyjny. Dlatego świadomość Inności, tj. wiedza dotycząca naszej faktycznej sytuacji w procesie rzeczywistości, przedstawia przekład Inności w nową formę tak, że w pewnym sensie, świadomość może tak naprawdę posłużyć do tego by stać się Innością. Ponownie, sugeruje to rodzaj narodzin, aczkolwiek fantastycznego rodzaju. Zaiste, życie można uznać właśnie za takie; żywe metasymboliczne narodziny i rozwój Inności w jakąś nową formę, z życiem ludzkim, globalną kulturą, a w szczególności ludzką świadomością reprezentującymi "pełnoletność" przetłumaczenia Inności. Brzmi to niewiarygodnie, ale jeśli zostaniemy pociśnięci do dostarczenia swego rodzaju metafizycznego wyjaśnienia dla najmądrzejszego Wszechświata, wówczas uważam, że tego rodzaju pomysły muszą być bliskie celu.

Punkt omega

Jednym z mistyków, który odgadnął te idee był wybitny ksiądz jezuicki i paleontolog Pierre Teilhard de Chardin. Był jednym z tych chrześcijańskich myślicieli rzadkiej rasy, których wiara wzrosła w wyniku wiedzy o procesie ewolucyjnym. Faktycznie, wyjaśnia to jego naukowe zainteresowanie skamieniałościami i ewolucją (oraz, dodam, jego ekskomunikę przez jego religijnych "przełożonych").

Teilhard uważał, że ewolucja była procesem celowym, który w pewnym momencie przyszłości osiągnie punkt kulminacyjny, punkt ten reprezentuje rodzaj całkowicie zintegrowanego stanu życia. Dla niego, mógłby to być Punkt Omega, punkt, który Wszechświat ma przeznaczone osiągnąć. Tailhard rozpatrywał, że ten przyszły stan wysyła jakoś w przeszłość wpływy, jak gdyby Punkt Omega był wiecznym słońcem zdolnym rzucać światło na powierzchnię ludzkiej historii.

Pomimo, że myślenie Teilhard'a było dogłębnie mistyczne, niektóre jego prace były szanowane przez wielu tradycyjnych teoretyków ewolucyjnych, przede wszystkim biologa Julian'a Huxley'a. Jednakże, dla większości "bezwzględnych" naukowców, którzy natknęli się na pracę Teilhard'a, pozostał nikim więcej jak mistycznym marzycielem, udoskonaloną P.K.Dickensowską duszą, której ideologia jest w zasadzie niezdolna do poważnego namysłu i otwarta na tanią śmieszność. Chyba że jest tym, który wielokrotnie doświadczył numinalnej obecności Inności, w takim przypadku jego idee stają się raczej pociągające.

W "Przyszłość Człowieka", Teilhard pisze o Punkcie Omega w następujący, raczej poetycki sposób:
"Przypuśćmy, że z tego uniwersalnego centrum, z tego punktu Omega, stale emanuje promieniowanie postrzegane dotychczas jedynie przez osoby, które nazywamy 'mistykami'. Wyobraźmy sobie dalej, że w miarę wzrostu wrażliwości lub reakcji na mistycyzm, wraz z planetyzacją (zjednoczenie ludzkości) ludzkiej rasy, świadomość Omega staje się tak powszechna, że ogrzewa Ziemię psychicznie, podczas gdy fizycznie schładza. Czy nie jest możliwe, że Ludzkość, pod koniec swego sumowania, swego składania się w sobie, osiągnie krytyczny stopień dojrzałości, w którym opuściwszy Ziemię i gwiazdy by powoli na powrót zamilknąć w słabnącej masie pierwotnej energii, odłączy się od tej planety i przyłączy do prawdy jedynej, nieodwołalnej esencji rzeczy, punktu Omega? Zjawisko być może pozornie zbliżone do śmierci: lecz w rzeczywistości prosta metamorfoza i przybycie do ostatecznej syntezy."

Wzmianka Teilhard'a o stygnącej Ziemi była prawdopodobnie reakcją na rosnące uświadomienie sobie, w czasie, gdy pisał tę książkę, że Wszechświat zdaje się "podupadać" w wyniku straszliwego, drugiego prawa termodynamiki. To szanowane prawo oznajmia, w sposób nie budzący wątpliwości, że Wszechświat "więdnie" i stoi w obliczu wygaśnięcia śmiercią cieplną. Mówi się, że cała energia Wszechświata zostanie ostatecznie przemieniona w nic nie znaczący przestwór niezdatnego ciepła. Obecnie jest to z pewnością posępny pomysł oraz niebezpieczna broń w rękach naszych klasycznych upraszczających naukowców, którzy mogą zacząć nas nią szturchać nawet teraz. Jednakże, zgodnie z naszym rozumowaniem, Uniwersalistyczne Obliczenie musi z pewnością potrzebować takiego "negatywnego" prawa w celu funkcjonowania w sposób, w jaki funkcjonuje. Ewolucja musiała więc ominąć tę "podupadającą" tendencję stwarzając "rozpraszające się struktury" - metabolizujące organizmy - w celu przetworzenia energii w użyteczną formę. Tak więc, chociaż zamknięte systemy podupadają i osiągają równowagę (nudny stan, w którym nie dzieje się nic interesującego), otwarte systemy, jak Gaja, potrafią budować porządek (z naszego słońca, którego egzystencja zależy od natury Uniwersalistycznego Obliczenia) poprzez wydzielanie zaburzenia (w rodzaju cieplnego promieniowania podczerwonego) w kosmos. W ten sposób, Naturalna Inteligencja pokonała widmo drugiego prawa termodynamiki i poprzez ewolucję zakorzeniła się informacyjna integracja. A może dokładniejsze byłoby stwierdzenie, że Naturalna Inteligencja skonstruowała w Uniwersalistycznym Obliczeniu pewien rodzaj napięcia, które życie musi nieustannie "zwalczać" w celu rozwoju, proces, który, jeśli o tym pomyślisz, dziwnie przypomina wolę.

Gdy Teilhard pisał o Punkcie Omega, był prawdopodobnie mniej świadomy, niż my dzisiaj, faktu, że Uniwersalistyczne oprogramowanie jest bardzo właściwe i sprzyjające życiu. Stąd postrzegał drugie prawo jako zagrożenie dla życia, lecz przewidział, że życie osiągnie Punkt Omega, jak gdyby dokładnie w samą porę, nim Wszechświat podupadnie, lub przynajmniej nim podupadnie nasze biedne słońce. Innymi słowy, umiejscowił Punkt Omega daleko, daleko w przyszłości. Lecz, jak widzieliśmy, nauka osiągnęła obecnie etap gdzie może docenić nie tylko obliczeniową jakość rzeczywistości, lecz również dostrajanie Natury. W mojej opinii, jest to silny dowód na to, że jesteśmy w "dobrych rękach" Inności, a co ważniejsze, że Punkt Omega może być bliżej niż przypuszczał Teilhard. Oczywiście lepiej myśleć, że takie wydarzenie jest bliskie niż odległe. Jednak równie dobrze może być tak, że ze wzrostem enteogenicznej epistemologii rozpoczętej w latach 1950 i 60, oraz pojawiającym się zainteresowaniem szamanizmem i organiczną psilocybiną, iluminacje powodowane Punktem Omega się wzmagają, co z kolei sugeruje, że przysuwamy się jeszcze bliżej do punktu kulminacyjnego.

Koniec świata jaki znamy a ja czuję się świetnie

Nic dziwnego, że Terence McKenna przypomniał mistyczne twierdzenia Teilhard'a. Przyjął rolę nie do pozazdroszczenia, psychedelicznego proroka, nieustannie twierdząc, że ludzka historia zostanie całkowicie przekształcona (lub zakończona) pod koniec grudnia 2012. Data ta pochodzi z jego matematycznej "fraktalnej teorii czasu", która postrzega czas jako cykliczny proces wzorcujący wymagający nieustannej "ingresji nowości", a który implikuje dokładny punkt kulminacyjny. Data ta pokrywa się także z tajemniczą datą końca kalendarza Majów, Majowie byli cywilizacją mającą obsesję na punkcie czasu (majańska przepowiednia końca czasu nie była znana McKennie, gdy po raz pierwszy opracował swą teorię).

W tym czasie, jak mówi McKenna, pełen zamysł rzeczywistości zamanifestuje się jako informacjo-integracja, lub ingresja nowości jak sam to nazywał, osiągając swój zenit. Leży tam "transcendentalny obiekt", eschaton, który, jak Punkt Omega Teilhard'a, "rzuca swoje refleksy w przeszłość", refleksy, które inspirują i iluminują świętych, mistyków, oraz umysł wizjonerskiego szamana. Również zgodnie z Punktem Omega Teilhard'a, McKenna sugeruje, że ten przyszły stan transcendencji istnieje jakoś teraz, lub w wieczności, a my i proces rzeczywistości jesteśmy bezwzględnie skierowani ku temu stanowi. Można sobie wyobrazić ten przyszły stan jako magnes, że życie i ewolucyjne pojawienie się świadomości przypomina proces, dzięki któremu opiłki żelaza przyjmują strukturalne ustawienie stosownie do bliskości magnesu. Faktycznie, wszystkie przygodne, samo organizujące się właściwości Natury - w rodzaju powstania DNA na przykład - można postrzegać jako wywodzące się z obecności jakiegoś przyszłego "magnetycznie naładowanego" stanu, który "przyciąga" je do życia.

Pod względem rozważanego Uniwersalistycznego Obliczenia, Punkt Omega musi reprezentować końcowy stan wyjścia lub pełne odrodzenie Inności w systemie gajańskim. Zamierzona metamorfoza zostanie zakończona. Uniwersalistyczny kod zostanie w pełni wyrażony, cała informacja/wiedza osiągnie stan zjednoczenia. Inność, Naturalna Inteligencja, zakończy swą translację z jednego zunifikowanego stanu bytu na kolejny.

McKenna używał również terminu "atraktor" na opisanie tego końcowego stanu eschatologicznego, który ma osiągnąć życie. Atraktor jest rodzajem abstrakcyjnego stanu końcowego, ku któremu przyciągane są układy fizyczne. W przypadku bujającego się wahadła napotykającego tarcie, atraktorem jest stan, w którym wahadło znajduje się w spoczynku. Z jakiejkolwiek pozycji rozbuja się wahadło, zawsze zatrzyma się w stanie atraktora. Podobnie, w przypadku szachów, atraktorem jest stan szacha mata, ku któremu dyskretnie zmierza gra. Atraktory tkwią więc w istocie wielu systemów, i przypominają metaforyczny magnes, który poprzednio opisałem.

Pod względem Wszechświata jako całości, można twierdzić, że atraktorem ku któremu jest nieubłaganie przyciągany jest rodzaj "wielkiego chrupnięcia", wskutek którego Wszechświat zapadnie się w osobliwość w wyniku wpływu grawitacji. Jednak, atraktor możemy również postrzegać jako nie będący super skupieniem "materii", lecz będący zintegrowanym stanem informacji lub znaczenia. Gdy ludzka kultura i ludzka świadomość uświadomi sobie swą prawdziwą rolę i funkcję w rzeczywistości, i gdy Inność w pełni się przekształci lub odzwierciedli w całkowitości Gai, wówczas reprezentować to będzie atraktor lub etap końcowy procesu rzeczywistości, jaki znamy. W momencie tym, Natura maksymalnie poczuje siebie.

Jeśli postulujemy atraktor, powinniśmy mieć również na uwadze, że im bliżej on jest, tym większy jego wpływ i tym większe procedury wzorujące wpasowane na miejsce. Taki proces może również wyjaśniać najnowsze i zazwyczaj gwałtowne formy ewolucji w rodzaju kory hominidów, jak również kolejną szybką ewolucję ludzkiej kultury i najświeższą coroczną ewolucję technologii cyfrowej. Rozmyślając nad tym można automatycznie pomyśleć o procesie spiralnym, lub samozacieśniającym się wirze, w którym Natura gorączkowo przybiera stan, poprzez który może uchwycić jeszcze więcej informacjo-integarcji. Być może końcowym punktem każdego gajańskiego systemu będzie rodzaj "lokalnej" osobliwości, podobny z natury do przypuszczanej osobliwości, z której rozwinął się Wszechświat, stan informacyjnej unifikacji, lecz tym razem uosobiony ogólnoplanetarnym doznaniem.

Jeśli takie fantastyczne zjawisko naprawdę urzeczywistniłoby się w najbliższej przyszłości, wówczas z pewnością powinno być poprzedzone potężnym spiętrzeniem informacji oznajmiającym lub zwiastującym to wydarzenie. Nie mam na myśli aniołów dmących w trąby, lecz raczej, że nauka powinna poczynić jakieś nowe odkrycia, świadczące o intencjonalności i inteligencji Natury. Lub, jeśli miałby się rozwinąć paradygmat naturalnie inteligentnego procesu rzeczywistości, wówczas oznaczałoby to reinterpretację danych już zgromadzonych przez naukę, i mogłoby dodatkowo uwydatniać naszą wyjątkową pozycję w ewolucji kosmosu. Ewentualnie, jakaś innowacja technologiczna lub zjawisko naturalne może uczynić każdego bardziej świadomym wewnętrznego połączenia biosfery, zarówno pod względem form życia jak i ich czynników świadomych. Mogłoby to następnie określić podstawy dla holistycznego i zsynchronizowanego globalnego działania doświadczanego masowo. Tak czy inaczej, jeśli ewolucyjny proces, jaki znamy faktycznie jest inteligentny i ma przeznaczone "zakończyć" się w jakiś sposób, zgodnie ze swym przyrodzonym kodem, wówczas będzie po prostu musiał postępować jak organizm, który musi rosnąć. Naturalna Inteligencja nie może być powstrzymana; może być jedynie obserwowana i doceniania podczas działania.

To, że możemy doświadczyć Inności poprzez rośliny enteogenne lub przez rozważanie inteligentnej natury Natury, wskazuje, że przed zbiorową ludzką psychiką faktycznie coś się wyłania, że za hipnotycznym blaskiem świeckiej rzeczywistości leży jakiś wielki, spójny wzorzec i czeka na nasze dostrzeżenie. A być może Inność jest uśpiona, jakby pogrążona we śnie, do pewnego stopnia zahibernowana, jedynie stopniowo się budząc poprzez wehikuł świadomości, który zawczasu przygotowała.

Pierwszy przyznaję, że wiele, jeśli nie więcej, tajemnicy pozostaje ukryte. Lecz przynajmniej została wyraźniej określona tajemnica naszego istnienia. I wiemy przynajmniej gdzie należy szukać by zbadać Naturę głębiej niż pozwala przypadkowy rzut oka. Gdy napotka się Inność poprzez wizjonerskie działanie psilocybiny, wówczas staje się całkiem oczywiste, że bez względu na ostateczny zamiar, świadomość jest niezbędną częścią tego planu.

Nasza rola na Ziemi

Zgodnie z neoszamańskim oglądem spraw przedstawionym w tej książce, uważam, że warunki kulturowe dojrzały do ponownej analizy Natury lub rzeczywistości jako najmądrzejszego i najinteligentniejszego procesu. W ten sposób, kontekst, w którym żyjemy i odgrywamy nasze życia staje się nieco zmieniony (kolejny efekt sprzężenia zwrotnego). Jeśli wyobrazimy sobie rzeczywistość jako bezmyślny przyziemny przypadek, wówczas nie zastanowimy się dwa razy nad bezwzględnym wyzyskiwaniem Natury dla krótkoterminowej korzyści i zysku. Lub, jeśli wierzymy, że Naturę można zrozumieć jedynie poprzez rozdarcie jej na kawałki i przebadanie najmniejszych fragmentów, wówczas nie wykryjemy wspanialszego obrazu.

Jeśli, z drugiej strony, przyjmiemy idee zarysowane w tej książce, wówczas nasz pogląd na Naturę zacznie się zmieniać, i możemy zacząć szanować Ziemię w ten sam sposób co ludy tubylcze. Oczywiście nie koniecznie trzeba przyjmować wszystkie idee z tej książki by być moralnym ekologicznie. Jest raczej tak, że jeśli Naturalna Inteligencja jest prawdziwa, wówczas dobrze by było powstrzymać się od zrywania harmonii z jej przepływem. Jeśli zbyt daleko odejdziemy od przeznaczenia intencji Natury, to narazimy się na porzucenie przez wspaniały system, który nas zrodził.

Nie dlatego, że naprawdę uważam, że coś takiego może się stać. W ewolucję mózgu hominida dla Homo sapiens włożono zbyt wiele naturalnego wspólnego wysiłku by go zniweczyć naszymi obecnymi niebezpiecznymi zwyczajami, chociaż naturalne homeostatyczne formy ograniczenia populacji są bardzo prawdopodobne. Nie można przecenić potęgi Naturalnej Inteligencji. Ewolucja nie jest starym samochodem, który może zacharczeć i nagle się popsuć. Jeśli postęp Uniwersalistycznego Obliczenia byłby tak słabowity, zanikłby z pewnością dawno temu.

Możliwe, że silne kryzysy środowiskowe, które nasz gatunek ostatnio wprawił w ruch są rodzajem gwałtownego wstępu do zmian kulturowych i zmiany naukowego poglądu na świat, które są przed nami. Co więcej, nasze globalne zakłócenie biosfery służy najwyraźniej temu, byśmy zastanowili się nad naszą poczesną rolą przyczynową w obrębie sieci życia. Gdy szaleją wokół nas układy pogodowe, gdy zaczynają topnieć skądinąd niezmienne czapy lodowe, gdy zostają zanieczyszczone jeziora i oceany, gdy szacunkowo trzy gatunki na godzinę wymierają w wyniku naszej często agresywnej obecności, gdy kwaśne deszcze niszczą lasy i uprawy, gdy w niekontrolowany sposób wypala się tropikalne obszary gdzie zdziesiątkowano teren przez farmerów ulegających zachodniej chciwości, i gdy nastawione głównie na zysk anonimowe konglomeraty biotechnologiczne powodują nieprzewidziany zamęt ekologiczny, to jest oczywiste, że nasz gatunek nie jest biernym obserwatorem Natury. W każdym momencie raczej aktywnie wpływamy na jej przebieg.

Zmieniające się perspektywy

Jak zauważył Fritjof Capra w "The Turning Point", chiński znak piśmienniczy na "kryzys" zawiera dwa elementy - niebezpieczeństwo i możliwość. Co oznacza, że mamy obecnie możliwość dokonać zmiany na lepsze. Możemy uczyć się na własnych błędach, reagować na nie, jakby były częściami globalnego enzymu wkodowanego w proces historyczny (enzymy ułatwiają reakcje). Poprzez przyznanie się do naszego niszczycielskiego wpływu na Naturę musimy siłą rzeczy na nowo spojrzeć na nasze relacje z Ziemią. W ten sposób mgliście dostrzeżemy, że jesteśmy związani z Gają, tak jak Gaja jest związana z nami. Ponadto, dopóki w pełni nie zdamy sobie sprawy z naszego celu w rękach Naturalnej Inteligencji, wydaje się wątpliwe, że wypełnimy naszą prawdziwą rolę w obrębie jej wspaniałego planu.

Chciałbym wierzyć, że gdy przejdziemy w trzecie tysiąclecie, urzeczywistnienie naszego prawdziwego celu stanie się coraz bardziej oczywiste. Co znaczy, że znoszony dowcip z brodą "jaki jest sens życia?" zostanie uświadomiony jako wciąż ujawniające się nieuchwytne znaczenie. W rzeczywistości, jeśli to, o czym napisałem ma jakieś znaczenie, wówczas takie urzeczywistnienie będzie nieuniknione. Być może ci, co przebadają dziko rosnącą enteogeniczną florę i grzyby Natury dojdą do tych samych wniosków, co ja. Lub być może naukowcy zaczną bardziej omawiać aspekty rzeczywistości, które sprzysięgły się w usprawnieniu samoświadomego Wszechświata, a zatem wywnioskują, że nasz Wszechświat ma naprawdę głębokie znaczenie, zwłaszcza obecność świadomości. A jeśli nauka zaakceptuje, że wszystko wykonane jest z informacji, oczywiście włącznie ze świadomością, wówczas być może nauka dostrzeże również, że informacja ta staje się coraz bardziej zintegrowana poprzez intencję Naturalnej Inteligencji, która dźwiga w sobie Uniwersalistyczne Obliczenie.

Nasza niezwykła misja dobiegła końca. Wyruszyliśmy by odsłonić esencjonalne oblicze Natury i odkryliśmy, że jako świadomy gatunek, który wyewoluował naturalnie, jesteśmy pochwyceni w gwałtownie przyspieszające, przetwarzające informację obliczenie, będące całym Wszechświatem, którego krawędź wiodąca częściowo ogniskuje się na Ziemi, zwłaszcza w naszym świadomym postrzeganiu oraz w naszej cyfrowej telekomunikacyjnej kulturze. Ten ujawniający się proces zdaje się być imponująco sprytny i skierowany ku jakiemuś punktowi kulminacyjnemu, punktowi, który jest wpleciony lub wkodowany w teraźniejszość jak DNA. Jedynie przyszłość może ujawnić prawdę tych śmiałych twierdzeń napędzanych psilocybiną. W spodziewanym międzyczasie możemy jedynie kontemplować stawiane kwestie i idee i mieć nadzieję na najlepsze. Niech święta mądrość Wspaniałej Natury będzie z wami zawsze i wszędzie.

Epilog: Cukierek albo psikus?

Cóż, była to z pewnością długa i kręta wędrówka od starorzeczy Meksyku, gdzie Gordon Wasson po raz pierwszy odkrył świętą moc psilocybiny, do punktu widzenia, z którego postrzegaliśmy Naturę jako najmądrzejszy proces, na którego ostateczny cel czekamy. W każdym razie jestem wyczerpany. Mam znużony umysł, ociężałe kości, moja siedemdziesiątka niemal dobiegła końca, być może był to mój ostatni wyczyn, którym zaprezentowałem książkę rozprawiającą o niewątpliwie duchowej i intencjonalnej naturze rzeczywistości. Teraz mogę przynajmniej stawić czoła śmierci, dobrze wiedząc, że za wszelką cenę usiłowałem zrozumieć naturę rzeczywistości.....

W rzeczywistości, nie wszystko z tego jest prawdą. Ale jest tak, że książka, powiedzmy, o gaśnicach przyszłaby łatwiej. Z drugiej strony, tak pusta książka nie byłaby w stanie rzucić światła na naturę rzeczywistości, jeśli rzeczywistość jest naszą metafizyczną przygodą. Przypuszczam, że niepewność ma swoje zalety, pod względem jej względnej swobody. Uwolnienie się od niepewności konsekwencji naszej prawdziwej sytuacji jako biologicznie wyrafinowanych elementów procesu rzeczywistości wymaga próby uzyskania dostępu do głębokiego zrozumienia świata zarówno wewnątrz jak i wokół nas. Oznacza to zasadniczo naświetlenie natury świadomości, gdyż świadomość jest tym, czym jesteśmy i co pośredniczy naszym modelom rzeczywistości.

Mam nadzieję, że dostarczyłem wiarygodnego modelu świadomości ujmującego ją jako przepływający wzorzec informacji wygenerowanej wewnątrz przepastnego procesu obliczeniowopodobnego. Gdy zaakceptuje się to, że my oraz wszystkie inne wzorce informacji jesteśmy naturalnymi wyrażeniami prefigurowanego językopodobnego Uniwersalitycznego Obliczenia, i że Natura wszędzie jest mądra i kontekstowo istotna, wówczas jest się zmuszonym przejść do zbadania "znaczenia tego wszystkiego". Tylko wtedy, gdy zacznie przebłyskiwać ten większy obraz, dokładniej zdamy sobie sprawę z naszej funkcji w Naturze i z tego, jakich integracyjnych, globalnych wydarzeń oczekiwać w najbliższej przyszłości. Jak mam nadzieję zademonstrowałem, jednym ze sposobów na doświadczenie tego większego obrazu jest zmiana informacji zbiegającej się w psychice poprzez zastosowanie dookolnych środków enteogennych Natury. Zrobienie tego jest nagłą zmianą czyjejś relacji z resztą procesu rzeczywistości, w taki sposób, że dostępuje się i zostaje poinformowanym przez transcendentalną Inność; wolę, lub intencję, lub inteligencję, która natchniewa całą Naturę.

Pozostaje mi tylko podać trochę więcej szczegółowych informacji odnośnie grzyba psilocybinowego. Ostatecznie, bez sprawdzenia moich twierdzeń, nie będziecie wiedzieć czy nie wymyśliłem głównego tematu tej książki. Faktycznie, być może przedstawione tu tematy zostały jakoś tam sfingowane, nic więcej niż kilka dzikich i mętnych opowieści stworzonych w żyznej wyobraźni mego umysłu gdy było za mokro, by wyjść z domu. Może wewnątrz jestem w rzeczywistości jednym z archetypowych "zaledwistych" redukcjonistów wyznających smętną "hipotezę zerową", ale takim, który nakreślał rozrywkową przędzę rzeczywistości, w której Wszechświat może być pojmowany jako sensowny a nie bezmyślny przypadek.

Przesłaniem jest oczywiście, że trzeba myśleć za siebie i nigdy nie uważać niczego za rzecz oczywistą. To, oczywiście jest bezsporne. Co pozostawia samo doznanie psilocybinowe główną podstawą dla mych niecodziennych twierdzeń. Lecz czytelnik sam musi wyrobić sobie zdanie odnośnie mego twierdzenia, że grzyb udziela użytecznej wiedzy. Niech nikt nie zarzuca mi lekkomyślnej argumentacji. Książka ta jest moją wskazówką. Sam wybierz. Sam zadecyduj.

Jak już wspomniano, w chwili obecnej jest tak, że grzyby psilocybinowe tego czy innego rodzaju rosną na całym świecie - na przykład w Europie, Ameryce Północnej i Południowej, Australii, Nowej Zelandii, Indonezji, Tajlandii, oraz Afryce. Jeden gatunek - Psilocybe semilanceata - jest rodzajem przypuszczalnie najbardziej międzynarodowym, rodzimym dla Europy Północnej i części Ameryki Północnej. W chwili pisania tego tekstu, gatunek ten - znany potocznie jako Kapelusz Wolności (Liberty Cap) z powodu jego charakterystycznego ostro zakończonego garbka - jest legalny w posiadaniu i spożywaniu w stanie surowym w Brytanii i kilku innych krajach europejskich. W tej sytuacji, pozostawione we własnej postaci, bez żadnej obróbki lub przetwarzania, grzyby są legalne, i w ten sposób doznanie enteogeniczne, jakie może potencjalnie wywoływać, również jest legalne. Niestety, w wielu innych częściach świata nie tak to wygląda. Tamże, posiadanie świeżo zebranego grzyba jest uznawane za przestępstwo. Miejmy tylko nadzieję, że w częściach świata takich jak Brytania (w tym przypadku Wielka), cywilny dostęp do grzyba nadal pozostanie wolny od interwencji państwa.

Grzyby Psilocybe semilanceata można znaleźć od końca sierpnia aż do końca grudnia, zwłaszcza po obfitych deszczach, w większości dzikich, zielonych lokalizacji (jak pastwiska, trawiaste doliny, wrzosowiska i torfowiska), z pewnością w promieniu nie większym niż dziesięć do dwudziestu mil od twojego domu, jeśli mieszkasz w Europie Północnej lub na wschodnim wybrzeżu Ameryki Północnej. Często można znaleźć ich dużo, grzyb staje się powszechny i gromadny, gdy warunki środowiskowe są w sam raz. Jednak, trzeba być przygotowanym na długie i ciężkie szukanie. Pierwsze wypady mogą niewątpliwie zakończyć się z pustymi rękoma, i tak oto koniecznymi zaletami do praktykowania na wyprawie są wytrwałość i cierpliwość. Możesz wcielić się w rolę kogoś, kto przez kilka godzin szuka zgubionych soczewek kontaktowych nim ostatecznie natknie się na okaz lub dwa okazy grzyba. Lecz przynajmniej dobrze ci zrobi świeże powietrze. Ewentualnie, jeśli znajdujesz się w Amsterdamie, możesz legalnie nabyć grzyby psilocybowe jak również specjalistyczne zestawy i instrukcje do wyhodowania ich w domu.

Przed przystąpieniem do zbierania grzybów psilocybinowych ze środowiska naturalnego, powinno się być wybitnie zaznajomionym z ich wyglądem. Można to osiągnąć poprzez odwołanie się do nieograniczonej ilości dobrych przewodników grzybowych zawierających kolorowe fotografie, zwłaszcza wielu przewodników, które są obecnie na rynku i które specjalizują się w dokumentowaniu gatunków psilocybinowych. Mimo że nie ma trujących gatunków, które można pomylić z Psilocybe semilanceata, gdy dokładnie przeanalizuje się ich wygląd fizyczny, warto być absolutnie pewnym, że zbiera się właściwy rodzaj. Jeśli zaistnieją jakiekolwiek wątpliwości, niepewne grzyby trzeba wyrzucić. I jak zwykle, gdy wędruje się po wsi należy przysparzać jak najmniej niepokojów.

Co do dawki, w celu doświadczenia jakiegoś efektu psychedelicznego trzeba zjeść nie więcej niż 35 drobnych Psilocybe semilanceata. Innych, często większych gatunków trzeba zjeść mniejszą ilość, w takim przypadku zaleca się albo zasięgnąć informacji o dawkowaniu z odpowiedniego przewodnika, albo z odpowiedniej strony internetowej traktującej o enteogenach.

Mocniejsze enteogenne dawki psilocybiny powinno się stosować jedynie przy dużym doświadczeniu. Najważniejszy jest stan umysłu przed spożyciem i otoczenie. Trzeba mieć bardzo pozytywne samopoczucie, jak również znajdować się w przyjaznym i bezpiecznym miejscu, wolnym od jakichkolwiek nieuzasadnionych zakłóceń. Sugerowałbym również okres seksualnej abstynencji przed zjedzeniem, gdyż będzie się wówczas w bardziej "czystym" stanie, odpowiedniejszym potencjalnemu świętemu doznaniu. I o ile nie jest się szczególnie kompetentnym w starożytnej sztuce samowiedzy, wówczas wskazane jest mieć pod ręką niezgrzybionego, bliskiego przyjaciela służącego za rodzaj kotwicy. Jeśli wszystkie warunki są odpowiednie, wówczas jest niemal pewne, że nastąpi fantastyczne doznanie, w którym "uwolniona" zostaje percepcja.

Oczywiście przeciwieństwo również występuje. Przypuszczam, że gdyby to ode mnie zależało, wówczas jedynie "dojrzali" ludzie o "dobrych sercach" i zdecydowanie zdrowym duchu, wolni od ukrytych neuroz mieliby dostęp do grzyba. Ale jako, że jest to propozycja niewykonalna, odrobinę elitarystyczna i do tego raczej mglista, wobec tego wszystko, co można zrobić to udzielić rady i mieć nadzieję, że ludzie na to zważą. Raz jeszcze, jeśli zdecydujesz się poszukać grzybów, to bądź ostrożny, bądź rozważny, ale za wszelką cenę bądź dobry....

Aby doświadczyć wizjonerskich skutków grzyba, powinno położyć się w ciszy z zamkniętymi oczyma w czasie gdy psilocybina jest najaktywniejsza. Choć jest to zdecydowanie trudna wyprawa, barwny splendor wizji psilocybinowych i ich niewątpliwie objawieniowej jakości czyni to wszystko wartościowym.

Jeśli grzyby psilocybowe są przyjmowane na pusty żołądek (co jest lepsze, gdyż w ten sposób są silniejsze, a także akt postu przed spożyciem staje się po trochu, podobnie jak abstynencja seksualna, symbolem rytualnym), wówczas ich efekty mogą być odczute w ciągu niespełna 20 minut, zwłaszcza gdy skonsumuje się jakiś grzybowy wywar (jednak wywar mógłby być uznany za nielegalny, gdyż przygotowanie roztworu psilocybiny [psilocybin solution - org.tyt.książki-przyp.tłum.] stanowi formę nielegalnego przetworzenia tak jak umyślne suszenie, chociaż, oczywiście, jeśli grzyby naturalnie zostały znalezione w stanie ususzonym w wyniku suchych i słonecznych warunków, lub jeśli "wyschły z własnej inicjatywy", wówczas są, zgodnie z prawem legalne w pewnych krajach, gdyż nie zostały umyślnie przetworzone).

Jeśli jedzone są po posiłku, pojawienie się efektów psilocybiny może zająć godzinę lub półtorej. W obu przypadkach, pierwsze zauważalne zmiany mogą być somatyczne, w tym, że można czuć się nieco niespokojnym i podenerwowanym. Wydaje się to być początkową reakcją ciała i psychiki na psilocybinę, rodzajem procesu "dostrajania". Większość doniesień sugeruje, że te odczucia łagodnego niepokoju wkrótce zanikną, gdy percepcja niespodziewanie się otworzy i zostanie się zaszczyconym stymulującą i numinotyczną aurą grzyba.

Mam ogromną nadzieję, że inni będą w stanie sprowadzić nieco wnikliwych wglądów, które można osiągnąć w doznaniu psilocybinowym, tak by rozwijać podstawową wiedzę neoszamańską. W rzeczywistości, może pamiętasz, że we wcześniejszym rozdziale wyszczególniłem drugą falę badań psychedelicznych z wykorzystaniem ludzi. Większość tych badań została wsparta przez Multidisciplinary Association for Psychedelic Studies (Multidysyplinarne Stowarzyszenie Badań Psychedelicznych), którego strona zawiera wszystkie najnowsze wiadomości o badaniach enteogenicznych (http://www.maps.org/) (Tłumaczenia badań Stowarzyszenia dotyczące grzybów systematycznie pojawiają się na psilosophy.info -przyp.tłum.). Inną organizację o której wspomniałem - Heffter Research Institute (Instytut Badawczy Hefftera) - również można znaleźć w sieci (http://www.heffter.org/). Na szczęście wygląda na to, że nie jestem sam w mej namiętnej pasji. Po jakiejś trzydziestoletniej socjopolitycznej przerwie doświadczalnej, sama nauka ponownie stawia czoła enteogenicznej tajemnicy. Być może tym razem, będziemy cieszyć się najpełniejszymi owocami najdzikszej i pouczającej strony Natury.

Uważam to za ciekawy traf, że wycieczka w naturę rzeczywistości kończy się poradą o dziko rosnących grzybach w środowisku naturalnym. Naprawdę jest tak, że powinniśmy zwrócić się do Natury w celu jej pełnego zrozumienia. To jak bajka z najlepszych angielskich tradycji. Jeśli autentycznie pragniemy zdobyć samowiedzę i uświadomić sobie nasze ostateczne miejsce w nieskończenie twórczym porządku Natury, wówczas musimy świadomie znaleźć i skonsumować "prawdę". Poprzez swego rodzaju działanie metasymboliczne możemy nawiązać kontakt z Umysłem Gajańskim, doświadczenie, które, co gwarantowane, jest edukacyjne i niezapomniane. Jak kosmiczni aktorzy, możemy doświadczyć transcendencji przez odegranie starego jak świat rytuału przedstawianego w czasie i przestrzeni.

I w ten sposób, mą entuzjastyczną opowieść o naturalnej magii kończę zaproszeniem innych ludzi, z silną, dojrzałą i zdrową psychiką by wzięli udział w przygodzie. Ciało Boga wzywa, udzielając komunii z Naturalną Inteligencją, której jesteśmy częścią. O dziwo, takie naturalne obcowanie jest na wyciągnięcie ręki, nie dalej jak sama jesień. Wybór należy wyłącznie do ciebie. Święta próba, zrodzona w latach 1950 i 60, której drzwi percepcji zostały szeroko rozwarte, rozkwita na całe tysiąclecie. Bywaj.

[ tłumaczenie: cjuchu ]



szukaj na psilosophy:  
 
Odsłon
od 7.02.2007



komentarze komentarze komentarze komentarze komentarze komentarze komentarze komentarze komentarze komentarze komentarze komentarze komentarze komentarze komentarze

k o m e n t a r z e

 
 

komentarz do rozdziału Psilocybina wpływa i wypływa z zachodniego umysłu

ZAJEBISTE! WOW.

tuhaj
30.05.2009 01:27:23

 
 
 
 

komentarz do rozdziału Psilocybina wpływa i wypływa z zachodniego umysłu

Nie ma to jak dorabiac sobie filozofie do cpania

glz
21.11.2009 05:55:41

 
 
 
 

komentarz do rozdziału Psilocybina wpływa i wypływa z zachodniego umysłu

klasa

duszmen
12.10.2010 09:37:41

 
 
 
 

komentarz do rozdziału Psilocybina wpływa i wypływa z zachodniego umysłu

glz... filozofia do ćpania?.. i tak i nie. po pierwsze artykuł ociera się o obiektywizm, czyli przynajmniej wdaje się w polemikę z myślącymi tak jak Ty. to już coś... po drugie bez filozofii życie byłoby tylko jedzeniem, ruchaniem, wychowaniem kopii siebie i partnera biologicznego, pracą i spaniem. po trzecie termin "ćpanie" jest pejoratywny czyli nieobiektywny, gdyż wychodzi z pewnego założenia (że branie substancji psychoaktywnych jest złe) - w ten sposób nie ma żadnej dyskusji i żadnego postępu, POZDRO

shroomator
06.01.2011 11:46:24

 
 
 
 

komentarz do rozdziału Psilocybina wpływa i wypływa z zachodniego umysłu

"Jak ktoś może mieć dostęp do sfer duchowych bez przejścia przez lata cierpień? Czy przyznamy, że jakiś Tom, Dick, czy Leary może osiągnąć transcendencję bez doświadczenia nieopisanego bólu, cierpienia i umartwiania się?"

Ja nie miałem - jeszcze - żadnych doświadczeń entheogennych, ale jak czytałem Grofa, to twierdzi on, że żeby dostać się, do sfer duchowych", najpierw trzeba doświadczyć śmierci EGO, która jest identyczna z prawdziwą śmiercią pod względem psychicznym (jedynie ciało pozostaje nie tknięte). Podczas tego procesu doświadcza się skrajnego cierpienia, które jest czasem nie do wytrzymania, więc to nie jest taka kolorowa sprawa z tymi "skrótami". Poza tym wszystkiego musisz dokonać sam, substancja za ciebie tego nie zrobi, ona jedynie ci to umożliwi. To nie jest jedno doświadczenie, a długotrwała ciężka praca nad samym sobą w holotropowym stanie świadomości. W opozycji do Koestlera, mogę podać przykład katolików całe życie chodzących do kościoła niczego nie osiągnąwszy. Samo wzięcie psychodeliku jest raczej jak przystąpienie do egzaminu - a nie odpisanie go.
Nie ma drogi na skróty, jest tylko błędne wyobrażenie tej drogi - jeden z wielu problemów stojących na drodze rozwoju duchowego...

:)
30.07.2012 17:55:15

 
 
 
 

komentarz do rozdziału Badanie alchemicznej powłoki Ziemi

Dzięki.

wgdhsehehd
29.10.2010 14:08:10

 
 
 
 

komentarz do rozdziału Grzyby a synapsy

Wlasnie rosna mi grzybki wiec moglem przeczytac ten artykul, gdybym ich nie mial nie mialo by sesu robic sobie smaka. Mialem teorie ze dzien caly przed jedzeniem grzybow nie bede pil ani herbaty ani kawy zeby oszczedzic serotoninke z dopaminka ale widze ze moze i nie ma to sesu bo wiekszy jej brak moze dac lepszy efekt ale w glebi czuje ze lepszy jak 2 dni sie nie bedzie pilo kawy ani herbaty ani zadnej ICE TEE ktota zawiera (Teine). Rosnijcie szybciej moje Cubensis Mexicana :P

Draxter
04.07.2007 01:55:18

 
 
 
 

komentarz do rozdziału Grzyby a synapsy

Dzieki za kawal dobrego tlumaczenia!

sempervivum
18.11.2007 10:54:38

 
 
 
 

komentarz do rozdziału Grzyby a synapsy

chciało ci sie tyle pisać?

ciapa
12.09.2008 16:44:40

 
 
 
 

komentarz do rozdziału Wszechœwiat informacji

dzięki za wszystkie tłumaczenia i porady,
czy napotkałeś w swoich doświadczeniach "kosmitę" ?

kaali
06.07.2009 19:48:11

 
 
 
 

komentarz do rozdziału Czy wszechœwiat oblicza?

cytat za:
Bernard Korzeniewski
"Od neuronu do (samo) świadomości"

[...] Neurony są więc w istocie układami przetwarzającymi informację, wykonującymi skomplikowane operacje logiczne. Nie jest to jednak logika dyskretna (a już zwłaszcza zerojedynkowa), operująca na idealnie ostro wyodrębnionych i zdefiniowanych symbolach oraz regułach określających zależności pomiędzy nimi, na jakiej oparte są współczesne komputery. Wprost przeciwnie, neurony charakteryzują się analogowym, ciągłym przetwarzaniem informacji. W końcu siła sygnału (częstotliwość impulsów) zmienia się w sposób ciągły, a dotyczy to również sumowania się (u nasady aksonu) potencjałów pochodzących z rozmaitych dendrytów i usadowionych na nich synaps. Można by powiedzieć, że logika neuronów jest w dużym stopniu nieścisła, przybliżona, że operuje ona na zbiorach (i symbolach) rozmytych. Jako taka, bardzo miernie nadaje się do szybkich i idealnie dokładnych obliczeń matematycznych, jakie są domeną komputerów. A jednak moim zdaniem, ta właśnie cecha jest warunkiem absolutnie koniecznym do wykształcenia się psychiki i świadomości w ludzkim mózgu (lub innym odpowiednio zbudowanym i funkcjonującym obiekcie). [...]

cjuchu
09.07.2010 12:22:39

 
 
. .twój komentarz :

nick / ksywa :



komentarze komentarze komentarze komentarze komentarze komentarze komentarze komentarze komentarze komentarze komentarze komentarze komentarze komentarze komentarze



PoradnikI ]   [ GatunkI ]   [ Honorowi psilodawcY ]   [ PsilosOpediuM ]   [ FaQ ]   [ ForuM ]   [ GalerY ]   [ TripograM ]   [ DarwiN ]   [ LinkI ]   [ EmaiL ]  

© psilosophy 2001-2022